środa, 23 lipca 2014

Wspomnienia z Jarocina. Na wyrywki

Matka wróciła. Zmęczona i wypoczęta zarazem. Szczęśliwa i jednocześnie stęskinona za rodziną. Wciąż dochodzi do siebie.
Może jednak z tym Jarocinem przeholowała? Może trzeba było stopniowo przyzwyczajać organizm? Może 3-dniowy wypad, spanie w namiocie, lipcowe upały, rock&roll'owe koncerty, ludzie poznani nie przy piaskownicy, ale przy piwie to już za dużo... Matka ma w końcu swoje lata... Może trzeba było na początek... nie wiem... może do opery się wybrać i sączyć kieliszek szampana?
Ale stało się. I było cudnie.

Okazało się, że przez ostatnie 3 lata świat się nie zatrzymał, a punk nadal nie umarł.

Pakowanie

Śpiwory. Matka i Ojciec mają dwa. Jeden - panieński Matki, lżejszy, ale swoje już w życiu przeszedł i należy mu się emerytura, drugi - kawalerski Ojca, ciężki, za to ciepły i wygodny. Matka zastanawiała się, który zabrać.
- Weź ten lekki - podpowiada Ojciec.
- Ale on jest niewygodny - marudzi Matka.
- Po pijaku będzie ci wszystko jedno.
- Ten Twój jest dużo lepszy.
- Tym bardziej weź swój. Nie będzie szkoda jak zarzygasz.
Po chwili jeszcze dodaje:
- I tylko nie pal!
- No dobra to biorę ten gorszy śpiwór - temat śpiwora jednak wydaje się wygodniejszy.
- Pijana będziesz to...
Nie zdążył dokończyć, jak wtrąca się przerażona dyskusją Matka Matki, tak jakby po tylu latach jeszcze nie zawsze wyłapywała ich żarty.
- Jak to pijana!?!? Ty jej zabroń!!! - żąda kategorycznie.
- A co ja jej mam zabraniać? - odpowiada Ojciec ze stoickim spokojem. - Dorosła jest! Zresztą nie ja się będę wstydził. To Twoja córka.

I tak każda pakowana rzecz przysparzała kolejnych dylematów. 
Żeby koledzy Matce nie zarzucili, że zabrała mnóstwo niepotrzebnych bzdur, żeby jej nie wypominali, że wzięła ze sobą graty typu kwiatek w doniczce, aby w namiocie było przytulniej, buty na obcasie, bo nigdy nic nie wiadomo czy suszarkę do włosów, bo zawsze może się przydać, starała się Matka ograniczyć bagaże do minimum - same praktyczne rzeczy. A i tak, na dzień przed wyjazdem, stwierdzono, że jej plecak ze stelażem to przesada.
I co?
Dojechała Matka na umówione miejsce z jednym, fakt, że dużym, ale jednym(!) plecakiem na plecach i torbą z namiotem w dłoni i co zobaczyła?... facetów z reklamówkami, woreczkami, plecakami, torbami, śpiworami, namiotami itd. A co w tych reklamówkach, woreczkach, plecakach, torbach itd? Oto jest zagadka. Nie było na przykład obiecanej ładowarki samochodowej do telefonu, ale...                                 był przyrząd do robienia baniek mydlanych. Szczoteczka do zębów niekoniecznie została potraktowana, ani tym bardziej zabrana, jako artykuł pierwszej potrzeby, ale...                              była szisza i różne smaki tytoniu do niej. Nie było rozpałki do grilla (cyt. "Po co?" - 3 godziny później wiedzieli już po co), ale była musztarda. A w samochodzie można też było znaleźć na przykład żelazko.
Jednak byłaby Matka niesprawiedliwa, gdyby nie przyznała, że takie "męskie" pakowanie ma też swoje plusy. Praktyczny mężczyzna bierze ze sobą nie tylko zapasowy ręcznik, ale i zapasowy namiot (na wszelki wypadek). Kobieta, której się tylko wydawało, że jest praktyczna, bierze ze sobą namiot, po czym na miejscu okazuje się, że nie ma on tropiku. Swoją drogą trzeba być strasznym chamem, by pożyczyć od kogoś namiot i bez słowa oddać go w takim stanie.

No to w drogę...

Spontaniczność wyjazdów z mężczyznami jest powalająca. Tuż przed samym Jarocinem zakomunikowali przerażonej Matce, że wcale nie jadą na pole namiotowe. Znów ktoś znał kogoś, a ten znał kogoś, a tamten ktoś na festiwal do Jarocina przyjeżdża od 1988... I tak wylądowali z ekipą zebraną z całej Polski, rozbici na dziko, ale uwaga! z własnym, prywatnym, toi toi'em zamykanym na kluczyk. Pełen profesjonalizm: własna kosiarka do trawy, żeby móc wygodnie rozbić namioty, zaprzyjaźnieni właściciele pobliskiej posesji i możliwość skorzystania z ich łazienki z prysznicem z hydromasażem... Luksus, panie, luksus.

O czym rozmawiają faceci?

