niedziela, 22 marca 2015

Deadline


Na miesiąc przed trzecimi urodzinami Pierworodny zrobił comming out.
Matka odnosi wrażenie, że tym samym mentalnie dostała, i właściwie od tej pory każdego dnia nadal dostaje, prztyczka w nos, a całe zachowanie Syna mówi jej: "Matka, luuuzik! I czego było się martwić? W mądrych książkach ci pisali, że mam się wyrobić do trzecich urodzin? No to masz, niech stracę, jeszcze miesiąc przed czasem.".
Właściwie to Matka powoli przestaje się już nawet dziwić i za fakt uznaje, że jednak coś to dziecko po niej odziedziczyło poza kolorem oczu. Szkoda tylko, że jest to skłonność do odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę, tendencja do prokrastynacji i talent do mobilizacji działań pod presją czasu.

Wszystko ze sobą się zbiegło i NAGLE...

Pierworodny mówi! Poza tym sam się ubiera i rozbiera. Odpowiada i pokazuje ile ma lat. Samodzielnie zakłada kapcie. Mówi jak ma na imię! Bawi się z dziećmi w przedszkolu, a nawet oprowadza po sali nowych kolegów z grupy i opiekuje się nimi jako ten, który swoje trudne początki ma za sobą i swoim życiowym doświadczeniem dzieli się z innymi. Samodzielnie wspina się w miejsca, które wydawały się dla niego nieosiągalne, a w sali zabaw nie pozostaje daleko w tyle nawet za siedmiolatkami. Jak najęty gada przez telefon, a nie tylko słucha... Chętniej opowiada co mu się przytrafiło, a w zabawie odtwarza treść ulubionej bajki... Zaczyna kumać bazę w kwestii nocnika. I dosłownie z dnia na dzień wyrósł z ubrań, które nosił od ponad roku.

Przy okazji nauczył się obsługi Play Station, nauczył Matkę obsługi Play Station, ogarnął dekoder od telewizora i, co wyszło na jaw przypadkiem, Matki smartfona.

A każdą z tych czynności wykonuje w tak naturalny sposób, jakby nie była dla niego problemem od co najmniej zeszłej wiosny, jednak z premedytacją nie ujawniał się przed starymi. Bo i po co? Skoro coś dobrze funkcjonuje, nie ma sensu się wychylać. Skoro ubiorą, rozbiorą, podsadzą i powiedzą za ciebie, po co zdradzać się z tym, że potrafi się samemu? Po co się wychylać? Wiadomo, lepsze jest wrogiem dobrego. Ale widocznie jednak coś w tym systemie zaczęło zawodzić, Matka z Ojcem być może nie dorównywali wysokim standardom i nie dosięgali ustawionej im poprzeczki. W sumie, to się nawet kupy trzyma, po obojgu z rodziców mógł Syn w genach przejąć przekonanie, że jak chcesz żeby coś było zrobione dobrze to zrób to sam.

Krótko mówiąc, w ciągu 3 tygodni Syn Pierworodny dorósł o rok!

Nawet włosy zaczęły mu rosnąć, na tyle, że po raz pierwszy pomyślano, że może by je trochę przyciąć. Ale szybko Matka tę myśl odrzuciła - tyle czekała, musi się nacieszyć tą anielską blond czuprynką, w którą tak cudownie jest zatopić twarz całując główkę. Tylko, cholera, żeby jeszcze wiecznie nie była posklejana dżemem czy inną Mambą... No i ten wypadek sprzed paru dni... Chciał tylko posłuchać jak kręcą się kółka w zdalnie sterowanym aucie, a skończyło się na wyplątywaniu loków zza ucha z koła samochodu.

No dobra, z tym mówieniem to nie jest tak, że deklamuje teraz przed publicznością poezje Leśmiana na zmianę z bajkami Kraszewskiego. Nadal nie lubi rozmawiać z obcymi, a nawet z przedszkolankami, które widuje codziennie. Ale podwoił ilość używanych przez siebie słów, z których coraz częściej powstaje coś na kształt zdań, a także chętnie powtarza wyrazy, których próbuje się go nauczyć (z różnym skutkiem). I to jara Matkę i Ojca nieopisywalnie! A po tym jak się Matka aktualnie dogaduje z Synem (z technicznego, a nie emocjonalnego punktu widzenia) wnosi, że część jej mózgu odpowiedzialna za naukę języków obcych jest teraz tak wyćwiczona, że bez problemu w 2 tygodnie opanowałaby w stopniu komunikatywnym język chiński, w dialekcie, powiedzmy na przykład, mandaryńskim - nie zrobi tego tylko dlatego, że obcowanie z trzylatkiem wysysa z niej tyle energii, że gdy już owego trzylatka położy się spać, brakuje siły na sensowne wypowiedzenie się nawet w języku ojczystym.

Ciułci, ciukci, ciu-ciu, ciuk-ciuk, ciuci am, ciukcikouo 

Dla przypadkowego rozmówcy mogą to być słowa nie do rozróżnienia między sobą. Matka czy Ojciec usłyszą w tym:

żółty, ciuchcia, ciuch-ciuch, ciastko, czekolada, ciach-ciach (czyli pokroić albo po prostu nożyczki), banan czy "Ciuchcikowo", czyli "Stacyjkowo" - tytuł jednej z bajek będących na topie bajek uwielbianych przez Pierworodnego.
A z kontekstu wypowiedzi mogą wyłapać tych znaczeń jeszcze o wiele więcej.

Poza tym na podstawie formy wypowiedzi Syna, można wróżyć mu świetlaną karierę szyfranta. Czasem ma się wrażenie, że "Enigma" to przy nim Pikuś. Nie jest to akurat żadna nowość w jego komunikacji, bo od dawna sprytnie unikał zbyt trudnych do wypowiedzenia dla siebie słów i na każdym kroku urządzał kalambury  - od dawna zamiast powiedzieć jaki coś ma kolor, przynosi przedmiot tej samej barwy, wykorzystuje też swoją cholernie dobrą pamięć wzrokową i kiedy chce nazwać przedmiot, bezbłędnie wybiera książkę z półki i wyszukuje w niej obrazek, na którym jest to, o czym chciał powiedzieć, kiedy wspomina o jakiejś osobie, pokazuje na rzecz, którą od niej dostał... Takich przykładów można mnożyć i mnożyć... Ale teraz, wraz z mówieniem, w grze w skojarzenia i kamuflowaniu informacji powoli osiągany zostaje poziom hard. Najtrudniej jest rano, gdy wszyscy są zaspani.
Pierwszy lepszy przykład z dzisiejszego poranka:

- Mami, kua bu?

