wtorek, 23 września 2014

Monitoring

***
PRZED

- Jak myślisz, będziemy widzieć tylko grupę Pierworodnego czy  wszystkie dzieci? Bo z tej strony wychodzi na to, że chyba wszystkie - zastanawiała się Matka po pierwszym zalogowaniu się do przedszkolnego systemu.
- To co, że wszystkie? - Dla Ojca temat był oczywiście bez znaczenia.
- Po co mi widok innych dzieci? Poza tym nie chcę, żeby wszyscy mogli oglądać naszego Syna. - Matka jak zwykle zbyt poważnie podchodziła do spraw błahych.
- Będzie gwiazdą internetu!
- O jaaa... Po mamusi - rzekła niby wzruszona, ocierając wyimaginowaną łezkę z oka.

***
NA POCZĄTKU

Przez trzy dni chodził ubrany na niebiesko - bluzka z dinozaurem, jeansowa koszula z lokomotywą i inne ulubione outfity. Jednak system monitoringu ma swoje wady. Jedną z nich jest to, że dziecko ubrane na niebiesko można pomylić z innym dzieckiem ubranym na niebiesko. Poza tym dziecko ubrane na szaro-niebiesko zlewa się z wykładziną.
Czwartego dnia Matka postanowiła być sprytna i przechytrzyć system. Ubrała Syna w czerwoną koszulkę.
Pięcioro innych rodziców też postanowiło być sprytnymi.
Do wad monitoringu należy dopisać, że dziecko ubrane na czerwono można pomylić z innym dzieckiem ubranym na czerwono.

***
TERAZ

Generalnie Matka nadal podtrzymuje swoje zdanie, że monitoring w przedszkolu to ZŁŁOOO. Bajer, gadżet, atrakcja, wabik na rodziców, który tylko pozornie uspokaja oraz daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu psychicznego, a w rzeczywistości sieje zamęt, ferment i niepokój. Tzn. pozornie daje to poczucie rodzicowi  rzecz jasna. Bo wszyscy inni, razem z dziećmi i przedszkolankami na czele, mają kamery w nosie.
Miało być przecież tak, że Pierworodny wyrusza rano w świat, a Matka, która w pracy musi być dopiero na 12:00, ma czas na ogarnięcie siebie, ogarnięcie mieszkania, ogarnięcie zakupów i spraw zaległych - co oczywiście wszystko i tak by się skończyło na ogarnianiu internetu.
Tymczasem w przedszkolu jest monitoring, przy którym czas Matka marnotrawi nie tylko przed pracą, ale i w pracy. A bywa, że i w drodze do pracy. I przeżywa. A czemu inne dzieci w fartuszkach do posiłku a on nie? A dlaczego z nikim się nie bawi? A czemu nie śpi na leżaczku, tylko na podłodze i czemu nie w piżamce? Jezzzzuuu, czy on je nutellę? - przecież pani miała pamiętać, że jest uczulony na orzechy! A gdzie on zniknął? Gdzie jest mój Syn??? Gdzie... Ach, rączki mył...

Niby już udaje się Matce nie włączać strony z nagraniem z kamery jeszcze na przedszkolnym korytarzu tylko na przykład dopiero po dwóch godzinach. Ale żeby tak nic a nic nie zerknąć? Co to to nie, na to nie jest jeszcze gotowa.