Pierwsze pół godziny w aucie. Co do przewidzenia, było o ostatnim mundialu, było o samochodach. Ale, gdy jeszcze przed wyjazdem Matka zastanawiała się nad męskimi tematami, nie uwzględniła jednego faktu. Trzech mężczyzn to nic. Trzech budowlańców to dopiero hard core.
- Ale ci dwaj to drogowcy. My ich tak nie poważamy ;-) - powiedział Matce na ucho dla uspokojenia ten trzeci, architekt.
Trzy dyskusje na temat węzłów komunikacyjnych na krajowej "piętnastce" zaliczono już w ciągu pierwszych 50 km podróży.

O czym tak naprawdę rozmawiają faceci?

O czym tak naprawdę rozmawiają na męskich wypadach przekonała się Matka bardzo szybko. Do teraz nie jest pewna, czy chciała wiedzieć. Nie bardzo też wiadomo czy bardziej traktowana była jak specjalistka od psychiki kobiet (z dodatkową specjalizacją i praktycznym doświadczeniem w podgrupie "żony") czy jako kolejny kumpel, robiący za tzw. skrzydłowego.

Przykład. Z gatunku tych łagodnych.

... na temat znajomej dziewczyny:
Kolega 1: - Ale powiedz, co z nią jest? - pytanie skierowane do Matki.
Kolega 2: - Nawet się całować nie chce.
Kolega 1: - Jak nie chce?
Kolega 2: - No chce. Ale krótko.
Kolega 1: - No tak - stwierdził ze zrozumieniem, po czym dodał gwoli wyjaśnienia: - A krótko się nie liczy.

W każdym mężczyźnie jest trochę dziecka

Przyzwyczajona jest Matka do wybywania z domu jak sójka za morze. Do częstego spóźniania się i chodzenia drogami innymi niż zaplanowała. Przyzwyczajona jest, bo na co dzień obcuje z dwulatkiem.
Nieoczekiwanie jednak weekend z kolegami pozwolił docenić zdolności organizacyjne mocno nieletniego Syna, jego punktualność, poukładanie i życiowe ogarnięcie.
Notorycznie bowiem spóźniali się na koncerty, na które chcieli się wybrać, kilkukrotnie trafiając dopiero na ostatni bis. Gdy wybrali się na basen, nieopodal placu festiwalowego, szli przeszło 4 godziny - zahaczając "po drodze" nawet o muzeum, co by kultury trochę liznąć. A w ciągu tych 4 godzin najczęstszym zdaniem jakie Matka słyszała było: "- Wypijemy tylko piwo i idziemy". Zaplanowane pójście na Rynek nie doszło do skutku. A drugiego dnia festiwalu, podczas szwendania po parku Kolega nagle doznał olśnienia i stwierdził pod nosem: - Aaa, bo my przecież w Jarocinie jesteśmy.

Absurd gonił absurd

Koncerty trwają w najlepsze. Jeden z kolegów zgłodniał. Dlatego ze wszystkich sił próbuje przekonać resztę o wyższości gorącej zupy nad piwem, na które właśnie się wybierają:
- Na piwo chcecie iść? A może chodźmy na grochówkę?  - Widząc brak zrozumienia w oczach wytacza poważne argumenty - Zobaczcie, tyle samo kosztuje a ma mniej kalorii...
Rozbawił do łez. Dlatego przekonał.

Rano.
- Po co człowiekowi są linie papilarne?
- Żeby się nie ślizgał.

Pierwsze Nieoficjalne Jarocińskie Spotkania Blogosfery Parentingowej

Wiecie, generalnie to Matka nie pali... Ale z Jadźką umówiła się na papierosa. W domyśle chyba jednego. Trzy spaliła. A w ich trakcie poruszono multum tematów. Było o Pink Floydach, o nianiach do dzieci, o większości, klasycznych już, polskich kapel punkowych, o nastoletnim buncie, o tym kto w domu trzyma kasę, o blogach, o blogerach, o tym gdzie leży Poznań...
Było to pierwsze takie spotkanie w karierze Matki. W związku z tym jedynie Jadźka może Wam zaświadczyć, że Matka istnieje naprawdę i nie jest starym, grubym facetem z bogatą wyobraźnią i dostępem do internetu.

Wracać czas...

Ostatni etap podróży przyszło Matce przeżyć już samotnie w nocnym pociągu. Po drodze, z powodu remontów, czekała ją jeszcze przesiadka w zastępczego busa i potem z powrotem w pociąg. Podczas przesiadki okazało się, że w pociągu była jedyną kobietą. W busie, wypełnionym co do jednego miejsca, okazało się, że chociaż sama ma oczy na zapałki, wszyscy inni pasażerowie są bardziej śpiący od niej. Sąsiad z siedzenia obok, wyjątkowo rosły, żeby nie powiedzieć przypakowany, zasnął jej na ramieniu. Z powodu ciężaru ledwie mogła oddychać. Na szczęście nie posunął się dalej niż do przytulania. Dojechali do końca trasy busa. Wszyscy wysiadają i idą w jednym kierunku. Matka na wpół przytomna nie bardzo ogarnia dokąd, ale trzyma się tłumu. W pewnym momencie orientuje się, że dworzec kolejowy zostawili po drugiej stronie ulicy a wszyscy po kolei wchodzą do budynku naprzeciwko - ciemno jest, ciężko stwierdzić co to za budynek.
- Przepraszam bardzo, a panowie to gdzie idą?
- Wracamy do wojska.
- A to nie, dziękuję.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Matka wytęskniona do granic możliwości. Tymczasem Syn...
Syn nie zauważył zniknięcia Matki. Nie wiadomo czy się cieszyć czy być tym faktem zaniepokojoną. Na wszelki wypadek, po całej tej dawce Luzu!, którego zażyła w weekend, Matka wybiera pierwszą opcję i nagminnie odgania myśl, że jej Syneczek już jej nie kocha i woli Tatusia.