I co? Robimy konkurs z nagrodami? Za prawidłową odpowiedź daję miliony monet. Kto rozszyfruje?

Dobra, wiadomo, że nikt. Dlatego Matka wyjaśnia. I przy okazji zapisuje sobie +10 pkt. do mówienia językami ludzi i aniołów, bo od razu wiedziała o co kaman.
Mami to oczywiście mama. Kua to według Pierworodnego dźwięk, który wydaje żaba. Bu to gu, którego Syn nie potrafi wypowiedzieć. A gu to guma.

A więc po prostu:

- Mamusiu, dasz mi zieloną gumę?


Do niektórych skojarzeń Pierworodnego Matka tak przywykła, że stały się dla niej samej już czymś naturalnym. Skonfundowana poczuła się dopiero kilka dni temu, kiedy w zatłoczonym tramwaju kilka razy głośno, tak żeby na pewno usłyszała, powiedział coś, co w zasadzie mówi kilka razy dziennie i co na początku wywoływało entuzjazm (bo mówi!), potem uśmiech (bo zabawne i urocze), a potem już stało się codziennością i przestało się na to zwracać szczególną uwagę:

- Mami, pupci? Ja mami pupci. Mami, pupci!

czyli
taka sytuacja... Pierworodny ulokowany na siedzeniu, Matka poszła skasować bilet. A ten się drze:

- Mamusiu, usiądziesz? Ja usiądę Ci na kolanach. Mamusiu, siadaj!

Taaa, ciekawe ilu z pasażerów spojrzało na mamusi tyłek...


niedziela, 8 marca 2015

O pokrzepieniu



Kilka tygodni temu Matka przeorganizowała trochę funkcjonowanie biura, co skutkuje tym, że pracuje teraz głównie przedpołudniami, a nie jak do tej pory popołudniami. Za tym z kolei idzie to, że jest teraz w stanie ogarniać takie prozaiczne kwestie jak choćby codzienne kursowanie po Pierworodnego do przedszkola o przyzwoitej porze, czyli takiej żeby dziecko nie zdążyło zapomnieć, że ma matkę, gotowanie obiadów, od czego w tygodniu mogła się wymigiwać, oporządzanie mieszkania na tyle, by nie wyglądało, jakby ktoś się do niego włamał i bardzo wnikliwie szukał głęboko ukrytych kosztowności, co zwykle odkładała do weekendu, by następnie stwierdzić, że w dwa dni się nie da i odkładać do następnego... W każdym razie dzięki temu, że nie wychodzi już z pracy o 18:00 albo i później oraz, że w miarę ogarnia rzeczywistość, nie musi już 5 dni w tygodniu korzystać z pomocy Matki Matki, która zajmowała się Pierworodnym w godzinach "poprzedszkolnych".

Drugi tydzień bez Babci na posterunku i przyszedł czas na zmierzenie się z levelem master w kwestii logistyki. Na poziomie dla średniozaawansowanych, czyli "praca-dom-przedszkole" szło nieźle. Jednak, gdy odpadło przedszkole, a w to miejsce wskoczył katar Pierworodnego (wraz z pochodnymi w fazie rozwoju), okazało się, że sprawy się komplikują i wymagają omówienia większego niż wieczorne rzucenie: "Kto jutro zawozi Młodego?".
Ostatecznie, i wbrew pozorom nieoczekiwanie, bo dopiero rano tuż przed wyjściem, stanęło na tym, że to Matka zostaje z Synem na cały dzień w domu.
I, pomijając ten katar (wraz z pochodnymi w fazie rozwoju), okazał się to bardzo relaksujący dzień. 
Pierworodny to potrafi człowieka zaskoczyć. Kładzie się taki na drzemkę. Wydzierając się chwilę wcześniej, że się nie położy, nie jest zmęczony i spać nie będzie (co brzmi mniej więcej "NIEEE, JAAA NIEEE!!! - tylko długo i głośno), po czym budzi się po ponad trzech godzinach.

Kiedy dziecko śpi, umęczone katarem (a przede wszystkim jego pochodnymi) to głupio tak hałasować jakimiś wielkimi porządkami. A nuż coś spadnie jak się będzie wycierało kurze... Po co ryzykować? I nigdy nie wiadomo czy drzemka nie skończy się zbyt szybko a do okiełznania złego nastroju nie będą potrzebne nadprzyrodzone moce - lepiej nie tracić energii, rozsądniej poświęcić się jej magazynowaniu!

Mając dla siebie 3 i pół godziny ciszy, spokoju i niezmąconej chaosem przestrzeni życiowej (nie licząc rozłożonych na każdym kroku resoraków - ale to akurat krajobraz, do którego wszyscy już przywykli), Ojciec Pierworodnego zapewne pomyłby naczynia, ogarnął tonę firmowych papierów, przejął kontrolę nad światem i jeszcze na koniec umył podłogi.
Tymczasem Matka, fakt - obiad zrobiła i powiesiła pranie, nawet wzięła do ręki ze dwa dokumenty, ale jakoś nie wiedziała co do czego i co z tym zrobić... więc poczytała książkę. Tak po prostu. Przez ponad 2 godziny! Nieprzerwanie. Taką bez obrazków. Z trudnymi wyrazami, małymi literkami i jednolitą czcionką a nie każdym słowem innego koloru, rozmiaru i fontu. W ciszy, spokoju i za dnia. Jak cudownie. Jak błogo. (Gdyby jeszcze nie ten katar itd...) Kto by pomyślał, że wciąż tak można? Może kiedyś znów to powtórzy? Może nadarzy się kolejna okazja? Za 2-3 lata.
Minęło już półtora tygodnia a Matka wciąż wspomina te chwile z rozrzewnieniem... Z takim wzruszeniem wręcz oraz niedającym się opisać uczuciem otuchy w sercu, ukojenia zbolałych nerwów i pokrzepienia duszy. Szczególnie przydatne ta otucha, ukojenie i pokrzepienie okazały się w piątek po południu, kiedy to po godzinie przestała już Matka liczyć jak długo Pierworodny drze się i ryczy na przemian z wołaniem "NIE!" i rzucaniem czym popadnie i gdzie popadnie. Musiało minąć mniej więcej półtorej godziny, gdy pierwszy raz zatęskniła Matka za czasami kolek - bo choć naukowcy wciąż nie wiedzą, co tak naprawdę powoduje je u niemowląt, płacz niespełna 3-miesięcznego Pierworodnego wydawał się jakoś bardziej zasadny niż ten niespełna 3-letniego. I nie miało się wtedy ochoty wystawić go przez okno na balkon (...a Matka nie ma balkonu...).
Na szczęście sytuację ratowała jedna myśl, ratowała na tyle, że Matka do końca zachowała spokój, utrzymała nerwy na wodzy, ani razu się nie wydarła, nie zastosowała przemocy ani samookaleczenia, by zakończyć te męki:
"Owszem, teraz drze japę, gryzie z nerwów suszarkę na pranie, jest czerwony jak pomidor, ma mord w oczach, włosy sklejone od potu i gluty z nosa rozsmarowane na twarzy... ale przecież w końcu zaśnie, wrócą mu normalne kolory, znów będzie biło od niego to dziecięce ciepełko, puszyste blond loczki rozsypią się na poduszce w ciuchcie, maleńkie rączki z pulchnymi paluszkami zarzuci nad główkę, spokojny, cichy oddech opanuje sypialnię... a ty... zamiast na to patrzeć z czułością, jebniesz za sobą drzwi pokoju i wrócisz do tej czytanej książki!".