Ale gdy tak popatrzeć na wszystko z innej strony, zawsze to jednak mniej nerwów, niż gdy Pierworodny siedzi chory w domu i ma się stały i bezpośredni wgląd w to, co wyprawia.

piątek, 19 września 2014

Zdradzę Wam jeden patent na to, jak pogodzić się z mężem ;-)

Od czasu do czasu w każdym małżeństwie następują gorsze dni. Bywa, że robi się na tyle poważnie, że nazywa się to już kryzysem, bywa, że kończy się jedynie na kilku tzw. cichych dniach, bywa, że wystarczy jeden szybki a porządny wybuch a potem takiż sam seks na zgodę i już po sprawie. Bywa różnie, bo różne są małżeństwa, jak też różne są powody nieporozumień.
Gorsze dni dopadły też Matkę i Ojca. Niby nic poważnego, ale ciągnęło się to niemiłosiernie długo. Na początku ciche dni, a potem to już tak siłą rozpędu poszło, że niby rozmawiają, ale tak naprawdę to normalnie nie jest. Bo honor nie pozwala pierwszemu zacząć rozmowy innej niż na temat bieżących spraw domowych lub służbowych i to tylko tych pilnych.
Po czym poznać, że w małżeństwie Matki i Ojca normalnie nie jest? Po tym, że jest grzecznie.
Gdy jest normalnie, drobne złośliwości i uszczypliwości latają w powietrzu w ilościach hurtowych. Na zmianę z wyrazami uwielbienia i miłości. A w zasadzie to nawet częściej. Kiedy robi się poprawnie, uprzejmie i taktownie, wiedz, że coś się dzieje... Gdy między Matką i Ojcem zanikają wyrazy miłości automatycznie znikają także docinki, figlarne kąśliwości i żartobliwe przytyki.

W każdym razie trwały tak sobie te gorsze dni, ciążąc obojgu. Bo ileż można żyć bez tych uszczypliwości, ileż można gryźć się w język...

Doszło do tego, że Matka samej sobie musiała dogryzać. Jak na przykład wtedy, gdy Ojciec zabrał się za robienie kolacji. Już sam fakt, że się zabrał świadczy o tym, że coś między nimi było na rzeczy. O ile zrobienie kolacji polegające na wystawieniu z lodówki na stół wszystkiego, co potrzebne będzie do kanapek nie jest niczym niezwykłym w wykonaniu Ojca, o tyle zabranie się za prawdziwe gotowanie jest rzadkością. Tego dnia zaplanowane było jedno z popisowych dań Matki, tyle że leń ją ogarnął w ostatniej chwili, po tym, jak całe popołudnie spędziła przygotowując wypasiony obiad, a Syn obudził się po drzemce i nie raczył nawet posmakować. Zabrał się więc Ojciec uprzejmie za to gotowanie, a że nie robi tego często, działał zgodnie ze wskazówkami Matki.
- Podsmaż boczek. A w międzyczasie umyj i pokrój pieczarki.
Spojrzał Ojciec bezradnie w stronę zlewu. Zrezygnowany zaczął zakasywać rękawy.
- No to trzeba będzie najpierw pomyć te miski...
Zlew jednokomorowy. Stąd ten wniosek.
- Ale co Ty robisz? Weź sitko z szafki, przełóż w nie pieczarki. Jedną ręką trzymasz sitko w powietrzu, a drugą płuczesz.
Ojciec spojrzał z podziwem i doznając olśnienia stwierdził:
- I w ten sposób nie trzeba będzie myć żadnej miski!
- Widzisz jaką ja mam wprawę w niemyciu garów?
Cóż, mycie naczyń - tych nienadających się do zmywarki, jest czymś, co w oczach Matki, zawsze może jeszcze z godzinkę poczekać. Nie zając. Ale żeby sobie Matka sama musiała to wypominać...