Wieczór po powrocie.
Siedzi na wpół przytomna Matka na kanapie. Marzy o tym żeby się wreszcie wyspać. Tuż przy niej toczą się normalne rozmowy Ojca z Matką Matki, czyli Teściową. W wyniku zmęczenia możliwości percepcyjne Matki są silnie ograniczone i nie wytrzymuje ona zawrotnego tempa dyskusji. Czyli że gubi się już przy drugim zdaniu i strzela jakąś głupotą. Na co Ojciec zwraca się do Teściowej:
- Widzisz? Tylko 3 dni jej nie było a wróciła kompletnie odmieniona. Ja nie wiem, co tu za baba siedzi? Gdzie tamta kobieta? Gdzie ta inteligencja, gdzie to wszystko w czym się zakochałem...

I jeszcze jedno Matka Wam powie

jeśli zobaczycie dziecko w czarnej koszulce z napisem "Punk's not dead" - to moje :-)
Znaczy... Matka pamiątki przywiozła.


piątek, 18 lipca 2014

Sterta

Wieczór.
Zostawiając za sobą uchylone drzwi, cichutko wychodzę z sypialni wypełnionej spokojnym, ciepłym oddechem.
W głowie majaczą mi jeszcze zdania i obrazy z książki, której znów nie doczekał końca.
Śpi.
Wtulony w moją poduszkę.
Wtulony w pluszowego pieska. W pluszowego misia. I słonia. Tego dużego, od Dziadka. Wtulony w zajączka. I jeszcze drugiego zajączka. I jaśka ubranego w poszewkę z lokomotywą. We wszystko na raz.
Najdłużej w procesie zasypiania trwa znalezienie dogodnej pozycji, która uwzględni wtulenie się w to wszystko.
I pomyśleć, że tak niedawno jako przytulankę zabierał do łóżka plastikowy kubeczek. Czasem dwa. Albo piłkę. Kanciasty pociąg z klocków czy samochodzik.
Zasypia zasłuchany w szeptaną opowieść o chłopcu, który "nie był ani bardzo grzeczny, ani bardzo niegrzeczny". Brzmi znajomo.
Dzień dobiegł końca.
Cisza
W przedpokoju mijam niedbale rzucone sandałki w rozmiarze 26.
W łazience wisi mokry ręcznik z Kubusiem Puchatkiem. Wzdłuż ściany stoją i suszą się gumowe zwierzątka we wszystkich kolorach świata. Przy całym swym niepoważnym wyglądzie ze wszystkich sił starają się nie kłuć dorosłego wzroku, by znów nie wylądować wepchniętymi w koszyk, czekając całą dobę na małe łapki, które wśród śmiechów i pokrzykiwań uwolnią je dopiero następnego dnia. Czasem im się udaje. Nie dzisiaj.

Cisza.
Dzień dobiegł końca.
Prawdopodobnie nie wydarzy się już nic bardzo ważnego. Nieważnym jest przecież czytanie książki. Mało to książek się w życiu przeczytało? Nauka pierwszych liter to jest naprawdę ważne. Niczym szczególnym jest przygotowywanie zapraw z czerwonych porzeczek. Zjedzenie aż 4 kanapek z dżemem do śniadania to jest wyczyn. Film? Nuda. Czym jest w obliczu odkrycia Księżyca albo przy pierwszym samodzielnym ułożeniu puzzli z 35 elementów?
Już nic ważniejszego niż zapewnienie bezpiecznego snu i doczekanie poranka nie będzie miało miejsca.

W kuchni, na talerzu niedojedzona skórka od chleba. Zostanie dla ptaków.
Spod kanapy wystaje jakiś niesprzątnięty samochodzik. Musiał być dziś bardzo zmęczony. Zawsze dba, by wszystkie auta były na swoim miejscu. Jeden rzut oka i inwentaryzacja przeprowadzona - nie wiadomo jak on to robi, ale wiadomo, którego autka brakuje.
I jeszcze ta sterta na komodzie.
Spodnie, które wytarły niezliczone metry podłóg i chodników, otarły się o ściany, ławki, piaskownice, zjeżdżalnie i trawniki. Skarpetki, które tylko dziś przemierzyły całe kilometry w poszukiwaniu nowych wrażeń. Koszulka, z którą podzielił się śniadaniem, obiadem i kolacją. I lodami. Nimi dzielił wyjątkowo hojnie.
Nim zdecyduję czy coś z tego nadaje się do  ponownego użytku, bezwiednie przykładam błękitną bluzeczkę do twarzy. Nozdrza bez świadomości umysłu chłoną cudowny zapach niewinności. Zapach dziesiątek przygód, mnóstwa odkryć i zadziwień, małych i wielkich radości, smutków tak rozdzierających serce, jakby złorzeczyły koniec świata...

hhhhmmmmm
Pachnie jak miłość.