Za mniej więcej 22 dni 20 godzin i 17 minut Pierworodny skończy 3 latka. I jeżeli nie skończy wtedy ostatecznie z buntem dwulatka to skończy się to źle. Jeszcze nie ustalono dla kogo.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Instamatka




Wchodzi Matka do łazienki w celu dokonania wieczornych czynności higienicznych. W sensie, że prysznic i takie tam.
Zdążyła zamknąć za sobą drzwi i zdjąć bluzkę... gdy WTEM!... z impetem do łazienki wpada Ojciec Pierworodnego.

- Ty masz kochanka?
- CO? - Tyle jedynie dała radę wykrzesać z siebie Matka, która tak naprawdę, gdyby nie zszokowanie pytaniem, odpowiedziałaby, że odwaliło mu po 10 latach i że jakby miała mieć kochanka to raczej 6 lat cellulitu temu.
- To po co z telefonem do łazienki idziesz?
- Bo lubię sobie internety poczytać jak siedzę na toalecie.
- CO? - Tyle jedynie dał radę wykrzesać z siebie Ojciec, jakby po 10 latach wciąż Matki nie znał i nie wiedział, że jak nie z książką to z telefonem.
- No tak - potwierdziła spokojnie. Po czym równie spokojnie dodała: - I wiesz... przez to, że tego Instagrama nic a nic jeszcze nie ogarniam, wczoraj przez przypadek zrobiłam sobie tu zdjęcie...
- CO?
- Bo spadł mi telefon i go łapałam. Chyba jakiś filtr też kliknęłam. I tak się bałam, że to może jakoś w dodatku opublikowałam...
- To teraz już jestem pewien, że nie masz kochanka.
I poszedł.

Ale że co?


***

I tym "uroczym" dialogiem Matka daje do zrozumienia, że choć technicznie, elektronicznie i technologicznie jest kobietą zacofaną, to jednak rokującą i robiącą postępy. I z pewną taką nieśmiałością założyła konto na Instagramie.

Można zobaczyć ------> O TUU!!!


Uspokajam, nie znajdziecie tam zdjęć Matki siedzącej na kibelku. Będzie klasycznie. 
Czyli jedzenie i koty ;-)


_____________
P.S. Powszechnie wiadomo, że Ojciec nie ma konta na Facebooku. I w ogóle na żadnych portalach społecznościowych. Nie to żeby nimi gardził, ale stosunek ma jednak bardzo ironiczny. Znajomi nie raz odgrażali się, że założą mu konto bez jego wiedzy. A jeden kolega upierał się nawet, że na pewno ma go "w znajomych" na Naszej Klasie - jak się okazało zaprosił kogoś zupełnie obcego, nawet z innego miasta, a tamten zaproszenie przyjął i przez rok nie wzbudziło to wątpliwości u żadnego z nich. W każdym razie obecność Matki w tzw. social media jest w domu częstym obiektem żartów. A teraz Matka dołożyła sobie do tej puli pretekstów do drwin kolejny punkcik.

- Idę spać - zakomunikowała wieczorem.
- Ja jeszcze posiedzę - odpowiedział Ojciec, czym wywołał niemałe zdziwienie, gdyż do nocnych marków na pewno nie należy.
- I co będziesz robić? - spytała podejrzliwie.
- A popiszę sobie trochę Instagrama.

Tak że tego...
Teraz można poczytać Matkę nie tylko na blogu i Facebooku ;-)

#serdecznie @wszystkich #zapraszam


A jak się Matka rozkręci to kto wie, może skuma wreszcie o co chodzi z tym Twitterem i tam jakiś film nagra. Albo jakiegoś Vine'a napisze... Potem już tylko krok do dodawania zdjęć na You Tube'a...

niedziela, 15 lutego 2015

Suchar na dziś



Syn Pierworodny ma zabawkowy telefon. W sumie to niejeden ("smartfona" miał jako pierwszy z domowników), ale chodzi o jeden konkretny. Stacjonarny, ze zwierzątkami. Według Syna zabawa polega na tym, żeby wybrać zwierzątko, do którego się zadzwoni, a potem rozmawiać. Z tym zwierzątkiem. Ale że Pierworodny zanadto wysilać się nie lubi i świetnie radzi sobie z przekazywaniem obowiązków innym, osobiście wybiera zwierzątko, a rozmawiać każe towarzyszowi zabawy. Padło na Ojca. Pierworodny wybrał kotka i oddał Ojcu słuchawkę. Ten przyłożył ją do ucha, nic nie powiedział i zaraz odłożył.

- I co powiedział kotek? - podpytuje z kuchni Matka.

- Miauu zajęte.



Tak, wiem. Nie musicie komentować. Ani się śmiać.
A jednak mnie to naprawdę bawi.

sobota, 31 stycznia 2015

Kawa na ławę

Jeżeli chcesz napić się ze mną kawy, wiedz że na jaw wyjdzie mnóstwo moich dziwactw.