I tak trwali w impasie. Co rusz któreś chciało wyciągnąć rękę na zgodę, ale zawsze coś lub ktoś stawał w tym momencie na przeszkodzie. A niełatwo wytrzymać ze sobą czy to w domu czy w pracy, gdy wciąż trzyma się język za zębami. A jak Matka musi trzymać język za zębami, to staje się nerwowa. I przyszedł dzień, kiedy już wolała siedzieć w biurze sama, zamiast z Ojcem, który ją wkurzał i nawet nie miała jak mu tego powiedzieć.
- To ja pojadę po te papiery do magazynu - rzekł w końcu, co w aktualnym stanie rzeczy i przy zagęszczającej się atmosferze, było jak powiew świeżego powietrza.
- Jedź, jedź - ochoczo zakrzyknęła Matka. - I bez kwiatów nie wracaj - dodała pod nosem.
- Co? - Ojciec, który usłyszał ostatnie zdanie za swoimi plecami, najwyraźniej przekonany był, że jednak się przesłyszał.
- Ojej, powiedziałam to głośno...? - Zdziwienie w głosie zabrzmiało wyjątkowo sztucznie, choć naprawdę powiedziała szybciej niż pomyślała.

Pojechał. Wrócił. Z bukietem.
Taka głupota? Wystarczyła? Znów mogło być normalnie. Niby jeszcze nieśmiało, ale na powrót zaczęli być sobą.

Już po chwili można było się o tym przekonać. Do biura wleciało kilka much. Wyjątkowo natrętnych.
- Nie chcę być złośliwy, ale one wyraźnie latają przy Tobie...
- Nie chcę być złośliwa, ale nie było ich, póki nie pojawiły się tutaj te kwiaty...

Uff, jak dobrze. Jak normalnie.

czwartek, 11 września 2014

Zaraza, czyli nie stać nas na przedszkole

Teoretycznie Matka z Ojcem na domowe finanse nie narzekają. W sumie nie wiadomo czy dlatego, że powodzi im się nie aż tak znowu najgorzej, czy dlatego, że są w tej kwestii nietypowi jak na kraj, w którym przyszło im żyć. W praktyce w luksusy nie opływają, wiele wydatków spada znienacka czy nie wiadomo skąd jeszcze, w ojcowską firmę wciąż muszą inwestować a kredyt na 32-metrowe mieszkanie będą spłacać jeszcze 19 lat.

W związku z tym nie wiadomo co im do głów strzeliło i po co wymyślili sobie całe to przedszkole dla Syna Pierworodnego. Jakby za mało mieli problemów. Jakby im się za dobrze powodziło. Edukowanie się Syna, doświadczanie kontaktów z rówieśnikami, nauka samodzielności i całe to dobro, które miało na Pierworodnego spłynąć w przedszkolu trwało 4 dni. Potem płynęły już tylko gile z nosa.
(Przy których pomocy nie omieszkał hojnie rozprzestrzenić zarazy na Matkę.)
Mniej więcej gdy temperatura dobiła do 40.5 stopni, ktoś, chyba Ojciec, rzucił hasłem: "To co, już go wypisujemy z tego przedszkola?".

Hmm, policzmy najpierw, jak na tym wyjdziemy...

Wpisowe. Płatne raz do roku, przy podpisywaniu umowy.
Czesne za miesiąc. Jednak, gdyby teraz wypisać Pierworodnego, należałoby opłacić jeszcze miesiąc następny. Ot, taka sprytna ta umowa.
Bilety tramwajowe. Do tej pory 12 x 2,60 zł = 31,20 zł (w dzień, w którym Syn się rozchorował Matka miała kupić bilet miesięczny) + benzyna, kiedy dwa razy odwoził lub przywoził Ojciec.
2 ohydne kawy w barze przy Realu 2 x 3,90 zł.
Internet - czyli monitoring jako bajerancka usługa niby w cenie czesnego, ale nikt nie przewidział, że z jego powodu Matce po raz pierwszy skończy się pakiet internetu w telefonie, który ma w abonamencie. 5 zł kosztował pakiet 50MB, który starczył na niecałe 2 dni. Potem okazało się, że pooooowooooollllneee łączenie się poza abonamentem jest cholernie drogie, wiedzieliście? Bo Matka nie wiedziała. To Ojciec jest tym, który zajmuje się domowymi rachunkami i to on Matkę oświecił. Zimny pot oblał go, gdy z jego obliczeń wyszło, że wydała Matka przez 2 dni 300 zł. Na szczęście znalazł jakiś lepszy, w sensie bardziej korzystny cennik i wyszło, że jednak 72 zł. Do czasu nadejścia rachunku do końca nie wiadomo więc, czy poszło (optymistycznie) 72 zł czy (pesymistycznie) ponad 300.
Apteka. Ok. 95 zł (lekarstwa Pierworodnego), ok. 30 zł (lekarstwa Matki) + te które były w domu.
3 dni nieobecności Matki w pracy, czyli koszty zastępstwa.