Dzień dobiegł końca.

środa, 16 lipca 2014

Matka's not dead!

Stało się. Ruszyła operacja logistyczna skomplikowana bardziej niż odbicie zakładników z rąk somalijskich piratów czy innych arabskich terrorystów. Jej skutki odczuje znacznie więcej osób niż mogło by się wydawać.
Matka, Syn Pierworodny i Ojciec Pierworodnego to dopiero początek. A gdzie tu jeszcze Babcia, Siostra Babci, bliżsi i dalsi krewni i znajomi, od kilku do kilkunastu pracowników Ojca...
Efekt ma być taki, że Matka po raz pierwszy odkąd jest matką wybędzie z domu. I to jak? Z hukiem! Z pompą! I nie tak sobie po prostu. Nie, że na godzinkę z koleżanką na kawę.
Matka wybędzie na 3 dni i 3 noce.

Matka pojedzie do Jarocina!!!
I nie, że se domek nad jakimś jeziorem wynajmie i będzie ryby łowić.
Nie, że na działkę do ciotki kuzynki szwagra teścia jeść pyry i gzik z rzodkiewką
Nieee

Matka na festiwal pojedzie. o!

Tak, tak, na TEN festiwal. Co kiedyś był mekką zbuntowanych nastolatków PRLu a teraz jest piknikiem rodzinnym dla starych punkowców.
Matce już niestety bliżej do starego punkowca niż zbuntowanej nastolatki. No to jedzie. Obada sytuację i sprawdzi czy za rok jechać z Synem.

A póki co jedzie sama.
To znaczy nie tak całkiem sama. Z ekipą.
I jest nadzieja, że przez te 3 dni i 3 noce nie będzie gadać wyłącznie o dziecku. Bo Matka jedzie na męski wypad. Czyli że z samymi facetami. Tak się jakoś złożyło.
W dodatku Matka tak dobrze to zna jednego z nich. On zna dobrze drugiego. A ten drugi zna trzeciego.
To wiadomo, że się Matka będzie hamować, żeby na oszołomkę, co żyje tylko własnym dzieckiem nie wyjść przed obcymi ludźmi. Pytanie, czy przygotowywać się z jakichś męskich tematów? Trwa jeszcze to euro w Brazylii? Jak tam nasi?
O czym rozmawiają mężczyźni na męskich wypadach?
Czy na pewno chcę wiedzieć?

I oczywiście poza tym, że się Matka cieszy, że będą ludzie, że będzie fajnie, że muzyka, piwo, pogo, lato i mała beztroska, że prawie jak dawniej, że namiot, śpiwór, karimata, że koncerty, klimat, rock&roll...

...to kurde blaszka dziwnie tak bez Ojca. Nieswojo. Od dziesięciu lat to z nim się szlaja przecież po świecie. W tym po koncertach i festiwalach.
A bez Pierworodnego? No jak to? Zatęskni się przecież.
Nie on. Matka.

I gada Matka we wtorek na fejsie z Kolegą, z którym jedzie. W międzyczasie zastanawia się czy brać zmywacz do paznokci? Bo taki fajny lakier kupiła, trzeci dzień już trzyma. To i taki festiwal powinien przetrzymać. Ale jak jednak będzie odprysk to nie zdzierży... Brać ten zmywacz czy szkoda miejsca? Ot, takie dylematy kobiety przed 30-ką. A Kolega? W myślach jej czyta czy co? Fakt, wie jak się Matka cieszy na wyjazd...
- Tylko Ty się czasem już nie pakuj! Wystarczy jak w czwartek zaczniesz.
- Najlepiej mi zrób listę rzeczy do zabrania.
- Mydło, szczoteczka i portfel. Styknie.
A po chwili dopisek.
- Ale jak użyjesz Rexona 72h to dwa pierwsze możesz skreślić.

Matka rozmyśla o zmywaczu a Kolega, bardziej praktyczny, o korkociągu.
- Nie wiem czy brać, bo ochrona to jako broń traktuje.
- Ty nie wiesz, co można zrobić takim korkociągiem. Ja wiem, bo jestem matką dwulatka. A to oznacza, że przez 2 lata moja wyobraźnia wzbogaciła się o sfery niewyobrażalne...
- Zatem uzyskujesz stopień specjalistki w tej dziedzinie = bierzesz korkociąg i popitę.

Tak że tego... zapowiada się Matce prawdziwy survival.

A jeśli wróci z irokezem i wygoloną połową głowy to znak, że pora kończyć z blogiem. Albo zacząć z nowym: "Matka, Nie Luzuj!", bo ci szkodzi.