Każdy ma jakieś dziwactwa, z których mniej lub bardziej zdaje sobie sprawę. Nie mów, że Ty nie, bo nie uwierzę. Może wszystkim domownikom obsesyjnie każesz myć ręce zaraz po powrocie do domu? Może nie zaśniesz, póki nie wytrzepiesz porządnie każdej poduszki z osobna? Może nie lubisz kiedy na talerzu jedzenie styka się ze sobą? Może trzy razy się wracasz, by sprawdzić czy woda zakręcona, żelazko nie na gazie, drzwi zamknięte i czy klucz nie tkwi w zamku? Może na widok czarnego kota plujesz przez lewe ramię, nie przejdziesz pod drabiną i nie spoczniesz, jeżeli po zobaczeniu kominiarza nie złapiesz się za guzik, a potem nie trafisz na pana w okularach i zakonnicę na rowerze? Może głosujesz na Janusza Korwin-Mikkego? Może boisz się motyli? Może, mimo trzydziestki na karku, wciąż używasz pasty do zębów dla dzieci? Może obgryzasz paznokcie u nóg?
Każdy ma jakieś dziwactwa. Każdy. Jeżeli nie łapiesz się na żadne z powyższych, na pewno łapiesz się na jakieś inne.
Postanowiłam spisać własne. Myślałam, analizowałam. I wyszło mi, że większość tyczy się picia kawy.
Mnie też to zdziwiło.

Kawę piję połowę życia albo i dłużej. Nauczyła mnie mama, gdy byłam jeszcze w podstawówce - po prostu chciała mieć z kim spijać kawki po obiedzie. W liceum nie wyobrażałam już sobie dnia bez kawy. Na studiach, jeżeli ktoś mnie rano szukał, najpierw zaglądał do uczelnianej kawiarenki. W życiu więc kawy wypiłam sporo. Pewnie zawyżam krajową średnią.
Zdaję sobie sprawę, że przed pierwszą kawą bywam nieznośna. Ale po też.
I tak jak nie ufam ludziom, którzy nie lubią czekolady, tak podejrzliwie patrzę na tych, którzy nie pijają kawy.
Bo na moją propozycję małej czarnej odpowiedzieć mi: "Nie, dzięki. Nie piję kawy", to tak, jakby mi powiedzieć: "Jem tylko raz dziennie, a w weekendy i święta państwowe wcale." albo "Od 25 lat ani razu nie byłem poza granicami swojego miasta." albo "Podniecają mnie małe, puchate króliczki.". Jedyną sensowną odpowiedzią byłoby ewentualnie: "Nie, dzięki. Nie piję kawy... odkąd w 1994 roku porwali mnie kosmici i wszczepili pod skórę chip, który grozi wybuchem pod wpływem kontaktu z kofeiną". To przynajmniej jest jakieś logiczne wytłumaczenie.

Nie jestem wytrawnym smakoszem kawy. Wiem jakie mi smakują, a jakie nie, o! Nie znam się na gatunkach. Nie mam pojęcia czy pijam kawę z Etiopii, czy z Kostaryki, czy spod Sochaczewa. Pijam taką z supermarketu. Zwykle jedną, konkretną. Bo ma być dobra, tzn. taka jak lubię. Nie dla mnie esspresso - dwa łyki trzepiące beret i po wszystkim, choć od czasu do czasu się skuszę i nie robię tego z obrzydzeniem. Owszem, rozróżniam caffee latte, caffee macchiato, latte macchiato, cappuccino i pewnie coś tam jeszcze. Nawet lubię. Ale dla mnie to już nie kawa, deserki bardziej. Choć rzeczywiście ze smakiem cappuccino w Bolonii o poranku niewiele rzeczy może się równać. RADA TAKA: jeżeli Włoch o imieniu Marco (czy może być bardziej włoskie imię?) mówi Ci, że w tej kawiarni wypijesz najlepsze cappuccino w życiu, po prostu uwierz mu na słowo i tam idź! O nic nie pytaj, tylko idź, i niech Cię nie korci zmieniać zdania po zobaczeniu spisu możliwych do wyboru kaw - bierz to cappuccino, a potem wspominaj je przez kolejne 4 lata.

Lubię kawę z ekspresu. Niestety takowego nie posiadam. Jeżeli kupię ekspres, będzie to najporządniejszy ekspres na jaki będzie mnie stać. I najładniejszy. I będę miała gdzie go postawić, na razie nie mam. Nie piszę się na przelotne znajomości, w tym wypadku myślę jedynie o związku na lata. Musi być niezawodny, z góry wiem, że będę go często potrzebować i w trudnych chwilach zawsze szukać w nim oparcia, musi być na to gotowy. Wciąż marzę o tym ideale, w którym będę mogła rozkochać się bezgranicznie. Na razie wystarcza mi przyjaźń z czajnikiem.

Będąc u kogoś, nie wybrzydzam. Doceniam to, jaką kawę mi sparzył. Zawsze też można poprosić o mleko, by zabić smak. Ale w domu i w biurze kawa musi smakować idealnie, a przy parzeniu i spożywaniu zachowane muszą być wszelkie rytuały i przyzwyczajenia ze szczególnym uwzględnieniem fiksacji i skrzywień.

Czarna, z gruntem, z jednej wajchy. Dmuchana. I do pełna.

Rozpustna czy z gruntem?
Ja piję z gruntem. Mówi się, że sypaną, po turecku, parzoną... Ja mówię z gruntem.
Jeśli chcesz mogę sparzyć Ci rozpustną. Prawda, że brzmi bardziej obiecująco od rozpuszczalnej? Ale rzadko mam ją w domu odkąd zaszłam w ciążę i spodziewałam się Pierworodnego. Rozpuszczalna musi być większym świństwem niż można by się tego spodziewać - mój zaciążony organizm odrzuciło od niej (razem z papieroskiem) już pierwszego dnia - był to najszybszy z objawów ciąży i przez 9 kolejnych dni pewniejszy nawet od testów z apteki, których nie zdałam.