Kartka, długopis... To do tego, to w pamięci, jeszcze to. Ile? Nie może być!!! Kalkulator! Gdzie jest kalkulator? No przecież, w laptopie. To plus to i jeszcze to. Aha, jeszcze tamto. No jak byk wychodzi:

1600 zł (przy wersji bardzo optymistycznej, mimo wszystko Matka jest optymistką). I nie wliczając kosztów nowych kapci i 2 nowych piżamek, których zapewne by się nie nabywało, gdyby nie pójście do przedszkola oraz zapasu melisy, który za chwilę będzie Matka zmuszona wykupić we wszystkich pobliskich sklepach, jeżeli chce uniknąć nagłówków w tabloidach "Nie wytrzymała z chorującym przedszkolakiem w domu. Próbowała zabić się połykając na raz 70 elementów puzzli ze świnką Peppą, a gdy to nie dało rady, zadźgała się czerwoną kredką Bambino." /wiem, tytuł trzeba dopracować, przydługi/

1600 zł. No jak nic wychodzi 400 zł za dzień. A przecież ani razu nie został do podwieczorku. Nawet na drzemce nie był. I dwa razy spóźnił się na pierwsze śniadanie. I sama Matka widziała, że nie tknął herbaty, czy co mu tam dali w kubeczku.
Jeszcze żeby to było 400 zł za cały dzień. Z rachunków wychodzi Matce, że on tam łącznie był coś koło 12 godzin dopiero. Czyli średnio 3 godziny dziennie. A to znaczy, że godzina w tym przybytku wychowania, zabawy i edukacji kosztowała ok. 133 zł.
A za 133 zł za godzinę to Matka se może wynająć nianię/guwernantkę/piastunkę co to do snu lulała choćby samego syna księżnej Kate i księcia Williama.

Oszczędności?
Teoretycznie, jeżeli nieobecność dziecka w przedszkolu jest zgłoszona do godziny 15:00 dnia poprzedniego to od czesnego można sobie odliczyć 5 zł (czyli dzienną stawkę żywieniową). W praktyce Pierworodny opuścił 5 dni, ale zgłoszonych zostało tylko 3. Gdyż ponieważ dziecko nie było aż tak przewidujące, roztropne i dbałe o domowy budżet, by zagorączkować przed godziną 15:00. A gdy już się rozchorowało na dobre to zaraziło też Matkę (wycierając smarki w jej twarz - przy czym udawało z uśmiechem na ustach, że chce zrobić z nią noski-miłoski), w związku z tym kolejny dzień, w którym należało zgłosić nieobecność niemal w całości przespali i gdy o 16-tej otworzyli oczy, znów było po piątaku.
Teoretycznie w domu także zaoszczędzono na posiłkach. Ani chory Syn, ani chora Matka nie cierpią na nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. W praktyce to co zaoszczędzono na braku apetytu Pierworodnego, wydano na jego ulubione soczki - byleby coś pił.

W dodatku dziś kolejne zebranie dla rodziców w przedszkolu. Z kolejnych obliczeń wychodzi Matce, że bywa w przedszkolu częściej niż Syn. I że znów wyda 5,20 na tramwaj. Akurat jedna dzienna stawka żywieniowa. Plus 20 groszy - a nuż się znajdzie gdzieś na ulicy.