P.S. Post z opóźnieniem, bo zagadywała mnie jedna taka z Konina ;-)

środa, 9 lipca 2014

Żar

Myśli wyparowały.
W głowie zostały już tylko opary absurdu.
Pani w sklepie dziękujemy nieśmiałym uśmiechem za ciasteczko otrzymane za darmo/za ładne oczy/za niebanalną osobowość.
Płyniemy topiącym się asfaltem.
Dajemy się połknąć wielkiej, szalonej rybie.
Gdy zaczynamy już czuć jak nas trawi, wypluwa zawartość swego brzucha przy miejskiej plaży. W samą porę. Oczy już się zamykały, a ciasteczko wypadło z dłoni.
Kroimy gorące powietrze, tak gorące, że tępi nam noże. Przytępia zmysły. Przedzieramy się powoli w kierunku oazy. Niepewnie stąpamy po rozgorączkowanym piasku.
To nie fatamorgana. Z ulgą zanurzamy się w wodzie.
Topimy smażące się myśli.
Jest tyle błota do przekopania. Tyle wody do przelania. Foremka za foremką. Foremka za foremką. Foremka... I jeszcze wiaderko. Tyle pracy. A słońce coraz niżej. Kończy nam się czas. Tak szybko. Za szybko.
Z zazdrością patrzymy na kaczki po drugiej stronie pomostu. Nie chcą się zamienić, zamiast nas dać się pożreć rybie. Jesteśmy gotowi zamieszkać wśród tataraku, ale ich nie interesuje własnościowe, umeblowane M-3 w centrum miasta. Nie przekonuje ich nawet Wisła za oknem.
Odpływają leniwie.
Mimo to entuzjazm nie słabnie. Kaka! Kaka! 
Tak, Kochanie, kaczka.
Czas zbierać plastikowy dorobek dwuletniego życia. Może się przydać do przekopania jeszcze niejednej górki piasku.
Płyniemy. W kotłującym się tłumie. W oparach strawionych napojów mniej lub bardziej procentowych. Jeszcze kilka przystanków. Jeszcze dwa. Jeszcze jeden. W samą porę. Oczy już się zamykały, a z dumą dzierżone szyszki wypadały z rączek.
Potem wszystko dzieje się jak zwykle. Tyle, że w zwolnionym tempie. Ruchy spowalnia gęstość powietrza, którego nie jest w stanie pociąć nawet wentylator pracujący na najwyższych obrotach. W zwolnionym tempie płyniemy do sypialni. Wolno opadają powieki.
I czytamy w takt świerszczy za oknem:
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
(...)
To para gorąca wprawiła to w ruch
(...)
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to...

sobota, 5 lipca 2014

Zemsta po sycylijsku

Ojcu zachciało się spaghetti. Matka wspaniałomyślna stwierdziła, że zrobi. W trakcie słownych przepychanek o to czy powinna dodawać do sosu zielony groszek czy też będzie to zbeszczeszczeniem całego wielowiekowego dziedzictwa kulinarnego narodu włoskiego, trwa zwykłe, prozaiczne wręcz, krojenie, smażenie i dorzucanie do patelni. Ojciec zielonego groszku nie jada, bo nie, bo to zielony groszek i tyle. A Ojciec z zielonego jedzenia dobrowolnie zjada chyba tylko ogórki i cukinię. Dziwny taki się Matce trafił i musi go akceptować, co nie znaczy, że po prawie 10. latach przestała walczyć.
Przez całe gotowanie toczy się dyskusja na temat groszku. Argumenty już zostały wyczerpane, ale żadne nie daje za wygraną. Matka czuje mimo wszystko, że wciąż jest górą - ma niezaprzeczalnego asa w rękawie: dziecku trzeba dać coś zdrowego na kolację, a poza tym dziecko uwielbia groszek, własnemu DZIECKU przecież groszku nie odmówisz.
Wtem, uwagę Matki odciąga cebula dodana już na patelnię.
- Ej, co Ty zrobiłeś z tą cebulą?
- No co?
- Miałeś ją pokroić a nie ponacinać.
- Ale tak kazali w poradniku dla mężów.
- Co Ty nie powiesz...
- Tak właśnie napisali: "Nie krój cebuli, tylko ją ponacinaj. Drugi raz żona nie każe Ci tego robić."

Tak Matkę zażył tą odpowiedzią, że nie zorientowała się jak chował w międzyczasie groszek za poduszką na kanapie. I wyszło na jego. Zapomniała dodać.

Już zapowiedziała zemstę i znalazła przepis na makaron z fasolką szparagową.
Będzie jatka. Oj, będzie rzeźnia.

środa, 2 lipca 2014

Ku pamięci 2 - post mocno przeterminowany

#1

#1 i 1/2

Dwuletni Syn Pierworodny... Dżizassss... DWULETNI! To ile ma Matka?
Matko kochana, kiedyś, gdy była niewiele starsza od Pierworodnego, myślała, że w tym wieku to już się staje nad grobem. Teraz wydaje się Matce, że kiedy w życiu pojawia się dziecko, czas staje w miejscu. Matka jest już na tym etapie, że kiedy ma podać swój wiek, musi go sobie policzyć i nieodmiennie jest zaskoczona, że nie ma tylu lat, ile miała dwa lata temu. Zdziwiło ją też niedawno, że dziecko znajomych ma już lat 6. Sześć? Nie cztery? Powoli zaczyna do Matki docierać, że nie tylko jej Syn rośnie.