Czarna
Jak mówię, że czarna to czarna. Bez mleka i bez cukru. Bez syropów smakowych. Broń Borze Tucholski z bitą śmietaną (taką w aerozolu). Tym to można ewentualnie ozdobić gorącą czekoladę, deser, lody... ale nie kawę!
Pijesz z mlekiem? Nie ma sprawy. Mogę podać. Choć pewnie przy zalewaniu wodą nie zostawię miejsca na mleko, prawie zawsze zapominam, musisz mi wybaczyć. Odpijesz, co?
Pijesz z cukrem? Nigdy nie zrozumiem. Ale w porządku, gdzieś miałam cukierniczkę. Poczekaj tylko, rozłupię ten cukier, bo się taka bryłka zrobiła. Wiesz, u nas nikt nie słodzi, a ten to chyba na święta kupiłam, jak miałam piec ciasto. A znasz Hemingway'a? Taki cytat z niego mi się przypomniał: "Ludzie dzielą się na inteligentnych i tych, co słodzą kawę.". Bez urazy! W końcu kto by tam kojarzył Hemingway'a? Pulitzera i Nobla dostał. Ale to dawno było.

Z jednej wajchy
"Z ilu łyżeczek?" albo "Ile sypiesz?" - jak ja nienawidzę tych pytań. W domu i w pracy mam miarkę do kawy, taką dodawaną kiedyś do Jacobsa. I wiem, że najlepsza kawa wychodzi z jednej takiej miarki. Wajchy czyli. Wiem też z jaką górką nasypać do wajchy, kiedy potrzebuję czegoś mocniejszego. Nie mam pojęcia z ilu łyżeczek piję, bez miarki sypię po prostu na wyczucie. Nikt inny nie jest w stanie wyczuć - zawsze sypnie o kilka ziarenek za dużo lub za mało. Jeżeli proponujesz mi kawę, a nie chcesz, żebym stała Ci w kuchni i po trochu dosypywała ziarenek do kubka, a potem po troszeczku odsypywała żeby jeszcze odrobinę dosypać (na bank narobię przy tym bałaganu, poza tym musi być to drażniący widok), po prostu nie pytaj i sparz mi taką jaką uważasz za najlepszą. Nie będę wybrzydzać. Już mówiłam.

Dmuchana
To teraz możemy usiąść i pogadać. Słucham? Aaa, łyżeczkę jeszcze chcesz?
Ale nie jesteś z tych, co to muszą zamieszać najpierw 9 razy w prawo, potem 8 w lewo i jeszcze łyżeczkę oblizać? Bo ja nie mieszam. Serio. Wcale. Przed pierwszym upiciem dmucham. Chodzi o to, że zdmuchuje się tę pierwszą warstwę, to nie będzie w zęby wchodzić. I już. Tak mi lepiej smakuje. Tak zawsze pili moi rodzice. Bo tak piła moja mama, a tata uczył się kawę pić od niej. Tak pije mój mąż, bo kawy uczył się pić ode mnie (żebym miała z kim ją spijać po obiedzie), a ja zwykle zapominałam podać mu łyżeczkę. Młody, zakochany, nie śmiał krytykować, nauczył się, przyzwyczaił.

Pierwszy jest najważniejszy
Lubię podpijać kawę innym. Kiedyś mąż rozwiedzie się za to się ze mną, albo zwyczajnie zrobi mi krzywdę. Sama sobie będę winna, on nie ukrywa jak go to drażni, a ja nie mogę się powstrzymać. Nie mam też nic przeciwko, jeżeli ktoś napije się z mojego kubka. ALE WARA OD PIERWSZEGO ŁYKA! Pierwszy łyk jest najważniejszy! Jest mój! To samo mam w przypadku batoników i wafelków - pierwszy gryz smakuje najlepiej. Jeżeli chcesz, żeby nasza znajomość przetrwała, nigdy nie ruszaj pierwszego łyka mojej kawy. NIGDY! Jeżeli Ci się zdarzy, wiedz, że otrzymasz pierwsze ostrzeżenie. Drugiego nie będzie.

Do pełna, proszę
Jako że pierwszy łyk jest tak ważny, musi być idealny. Kawa nie może wyglądać tak, jakby ktoś już ją pił przede mną. Albo jakby czegoś w niej brakowało. Musi być nalane do pełna. Nie chodzi o to, by sięgała do samego brzegu i wylewała się przy podniesieniu kubka (albo przy dmuchaniu!). Ważne są odpowiednie proporcje, świadomie wyważony balans między napojem a rantem naczynia. Jeżeli naleje się za dużo, nic już nie zrobisz. Trudno. Jeżeli naleje się za mało i doleje się wody po chwili, bo się zagapiło, zapomniało, nie wiedziało albo kawa zwyczajnie opadła - to już nie to. Musisz mi uwierzyć. Nie wytłumaczę tego.

Kubek
Kwestia kubka to oddzielna bajka. Podstawowa zasada to: nigdy, PRZENIGDY, kubek nie może być wyszczerbiony. W ogóle w moim domu żadne z naczyń nie może być wyszczerbione. To takie natręctwo, z którym nawet nie zamierzam walczyć. Wyszczerbione - do śmieci. Choćby kosztowało majątek.

Poza tym kubek musi być ładny. Tak zwyczajnie ładny (w sensie nie brzydki), może być jednokolorowy, właściwie zwykły, ale chodzi o to, żeby miał w sobie to "coś". Kształt na przykład może mieć fajny. Jednocześnie musi być wygodny. Do picia kawy nie nadają się takie klasyczne, proste kubki, takie jak są, przykładowo, w 95% ofert firm zajmujących się produkcją gadżetów ze zdjęciami. Takie kubki to się nadają, co najwyżej, do trzymania w nich długopisów.

Dobrze też, żeby porcelana miała odpowiednią grubość. Taką w sam raz, oczywiście.

I jeszcze jedno. Nienawidzę, gdy ktoś parzy sobie kawę w MOIM ULUBIONYM kubku. O tyle jest to trudne, że "ulubioność" kubków jest sprawą płynną. Raz na jakiś czas pojawia się w moim życiu nowy ulubiony kubek. Ale to nie znaczy, że ktoś może ruszać ten stary. To coś jak z facetem, który jest w szczęśliwym związku z kobietą, ale gula mu rośnie, gdy widzi swoją eks na randce z innym - choć przecież rozstawali się w przyjaźni i właściwie spotykają się od czasu do czasu na przyjacielski seks w porze lunchu. Moich ulubionych kubków po prostu nie tykaj. Nie bierz tego z Audrey Hepburn. Ani tego z napisem "cappuccino". A najlepiej to w ogóle zapytaj, będzie prościej.