Tak że tego... jeżeli całe to przedszkole ma się jakoś zwrócić, wychodzi na to, że trzeba będzie przyprowadzać Pierworodnego w poniedziałki rano i odbierać w piątki tuż przed zamknięciem. Może jeszcze się wyjdzie na prostą. I niech lepiej nauczą go tego angielskiego, co to się ma zacząć od 15 września. Niech i pożytek jaki z tego wszystkiego będzie, bo co Matce po tym jednym wymiętym  rysunku na lodówce, co go przytachał Syn trzeciego dnia. Od dogoterapii za wiele Matka nie wymaga, ich wymysł to niech się sami teraz martwią o te psy.

czwartek, 4 września 2014

Przedszkole. Dzień Trzeci. Dzień Czwarty.

Trzeciego dnia Pierworodny przyniósł z przedszkola karteczkę, na której Pani narysowała mu pieska. Ładnie narysowała. Powiesiliśmy na lodówce.

Czwartego dnia Pierworodny przyniósł katar. I gorączkę.

Dzień piąty? Witamy w domu.

środa, 3 września 2014

Przedszkole. Dzień Drugi. To samo, tylko gorzej.

I na co było to cholerne zdrowe podejście do sprawy? Po co było zmieniać coś, co wczoraj się sprawdziło? Trzeba było siedzieć z tyłkiem na ławce i nachapać się widoku bawiącego się Pierworodnego na ekranie telefonu. Na zapas. Ale nieeee... Musiała Matka udowodnić sobie, że jest twardzielem. A przecież już wiadomo, że jest. Bo nie płakała pierwszego dnia przedszkola. Ale nieee... Musiała Matka udowodnić sobie, że w tym twardzielstwie potrafi osiągnąć poziom hard. I wyszło na to, że naprawdę musiała i nie miała odwrotu.

Cały schemat powtarzał się tak, jak wczoraj. Szło nawet lepiej, bo Pierworodny, wiedząc czego się spodziewać i bardzo się tym ciesząc, zjadł śniadanie, nie ociągał się po drodze (przynajmniej jak na dwulatka), a i tramwaj tym razem przyjechał /powiedzmy/ o czasie. W szatni wszystko super. Traktorek był. Pierworodny kazał jakiejś stażystce chwalić swoje kapcie. Potem jakąś panią złapał za rękę... i poszedł do sali. I tyle go Matka widziała. Już ciszej niż wczoraj, już bardziej do siebie, zawołała: "Pa-pa, Synku!".

I znów została samiuteńka w tym holu... Takim pustym...

Poszła więc do tego co wczoraj hipermarketu. Z zamiarem, że dziś to już na pewno zrobi jakieś zakupy. I tylko na chwileczkę, momencik dosłownie, przycupnęła na tej samej ławeczce, co wczoraj. Strona przedszkola. Login. Hasło. Tylko odrobinkę zerknę. Kurczę, trzeba w wyraźniejsze kolory go ubierać. Ciężko go dziś wyłapać. Co te wszystkie dzieciaki takie blond? O jest! Bawi się. No to fajnie. Bawi się. Bawi się. A czemu on jest w jednym kapciu? Gdzie drugi? Aha, w rączce trzyma. Razem z Pieskiem. Ciekawe, co zrobi z tym kapciem? Idzie, idzie, idzie... No jak ładnie. Do pani poszedł. A czemu pani na niego nie patrzy? Co ona tam tyle gada z tą drugą? Ile można gadać? Eeej no! Kapcia mu załóż! Siedzą i gadają. Już z minutę chyba tak gadają. I siedzą. Albo nawet dwie. Nie widzi, że Pierworodny z tym kapciem stoi? Heloł! Nie widzi. Poszła. A on został. Moje biedne maleństwo z jednym kapciuszkiem. I co on tam teraz... NIE! WRÓĆ! Co ty pleciesz? Dzieciak całe życie bez kapci lata, nic mu nie będzie jak chwilę w jednym polata. Przecież zaraz ktoś to zauważy. Kobieto, opanuj się! A ten monitoring to co się tak rwie? No masz ci los, zaciął się na moment. O, ma już dwa kapcie. I nie wiem kto mu założył. Jak dobrze, już dobrze, już dobrze, dobrze, znów się bawi. NIE! Koniec! Stop! Bo oszaleję. Idę na te zakupy.