A rośnie, oj rośnie...
W sumie nie wiadomo jak bardzo rośnie, bo ostatni raz mierzony był z okazji roczku... Ale ubranka w rozmiarze 92 cm są teraz w sam raz. Będąc u Dziadków wskoczył na wagę łazienkową - ponad 14 kg. A jeśli już o ubrankach mowa, to wkroczono w ten etap, kiedy fason, rozmiar, kolor, stan techniczny czy poziom czystości  nie są ważne - najważniejsze, że jest Lokomotywa Tomek na przedzie albo Świnka Peppa z boku. Albo Smurfy. Albo Tomek. Albo małpka, piesek, kotek, AUTO. Albo Tomek. Dopóki Marc Jacobs, Miuccia Prada czy Dolce&Gabbana nie zaczną projektować chłopięcych ubranek z wizerunkiem "Tomka i przyjaciół" zawsze przegrają z tandetną bazarówką i lumpeksami.

Bo "Tomek i przyjaciele" to jedna z ulubionych kreskówek Pierworodnego. Poza tym rządzą jeszcze "Strażak Sam", "Smurfy" i "Marta mówi". Ale tytuł liderów dzielą ze sobą nieodmiennie "Świnka Peppa" i "Ciekawski George". I nic nie wskazuje na to, aby ktokolwiek miał zagrozić tej dwójce spadnięciem z piedestału.
Rodzinne oglądanie "Peppy" i "George'a" to codzienny rytuał. Przy śniadaniu i kolacji. Przez resztę dnia telewizor czy komputer może być wyłączony. Na początek Pierworodny podejmuje decyzję, co włączyć.
"U-u-u!" czy "Chrum!" ?
Żałuję, że nie jestem w stanie opisać jak Pierworodny chrumka. Jak on chrumka... No nikt tak nie chrumka.

"Peppa" i "George" to także czytanie książek. Wieczorem na dobranoc króluje OCZYWIŚCIE "Ciekawski George dostaje medal" - dostał już ten medal 129 dni z rzędu. W tym czasie zrobił sobie przerwę na jeden wieczór... dał Matce nadzieję... fałszywy alarm.. Powrócił George następnego dnia. Nic nie jest w stanie go zdetronizować. Po 129 dniach nieśmiało wkroczyła "Świnka Peppa". Pierworodny ma 3 książeczki z Peppą. W ciągu dnia wszystkie są traktowane na równi. Wieczorem uznawana jest tylko jedna. "Wóz strażacki". Już po kilku dniach z Peppą wszyscy tęsknie spoglądali w stronę odstawionego na półkę George'a.
Peppa jest nudna. A w dodatku trzeba ją za każdym razem przeczytać 3 razy. Recytować z pamięci można było więc już po kilku dniach
Po paru tygodniach wyłącznie z Peppą Pierworodny, tak jak w przypadku oglądania kreskówek, codziennie od nowa podejmuje ważką decyzję, co chce usłyszeć na dobranoc. "U-u-u!" czy "Chrum!"?
A jak on chrumka... No mówię Wam.

Dwuletni Syn Pierworodny... dwuletni! to niesamowite, że Matka ma takie duże dziecko.... bardzo lubi oglądanie książeczek, zafascynował się różnymi układankami, nieźle radzi sobie z puzzlami, lubi rysowanie, kolorowanki, wyklejanki. Naklejki to jego pasja - obojętne czy to naklejka z banana z supermarketu, "Dzielny Pacjent" od Babci czy zestaw nalepek z Lidla - Pierworodny nakleja, nakleja, nakleja...

Ale to, co kocha najbardziej to auta. Auta, auta i jeszcze raz brum, brum. Jego kolekcja samochodzików i wszelkich innych pojazdów staje się coraz bardziej pokaźna. Pierworodny pamięta dokładnie od kogo dostał który pojazd. A każdy eksponat tej cennej kolekcji codziennie dopieszczany jest udaną zabawą. Nagle w niepamięć poszły klocki, przez wiele tygodni tak przez Syna hołubione. Aktualnie każdej z zabawek, z większym lub mniejszym żalem, można by się pozbyć, ale bez aut, pociągów itp. cała rodzina leżałaby i kwiczała, gryząc pięści z rozpaczy i nie wiedząc co ze sobą począć.

Bez aut również żaden spacer nie może być udany. Obok żadnego parkingu nie można przejść obojętnie. Każdego auta trzeba dotknąć, pokazać na znaczek określający markę i poczekać aż towarzysz spaceru głośno określi tę markę. Tylko bez ściemy. Pierworodny świetnie rozpoznaje marki samochodów i kitu mu nie wciśniesz. Zawsze dostrzeże też model samochodu, którym jeździ Ojciec i krzyknie "Tati!". W związku z tym, że krzyczy "Tati!" na widok wszystkich Fordów i Fiatów, od kilku miesięcy ukrywa się przed nim fakt, że Ojciec jest jeszcze w posiadaniu Volkswagena.
Jako prawdziwy znawca motoryzacji, Pierworodny lubi sprawdzić czy auto ma znaczek zarówno z przodu jak i z tyłu. Dla pewności sprawdza też koła - zdarzają się bowiem samochody z kołpakami od zupełnie innych modeli, a przecież fakt ten należy głośno zaznaczyć.

Jeśli chodzi o jedzenie to dwuletni Syn Pierworodny uwielbia chleb z dżemem, najlepiej z trzema różnymi dżemami na raz(broń Boże pokrojony na kawałeczki), parówki z ketchupem (jadane łyżką), ogórki w każdej postaci i do wszystkiego (konserwowe dobrze działają na smutki), zupę pomidorową (zawsze z dokładką), marchewki (gotowane i surowe), owoce wszelakie, lody, makarony, jogurt naturalny... Gardzi mięsem. Mleko modyfikowane go brzydzi.