Nie dla mnie Francja-elegancja i inne Wersale
Filiżanka to nie to samo. Filiżanka może być od święta. Do pierwszej porannej, pitej w biegu kawy się nie nadaje. A jak się ma małe dziecko, nie nadaje się też do żadnej następnej. W ogóle jeżeli jest niska a szeroka, kawa w niej za szybko stygnie. I zawsze boję się, że taką delikatną filiżankę zwyczajnie stłukę. Dlatego tych kilka drogocennych, które posiadam, trzymam wciśnięte gdzieś z tyłu szafki. I na wszelki wypadek nie sprawdzam ile są warte. I nie używam. Zresztą kit z tym, jeżeli stłukę własną filiżankę, ale co jak stłukę u kogoś? Już lepiej sparz mi kawę w tym kubku od długopisów.

Podkładki pod kubek. U mnie możesz czuć się swobodnie - stawiaj kawę gdzie chcesz. Byle dziecko Ci jej nie wylało, kawy szkoda. Nie znoszę podkładek. Pod kawę, pod piwo, pod myszkę do komputera... Jakoś całe życie ich unikam i żaden z moich mebli nie ma na sobie nieestetycznego kółka. Zawsze czuję się skrępowana w domach, gdzie stosuje się podkładki. Nie neguję jakoś szczególnie samej idei. Zwyczajnie nigdy nie pamiętam o odstawianiu na nie kubka. Do tego stopnia, że kiedy mam taką podkładkę przed sobą, w pierwszej chwili zawsze [podświadomie] kubek postawię obok, bo to przecież niebezpiecznie stawiać na czymś. Do porządku szybko doprowadza mnie wzrok gospodarza.

O mój wzrok nie musisz się martwić. Pod warunkiem, że nie upijesz mi pierwszego łyka!

Jesteście gotowi napić się ze mną kawy?
Wbrew pozorom to wcale nie takie straszne. Do odważnych świat należy ;-)


_______________________
P.S. Przy pisaniu powyższego postu żadna kawa nie została zmarnowana. Poszły trzy kubki. I dwa kieliszki cosmopolitana. Ale to już inna historia.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Rodzicu, nie rób tego swojemu dziecku! Tylko tu dowiesz się: Jak nie należy ubierać dzieci? [zdjęcia]

No dobra, znamy się nie od dziś, nie będziemy się oszukiwać. Nie zdjęcia, ale zdjęcie. Jedno, nie szalejmy. I dopiero później. Najpierw zbudujmy jakieś napięcie.

Niedawne pisanie postu "Dlaczego z Matki nie będzie dziecięcej "szafiarki"?" zainspirowało do sięgnięcia po stare albumy i przyjrzenia się przedszkolnym oraz szkolnym fotografiom z Matką w roli głównej. Doskonale pamięta Matka, które z uwiecznionych na nich strojów lubiła, a które musiała założyć "bez dyskusji". Nawet gdyby nie pamiętała, mina na każdym ujęciu mówi wszystko. Nieważne czy strój był rzeczywiście ładny albo czy był odpowiedni do okazji. Ważne, co mała Matka o nim myślała. W różowym dresie z drugiej klasy wygląda jak mała miss. Bo to był naprawdę wypasiony dres, najfajniejszy z wszystkich dresów w całej klasie, przynajmniej w mniemaniu jego właścicielki. Ale, gdy ubrano Matkę w stylowy bordowy sweterek, którego teraz pewnie by się nie powstydziła, ale którego 25 lat temu szczerze nienawidziła, minę ma na zdjęciu jakby właśnie na jej oczach ukręcono łepek jej ukochanemu chomikowi.

Jak nie ubierać dzieci?


Przykład z życia wzięty. Oto 4/5-letnia Matka Wyluzuj! 

wystylizowana przez własną matkę. 


Przez kolejnych kilkanaście lat na wszelkie zarzuty wobec poniższego zdjęcia Matka Matki odpowiadała: "Ale ja cię lubiłam tak ubraną". W końcu, po około 20 latach, po dokładniejszym przyjrzeniu się fotografii, zdobyła się chociaż na przyznanie: "Rzeczywiście, może jakoś tak smutno wyglądasz?"




Na tym zdjęciu jest wszystko, czego być nie powinno. Matka do dziś pamięta, jak nie znosiła tego stroju i jak od rana rozpaczała, że własna matka kazała jej go założyć akurat tego dnia, gdy w przedszkolu miał być fotograf. Akurat TEGO DNIA. To miało być przecież najważniejsze zdjęcie sezonu! Już nawet nie chodzi o tego smerfa w tle, który wtedy oczywiście robił porażające wrażenie. Najważniejszym bajerem tamtych fotografii był totalny przebój początku lat '90, znany wtedy głównie z komunijnych kartek z życzeniami - melodyjka, która wygrywała po otwarciu takiego karnetu ze zdjęciami. To było coś, co naprawdę szkoda było psuć upamiętnionym na lata nieszczęściem w oczach.

Szczegółowa analiza przedszkolnego outfit'u Matki Wyluzuj!

1. Kapcie - czy po spojrzeniu na nie potrzebny jest jeszcze komentarz? Przy ich stanie technicznym (imponująca dziura na palcu + ogólne wydeptanie) koszmarny rzucik w "dywanowe" kwiatki już w zasadzie nie robi różnicy.

2. Rajstopy - gryzące, zjeżdżające i rolujące się. Zrolowane wałeczki na kolanach znacznie lepiej widoczne są na zdjęciu grupowym, gdzie Matka ma zadartą spódniczkę (jakby mało było upokorzeń). Wszystkie rajstopy to zmora matkowego dzieciństwa.

3. Spódniczka - znienawidzona tak, jak tylko mała dziewczynka może znienawidzić spódniczkę. Kolor (jakże daleki od ulubionego wtedy różu) w połączeniu z krojem i materiałem (które nie pozwalały jej się "kręcić" przy obracaniu się w kółko, co jak wiadomo, w latach '80 i '90 dyskredytowało każdą taką spódniczkę w oczach dziewczynek) sprawiały, że po prostu nie dało się jej lubić. Do tego drapała.

4. Sweterek - doskonale swą barwą podkreślający osraną minę. I na dokładkę biały kołnierzyk - z całej przedszkolnej grupy tylko szyja Matki jest takowym zniewolona. Wyłącznym jego plusem jest to, że tym sposobem powyższe zdjęcie jest jednym z niewielu (a właściwie jedynym poza zdjęciami z balów przebierańców), na którym przy szyi nie wystaje podkoszulka.