I poszła. Nowe puzzle dziecku kupić.
Zapłacić nie zdążyła, jak przyszedł SMS, że wykorzystała limit internetu. I że albo godzi się na zwolnienie obrotów albo za 5 zł może wykupić 50 MB. Z tym kodem.

No jasne, 5 zł to w sumie nie dużo, a tu przecież chodzi o Pierworodnego, o jego bezpieczeństwo. Zdrowie, przyszłość, edukację. Dobra, bzdury, o Matkę przecież chodzi, o jej poczucie bezpieczeństwa, o jej niepewność, nie może znieść myśli, że nie wie, co tam się dzieje. I czy Syn ma dwa kapcie. A tam, kit z tymi kapciami! Trzeba wykupić ten pakiet za 5 zł. Z tym kodem.
Ale... co z tym kodem? Gdzie to się wpisuje? O w mordę!

Dnia bez internetu właściwie nie miewa. Dżimejle, fejsbuki-sruki i oczywiście blog codziennie. Taka nowoczesna, psia jego mać. Smartfona ma, w mordę jeża. A jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że pakietu internetu nie potrafi wykupić.
Po kiego grzyba wysyłają jakiś kod, skoro nie piszą, co z nim zrobić?

Więc siedziała Matka taka zdezorientowana, nie wiedząc, co ze sobą począć. Czym się zająć? Zajęła się więc obrzydliwą kawą. Nie, to niemożliwe, wczoraj nie była taka ohydna... Wyciągnęła zeszyt z torebki, coś tam naskrobała, zerkając na zegarek mniej więcej co 45 sekund. Wreszcie przyjechał Ojciec Pierworodnego, okazało się bowiem, że mogą dziś razem odebrać Syna. Zrobił z tym kodem to samo, co Matka robiła tylko inaczej. I zadziałało. Jest! Działa. O, bawi się. To dobrze. Już taka godzina? No to jedziemy.

- Ale "Maleństwa" jedzą teraz obiad. Zaczekają Państwo?
- Zaczekamy.
Zaczekali. 
11:30 i obiad? W domu często-gęsto o tej godzinie śniadanie jeszcze trwa.

Wyszedł ze swoją wychowawczynią z sali. Odrobinę mniej pewnie niż wczoraj. Ale odrobinę bardziej niż wczoraj ucieszony - w końcu czekało na niego więcej rodziców niż się spodziewał.
- Miał mały kryzys. Troszkę nam dziś płakał - zrelacjonowała sytuację przedszkolanka. 
Serce Matki zamarło, serce Ojca pękło i roztrzaskało się o posadzkę.

Płakał. A Matki przy nim nie było... I zdała sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu Pierworodnego miała miejsce taka sytuacja. Został ze swoim płaczem sam. Bez Matki, Ojca lub Babci. I tak naprawdę dopiero z tą myślą przyszły obawy. Bo to, że Matka przeżywa w sobie całe to przedszkolne zamieszanie, w rzeczywistości nie ma nic wspólnego ze strachem o dziecko - to raczej tylko reakcja na stres związany z tym, że maleńki syneczek nie jest już taki maleńki, staje się samodzielny i trzeba go w tej samodzielności wspierać. Tymczasem, do samej idei przedszkola Matka była tak pozytywnie nastawiona, że nie przyszło jej na myśl, w jak trudnych emocjonalnie sytuacjach zostanie Syn postawiony, z czym będzie musiała zmierzyć się jego główka, jak dorosnąć w ciągu najbliższych tygodni. I teraz dopiero troszeczkę Matka się boi. Kto wie, jak zareaguje, gdy znów zostanie sama w pustym holu...