W słuszny swój wiek Pierworodny wszedł na NIE. Choć to "nie" nie było wcale zobowiązujące. Fakt, że było odpowiedzią na zdecydowaną większość zadawanych mu pytań, jednak wszyscy z Pierworodnym przystający szybko przywykli do analizowania jego odpowiedzi zgodnie z zasadą: "Pierwsze słowo do śmietnika, drugie do dziennika". Wielka powtarzalność nastała w rozmowach. Każde pytanie należało zadać co najmniej dwukrotnie. Pierwsza odpowiedź udzielana była bowiem z rozpędu, bez przetworzenia w głowie pytania. Druga często była wynikiem wrodzonego uporu. O tym, która odpowiedź jest prawidłowa i ostateczna decydował taki niuans, jak ton głosu.
Przykład.
- Chcesz kaszkę z malinami?
- Nie.
- Chcesz kaszkę z malinami?
- Nie.
- Chcesz kaszkę z malinami?
- TaaAaak.
Krótkie "tak" lub "nie" w zasadzie nic nie znaczyło. Rzucane było na chybił-trafił, z tym że zdecydowanie częściej rzucane było "nie". Dopiero przeciągłe, odpowiednio zaintonowane "nieeeEe" lub "taaAaak" miało moc wiążącą. Na szczęście etap ten minął. Znów "tak" i "nie"oznaczają po prostu "tak" i "nie". Z tym, że jak się okazuje, w ustach dwulatka nic nie ma mocy wiążącej.


*
Życie z dwulatkiem to nie bułka z masłem.
Jeśli już to z masłem i dżemem. Trzema różnymi dżemami na raz. Z czego i tak większość zostanie wtarta w kanapę i bluzkę Matki.


środa, 25 czerwca 2014

Nie chcę wychowywać dziecka wśród "kurw" i "jebańców"

Są słowa piękne.

Bzik, gzik i guzik. A nawet guziczek.
Puch, poduszka, pierożek, twarożek,
cień, piana, bibułka, bąbelek, liryka,
eklektyczny, element, elokwencja, elewacja,
onomatopeja, zazdrostka, konkubina, fiasko,
turkot, brzdęk i grzdyl,
ciepło, rubaszny, alabaster, akacja, listewka...

Nie ważne co oznaczają. Wsłuchaj się w ich dźwięk.

Są słowa brzydkie.

Abażur, żabot, bażant i żyrandol.
Szynszyla, grzałka, czeremcha, grzechotka,
zdun, odwłok, lornetka, brystol, ułuda,
Kazachstan, tornister, ostrzałka, odrost 
i to, którego nie lubię najbardziej - pacha albo paszka...

Nie ważne co oznaczają. Wsłuchaj się w to jak brzmią.

Są też słowa odgórnie uznane za "brzydkie". Ważne co oznaczają. I nie ważne jak brzmią. Co ciekawe zwykle brzmią bardzo ładnie.

Uwielbiam słowa. Jaram się słowami. Czytam, piszę, mówię, myślę. Wszystko między słowami. Widzę słowa. Wsłuchuję się w nie, wczytuję, wgryzam, pochłaniam, szukam drugiego dna, rozkładam i składam literka po literce. Słowa to mój mały fetysz.
Należę do osób, które czytając książkę nie omijają wzrokiem żadnej litery. Nawet etykiety szamponów w łazience mam przeczytane, bo widocznie zdarzyło mi się kilka nieznośnych minut czekania na cokolwiek: aż pralka skończy, aż woda spłynie, aż balsam się wchłonie...
Czytam wolno. Nie umiem inaczej. Delektuję się słowami. Gdy nie składają się na coś, co odpowiada mojemu poczuciu estetyki, gdy błądzą, kaleczą, nie współgrają ze sobą, odwracam od nich wzrok, uciekam od nich trzaśnięciem okładki albo ostentacyjnym kliknięciem krzyżyka w górnym rogu.
Gdy słucham, a to co mam usłyszeć poszarpane jest wulgaryzmami, gdy "słowa przeklęte" zastępują przecinki, gdy sens nie może przebić się przez brutalność wypowiedzi, trudno mi się skupić - męczę się, czuję jakbym rozmawiała z kimś, kto mówi w obcym mi narzeczu (ciężko zrozumieć język, w którym się nie myśli). Choć samej zdarza mi się używać słów z tego dialektu, całe zdania już nie przechodzą przez gardło.

Jestem starej daty. I chyba zawsze byłam. Bo mierzi mnie, gdy mężczyzna bez zażenowania klnie w obecności kobiet. Tęsknię za czasami, w których nigdy nie przyszło mi żyć, kiedy wulgarne wyrażanie się w obecności kobiet i dzieci było oznaką złego wychowania, braku ogłady, oburzało i budziło niesmak. "Za moich czasów" przeklinająca w towarzystwie kobieta była raczej rzadkością niż normą, a przez dzieciaki wulgaryzmy traktowane były jako coś zakazanego i używały ich jedynie w swoim gronie, aby się popisać, dodać sobie animuszu, przy dorosłych już takie chojractwo znikało - nie był to stały element wypowiedzi, który obecnie większości już nie szokuje nawet w ustach 10-latka.
Mnie nadal szokuje.