5. Wyraz twarzy - pokazujący bez cienia wątpliwości, jak bardzo Matka jest niezadowolona ze swojego stroju.

6. Postawa - mówiąca nic innego, jak: "Następny raz ubierzecie mnie tak po moim trupie!"


Odpowiedź na pytanie zadane w tytule jest prosta. Jak nie należy ubierać dzieci? Tak jak sobie tego absolutnie nie życzą!


sobota, 24 stycznia 2015

Dlaczego z Matki nie będzie dziecięcej "szafiarki"?

[Post nie jest zawoalowaną krytyką stron internetowych poświęconych dziecięcym stylizacjom. Raczej zawoalowanym wyrazem niezrozumienia ich fenomenu.]

- Kiedy, Matko, zorientowałaś się, że nie będzie z Ciebie "szafiarki"?
- Mniej więcej w 7 miesiącu.
- Bycia matką?
- Bycia w ciąży.
- Opowiesz nam o tym?
- Historia jakich wiele. Nic nadzwyczajnego. Zwykły spacer. Obowiązkowe przystanki przy każdej wystawie z artykułami dla dzieci. Stanęłam przed jedną z takich witryn i zobaczyłam przepiękny sweterek. Granatowy z angielską kratką z przodu. Rozmiar dla 3-6-miesięcznego dziecka. Pomyślałam, że przecież wygląda, jak mój ulubiony sweter, który wciśnięty był gdzieś głęboko w szafę, bo z wiadomych przyczyn się w niego nie mieściłam. Ale przecież w głowie od razu powstała wizja, jak zakładam ten mój sweterek, a w identyczny ubieram moje maleństwo i razem pozujemy do tych wszystkich słit fotek, na imieninach u babci budzimy zachwyt wśród zgromadzonych, a na spacerach dochodzą do nas rozczulone westchnienia przechodniów... Wtedy jeszcze moje wizje nie obejmowały ulanego mleka, ślinotoku przy ząbkowaniu, czy pieluch, które przepuszczają zawartość nie tylko bokami, ale i górą, i każdą możliwą stroną. Weszłam do sklepu, bo przecież nie mogło być odwrotu, ten sweterek trzeba było kupić. A jednak odwrót był. Na pięcie. Po tym, jak zobaczyłam cenę. 79 zł! 8 dych za szmatkę na 3 miesiące (jeśli nawet szybciej z niej nie wyrośnie)? Przecież mój kosztował, jak dziś pamiętam, 39 zł. A noszę go 3 lata.
- I już? To wystarczyło?
- Tak, mój sweter noszę kolejne 3 lata. Syn nigdy nie dostał sweterka w angielską kratkę. Za to pięknie wygląda w tych w paski z lumpeksu. Bo ładnemu we wszystkim ładnie.

 ***
Październik 2014 - Pasowanie na Przedszkolaka - pierwsza przedszkolna uroczystość
Zarządzenie: strój galowy/uroczysty

Myślała Matka, że ubierając dziecko w jeansy i koszulę w kratkę (bo i tak za wielkiego wyboru w szafie akurat nie było), ubiera je w strój uroczysty. Cóż, w oczach Matki coś, co wymagało od niej prasowania i to w dodatku prasowania raczej precyzyjnego, jeżeli popatrzeć na ten malutki kołnierzyk, mankieciki, rękawki, guziczki i klapki przy kieszonkach, z automatu uważane jest jako uroczyste.
Zaś patrząc jeszcze raz na żelazko i zaraz potem na ten kołnierzyk, mankieciki, rękawki i klapki przy kieszonkach, ucieszyć się można, że Syn i tak nie przepada za koszulą, więc nie trzeba patrzeć na to połączenie często.
Jakże się Matka myliła co do uroczystości stroju, dowiedziała się obserwując pozostałe dzieci z grupy Pierworodnego.
Białe rajstopki, spodnie w kancik, granatowe sukienunie, koszule, których zapewne w swych kolekcjach nie powstydziłaby się choćby Wólczanka, muszki, krawaciki... i nie wiadomo co jeszcze.
Uroczystość odbywała się bez udziału rodziców. Włączyła więc Matka nagranie z przedszkolnego monitoringu i od rana zerkała co chwilę w komputer, żeby nie przegapić ani minuty z tego wiekopomnego wydarzenia.
Pierwsza godzina minęła paniom przedszkolankom na poprawianiu tych kołnierzyków, rajstopek, sukienek i krawacików. W związku z tym zabrakło czasu na zwyczajowe zajęcia, piosenki, zabawy. Potem odbyło się pasowanie, zdjęcia, dyplomy - 20 minut i po sprawie. Kolejna godzina minęła paniom na przebieraniu dzieci w dresy, koszulki, leginsy i dochodzeniu do tego, które rzeczy do kogo należą. Syn Pierworodny pozostał jedynym dzieckiem ubranym w strój, w którym przyszedł do przedszkola.

A Matka oczywiście wpadła w lekki stupor. W sensie, że zamarła pełna obaw i dylematów. Jak na matkę niewyluzowaną przystało. "Czyli co? Źle ubrałam???", "To ze mną jest coś nie tak, czy jednak sytuacja jakaś dziwna?"

Bo tok myślenia Matki wygląda tak:
uroczysty strój dla dziecka ---> Ale nie można w nim się bawić, jeść, siedzieć na dywanie, normalnie poruszać, czuć swobodnie? = uroczysty strój NIE dla dziecka!

A może jednak Matka ma błędne przekonania co do dress code'u dwulatków i zbyt casualowo podchodzi do outfit'ów, zamiast traktować je bardziej high fashion? Może trzeba więcej haute couture a mniej prêt-à-porter?
[STOP! Bo sama zaczynam gubić się w tym, co piszę]

***
Matka przyznaje - moda nie jest jej obojętna, raczej nie najgorzej orientuje się w aktualnych trendach, choć podchodzi do nich bardzo selektywnie, wybierając tylko to, co odpowiada jej stylowi.
Uwagę na to w co jest ubrana zwracała odkąd pamięta. Choć podobno zwracała ją też w czasach, których nie pamięta. Ku utrapieniu Matki Matki, która do teraz wypomina jej, że gdy uradowana ustawiała się w niewyobrażalnie długą kolejkę, bo właśnie "rzucili" dziecięce sweterki [lata '80, gówniarze! - przyp. autorki], kilkuletnia Matka z wyjątkowo rozwiniętym, żeby nie powiedzieć rozbuchanym, poczuciem estetyki, po rzuceniu spojrzenia na owe sweterki, nie dała sobie żadnego nawet przymierzyć. Do teraz też nie ma pojęcia, skąd Matka Matki wyczarowała w latach '80 piękne kobaltowe bikini pasujące na trzylatkę, która za żadne skarby świata nie zamierzała świecić golizną na plaży. Prawdopodobnie Matka była pierwszym trzylatkiem w bikini, którego widziano nad jeziorem w niewielkim mieście, w którym się wychowywała.