W samochodzie wypytywała trochę Pierworodnego o dzień w przedszkolu. Zmęczony, odpowiadał bez entuzjazmu, spokojnie, znudzonym tonem. Dopiero, gdy padło pytanie o panie z przedszkola, cały się rozpromienił, ożywił i pojaśniał.
No! Może na razie Matka im zapomni tego kapcia?

wtorek, 2 września 2014

Przedszkole. Dzień Pierwszy

Śniadanie z przejęcia nie ruszone. Plecaczek spakowany. Nowe kapcie w środku. Jazda tramwajem. Szafka z imieniem, nazwiskiem i traktorkiem. Traktorek jest najważniejszy. Bo taki sam traktorek jest też na półce z kubeczkiem, szczoteczką do zębów i ręczniczkiem.

Dzień po rodzinnym pikniku otwierającym nowy rok w przedszkolu, Pierworodny był nieco zaskoczony, że gdy przyszedł, nie czekał na niego klaun robiący balonowe zwierzątka, że nie ma dmuchanych zamków, dzieci z pomalowanymi buźkami, grilla, ciasta, muzyki, pani śpiewającej, że nie może już robić z piany baniek większych od siebie samego...
Jednak nie zmieniło to jego ekscytacji i żwawo powędrował do szatni.

- To o której mam po niego przyjść? - zapytała Matka w holu przedszkola, kiedy Syn, zupełnie nie oglądając się za siebie, złapał jakąś panią za rękę i powędrował do sali "Maleństw". Do jego prawego ramienia tulił się Ukochany Piesek, w rączce, by poczuć się jeszcze pewniej, trzymał Syn swoją książeczkę o żabce. Bardzo do serca wziął sobie Pierworodny radę, aby pożegnania były możliwie jak najkrótsze - dba o adaptację Matki do przedszkola. Nie zareagował nawet na wypowiedziane pro forma "Pa-pa, Synku!".
- Skoro to pierwszy dzień, proszę być za półtorej - dwie godziny - odpowiedziała bardzo miła pani dyrektor.

I została Matka taka samiuteńka w tym obcym przedszkolnym holu...

Nie pozostało nic innego, jak wyjść z budynku i czymś się zająć. Na tę okoliczność opracowała plan już wcześniej. Nieopodal przedszkola znajduje się hipermarket. Wydawało się więc, że wielki sklep z mydłem i powidłem będzie idealnym miejscem, by czas płynął możliwie jak najszybciej, by jak najmniej myśleć, wymyślać, obmyślać i panikować. Tak, wydawało się...

Ruszyła Matka dziarsko w stronę marketu.
- Jejku, przecież mam tylko półtorej godziny. Samochodem jakoś ta droga taka krótka się wydawała, chwila-moment dosłownie. Idę i idę, cholera. A to nawet nie połowa drogi. Ciekawe jak tam Młody, tyle czasu już minęło, może tęskni... Ile jeszcze do tego Reala? Jak dojdę to już trzeba będzie wracać. A jak on tam płacze? Nie, na pewno nie. Ciekawe czy już się zorientował, że mnie z nim nie ma. Zapewne tak, przecież tyle czasu minęło. Może już trzeba by zawrócić? Lepiej się nie spóźnić. Która to godzina? O rzesz fak! To dopiero 6 minut... Yyy, to może ja lepiej pójdę do tego sklepu. Ręce czymś zajmę, oczy, myśli. Dobrze, że w domu nie siedzę. Na bank bym teraz sprawdzała, czy ten monitoring na stronie przedszkola działa. Właśnie, monitoring. Ciekawe czy to w ogóle by działało na smartphonie? Nie! Miałam nie świrować. Żadnego sprawdzania na telefonie. A'propos telefonu, dzwoni tu coś. O kurde, o kurde, mail z przedszkola!!! Coś jest nie tak? Dlaczego już piszą? Dlaczego nie zadzwonili? Aaa spoko, to tylko jakiś automatyczny mail z systemu. Co? Że pod tym linkiem działa monitoring? To może tak tylko zerknę jak to wygląda, skoro już napisali. Na momencik tylko... Działa! Ale fajnie. Jest Pierworodny! Bawi się. Nic mu nie jest. To zaraz wejdę do tego marketu, a teraz tylko tu, przed wejściem, chwilę na ławce posiedzę i popatrzę. Bawi się. Bawi się. Bawi się. O, bar otworzyli. Kawę poproszę. Bawi się. Słucham? Czarną. Bawi się. Słucham? Sypaną. Dziękuję. Bawi się. Bawi się. Kawa się skończyła? Już? Bawi się. Kurcze, za 15 minut trzeba będzie się zbierać, nie ma już sensu iść na zakupy. To posiedzę i popatrzę...