Szokuje mnie też taki obrazek.
Przechodzimy z Pierworodnym obok parkingu. Jakaś rodzina pakuje rzeczy do bagażnika. Są weseli, śmieją się, wygłupiają. Mama, tata, córka i syn. Fajny obrazek. Może wybierają się na wakacje? Każdy niesie jakieś nieporęczne i zbyt ciężkie tobołki. Syn w trakcie wygłupów upuszcza reklamówkę, po parkingu toczą się rolki papieru toaletowego. Nikt się nie złości, przecież to głupota. Nadal się śmieją a ich wesołość udziela się i nam. Mama odwraca się do syna i rozbawiona retorycznie rzuca przez ramię: "Ja jebię, co ty odpierdalasz?".
Zgrzyt. Obrazek pokrywa szarość, pękła szybka, ramka jakaś krzywa...

Złości mnie to, że przychodzą ciepłe miesiące a ja nie mogę usypiać dziecka przy otwartym oknie, bo wraz z komarami wlatują do sypialni "jebańce", "chuje" i całe to "pierdolenie" z ławki pod blokiem.

Drażni mnie bezcelowe zaśmiecanie języka, prowadzące jedynie do jego ubożenia. Czasem mam wrażenie, że u coraz większej liczby osób przekleństwa w codziennej konwersacji są już nie tyle synonimem, co zastępują i wypierają podstawowe rzeczowniki, czasowniki i przymiotniki. Nie jestem językową purystką i nie mam nic przeciwko "rzuceniu mięsem", jeżeli jest ku temu powód i odpowiednie okoliczności. Ale nie rozumiem jak komuś może w tych okolicznościach nie przeszkadzać obecność dziecka. I nie chodzi mi tu o tradycyjne, niezahamowane w porę bluzgi w samochodzie na polskich drogach, kiedy zdarza się o obecności potomstwa na tylnym siedzeniu na chwilę zapomnieć i które to wybuchy każdy prędzej czy później może na swym koncie błędów i wypaczeń wychowawczych zapisać. Chodzi mi o zwykłą, codzienną rozmowę dorosłych osób, które nie potrafią wykluczyć ze swojego słownika elementów podwórkowej łaciny, choćby wymieniały między sobą przepisy na niedzielny rosół i nie wpływa na to nawet bawiący się obok kilkulatek.

Mamy zostać rodzicami. Przygotowujemy piękną wyprawkę. Wszystko jest takie nowe, puszyste, niewinne, pastelowe... Od początku stwarzamy wokół dziecka świat piękniejszym niż jest on w rzeczywistości. Tworzymy świat taki, jakim chcielibyśmy żeby był. Ładny, czysty, bezpieczny. Sterylny, bez kantów, zagnieceń i plam. Miękki, świeży i puchaty.
Nie ma w tym nic dziwnego. Na brzydotę i zgryzotę przecież przyjdzie jeszcze czas. W naturalny sposób, mówiąc do niemowlaka przybieramy łagodny ton, używamy zdrobnień i pieszczotliwych określeń. Opatulamy noworodki w puszyste kocyki i oblekamy ładnymi słowy.
I nagle zgrzyt!
Jakaś "kurwa" w nerwach gdzieś się wymyka. Nie pasuje do obecności tego maleństwa w śpioszkach z owieczką, do tych małych stópeczek w skarpetkach z falbanką, do tego pluszowego króliczka leżącego obok. Do tych snów niewinnych. Do tych oczu niebieskich, tak wszystkiego ciekawych. Do loczków małą główkę okalających.
Ja pierdolę, jak bardzo nie pasuje.

Czy tylko ja czuję ten zgrzyt?
Czy tylko ja nie mogę znieść tego braku pohamowania przy dzieciach?
Czy tylko mnie smucą przedszkolaki, które wokabularz przekleństw mają w małym paluszku - a "motyla noga" czy "ja cię sunę" są od niego tak dalekie jak perfumy Diora od "toi-toia" po koncercie?
Czy tylko mnie zupełnie nie śmieszy maluch, który jeszcze nie potrafi sklecić zdania pojedynczego, ale ku uciesze opiekunów ma już na koncie pierwszą "kulwę"?

Przecież na wszystko przychodzi czas. Nie poimy dzieciaków kawą żeby się rozbudziły przed pójściem do przedszkola, bo sami tak robimy przed pracą. Nie dajemy drinka żeby milej oglądało się dobranockę, bo sami lubimy wypić mojito do komedii romantycznej. Nie dajemy papierosa, gdy dziecko wpada w histerię, bo nas fajki uspokajają. Nie serwujmy więc też bluzgów od rana do wieczora tylko dlatego, że nam wolno i nie zamierzamy lub też nie chce nam się udawać przed dziećmi, że jesteśmy lepsi niż w rzeczywistości.
A właśnie, że udawajmy lepszych niż w rzeczywistości. I nam i dzieciom na dobre to wyjdzie. Od tego jest dzieciństwo, by uważać świat za lepszy niż jest w rzeczywistości.
Od tego jest rodzicielstwo, by móc być lepszym.