A teraz, gdy Matka sama jest matką niespełna trzylatka, w naturalny sposób zwraca uwagę na to, w co ubrany jest Syn. Jednak jej nadwrażliwość estetyczna w żaden sposób nie zagraża jej dziecku, akurat którego estetyka mówi jedynie, że dinozaury, samochody i pociągi są fajne, a cała reszta jest mu obojętna. Owszem, kiedy Syn wyjątkowo ładnie wygląda, chętnie łapie Matka za aparat. Ale wciąż fotografuje dziecko, a nie szmatki, które ma ono na sobie. A kiedy Syn się odwraca, biega, rusza, klejącymi paluchami maca obiektyw, po prostu Matka odpuszcza i odkłada sprzęt, myśląc "Innym razem". Zwykle Pierworodny zdąży wyrosnąć z ubrań, w których tak ładnie wyglądał nim nastąpi ten "inny raz", gdy znów pomyśli się o zdjęciach. I właściwie co z tego? Nic. Bo ważniejsze jest to w jakich okolicznościach powstają jego fotografie, niż to jaki ma na nich strój. Ważniejsza jest sytuacja, niż czy bluzka była z lumpeksu, od topowego polskiego projektanta czy po starszym koledze.

W życiu codziennym Matka, co sama przyznaje, ma wybujałe poczucie estetyki. Lubi otaczać się ładnymi przedmiotami. Nawet miotłę ma w kwiatki. A wieszaki dobrane kolorystycznie. Zeszyt też nie może być pierwszy z brzegu, jego okładka musi zachwycać. Koszyczki w szafie w odpowiednich kolorach, pudełka dobrane nieprzypadkowo.
Ale kiedy Pierworodny ma ochotę założyć dwie zupełnie niepasujące do siebie rzeczy, albo, co już jest normą, dwie różne skarpetki, zwykle pozwala mu na to. Bo w hierarchii ważności jej poczucie estetyki zawsze przegrywa z jego poczuciem dumy na myśl, że sam wybrał i skompletował swoje ubranie.

***
Grudzień 2014 - Wizyta Świętego Mikołaja w przedszkolu
Zarządzenie: strój uroczysty/galowy

Po zaliczeniu już kilku przedszkolnych wydarzeń, w których Syn miał być ubrany na galowo, takich jak na przykład jedno z najważniejszych świąt świeckich, aż dziw, że nie państwowych i wolnych od pracy, czyli hucznie obchodzony Dzień Pluszowego Misia, Matka zdążyła już jasno sobie określić, co uważa za strój uroczysty. A właściwie utwierdziła się w tym, co uważała jeszcze zanim we wrześniu puściła dziecko do ludzi, aby kompletnie nie zdziczało, czyli krótko mówiąc zanim zapisała do przedszkola.
Ma być schludnie, inaczej niż zwykle, wygodnie jak zawsze i ma podobać się dziecku!
Przez dobry miesiąc trąbiono w placówce o tym, że będzie Mikołaj. Mówiono, podkreślano, powiadamiano w mailach. Co tam Mikołaj? Fotograf będzie!!!
W związku z tym mówiono, podkreślano, powiadamiano w mailach i proszono osobiście o założenie dziecku stroju uroczystego. "A więc to dziś, a więc to już teraz, czas na strój najbardziej uroczysty z uroczystych!" - pomyślała Matka i w ruch poszło żelazko. Bo skoro ma być uroczyście, niech będzie po całości.
I, mając w pamięci te wszystkie przedszkolne i szkolne zdjęcia, na których mała Matka ma na sobie najbardziej znienawidzone sukienki, z których jakimś trafem zawsze przy szyi wystawały podkoszulki, do tego zjeżdżające i rolujące się rajstopy i najbardziej ohydne z ohydnych kapcie, wyprasowała Synowi Pierworodnemu to, co w tym wypadku uznała za najbardziej słuszne i odświętne.

Gdy skończyła prasowanie i patrzyła na dzieło swej żmudnej pracy, nie mogła oprzeć się wizji, jak już za kilkanaście lat, Syn podziękuje jej za to, że nie ubierała go w obciachowe koszule i muszki, których nie znosił i z dumą porówna swoje zdjęcie do zdjęć rówieśników. W końcu na pewno mało kto będzie mógł się pochwalić tym, że już w przedszkolu miał własny, niebanalny, trochę niepokorny styl i szedł naprzeciw utartym konwenansom. W końcu mało dzieci siedząc na kolanach u Mikołaja ma na sobie koszulkę zespołu Led Zeppelin...
Ta miła wizja nie opuszczała Matki przez cały dzień.
Aż do popołudnia, kiedy to odbierała dziecko z przedszkola.
Otóż przedszkolanki uznały, że Syn jest za mało elegancki i postanowiły go przebrać. W szafce zawsze są jakieś zapasowe ubrania, gdyby te w których przyszedł trzeba było z jakichś powodów zmienić. Zwykle zanosi Matka rzeczy, których na co dzień i tak nie nakłada Pierworodnemu, bo szkoda, żeby jego ulubione bluzki nieużywane leżały tygodniami w przedszkolnej szatni. I pech chciał, że co akurat było w reklamówce na wieszaczku? Nieszczęsna koszula w kratę z Pasowania na Przedszkolaka.

I na bank, za jakieś 14 lat, oglądając wspólnie rodzinne zdjęcia, będzie Matka musiała powiedzieć Pierworodnemu: "Synku, ale uwierz mi, naprawdę pod tą koszulą, której tak nie znosiłeś, miałeś na sobie zajebistą koszulkę Led Zeppelin!"*.


*Na co dzień Matka rzadko używa słowa "zajebisty", a już na pewno nie w rozmowach z Synem, ale tu przecież chodzi o KOSZULKĘ LED ZEPPELIN.