I tak minęła godzina i czterdzieści pięć minut. Pierworodny zachwycony. Mała awantura, bo owszem, on chętnie wyszedł z sali, ale tylko po to, by pokazać Matce, jakim fajnym samochodem się bawi, a nie żeby już wracać do domu. Jego wychowawczyni orzekła, że wszystko było w porządku - Matka nie dała po sobie poznać, że wie. Chodzenie w kapciach bardzo przypadło mu do gustu, więc sugeruje, że w domu też by chciał. Bo Matka wyrodna dziecku nigdy wcześniej kapci nie kupiła. Ku przerażeniu matki własnej. Na drugie śniadanie było jabłko. Soczku nie dali (a obiecywali). Tak, przyjdzie jutro znowu.

Fajne to przedszkole. I jakie bezpieczne. Fakt, wychodził wkurzony, że to już koniec, ale cały i zdrowy. Za to już znowu zadowolony, pod domem, gwizdnął się na chodniku i poharatał obie dłonie. I tak bolały go te ręce, że na własnych nogach iść nie mógł. A przestały boleć dopiero, gdy dostał od Babci nowe naklejki.

- Synku, a co było fajnego w przedszkolu? - Cóż, odpowiedź była do przewidzenia.

A jutro Matka musi przeżyć to samo. Tylko dłużej.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Przemówił!

W samą porę. Jutro pierwszy dzień przedszkola. 
Znikają obawy związane z trudnościami w porozumiewaniu się z Pierworodnym.

Taki progres, taki progres... Nikt Matce nie powie, że przedszkole to zło. Pierworodny dopiero co zapisany a już takie postępy. Na dwa dni przed rozpoczęciem przedszkolnej edukacji z wrażenia zaczął mówić.

Fakt faktem, choć Matka starała się zachować spokój i cierpliwość, jednak obawy i niepokój w niej narastały. No bo co z tym mówieniem Pierworodnego??? Przez ponad pół roku żadnego nowego słowa. W zasadzie rok temu używał więcej słów niż teraz. Uspokajające jest to, że doskonale rozumie, co się do niego mówi. Jednak dziwne, że zawsze unika odpowiedzi, kiedy nie da się odpowiedzieć "tak" lub "nie" albo "mama" czy "tata".

Nigdy, ale to nigdy, nie odpowiedział też na zdanie zaczynające się od "Powiedz...". 
Żadne "Powiedz mama.", "Powiedz kotek." czy "Powiedz auto." nie wchodziły w grę. Na "powiedz" po prostu się zacinał, udawał że nie słyszy albo zmieniał temat.

Aż tu nagle taki postęp, taki postęp...

Pierworodny nauczył się nowego słowa.
Powiedział je sam z siebie i od dwóch dni powtarza przy każdej nadarzającej się okazji. Ku początkowej uciesze rodziców i niesłabnącej radości własnej.
Cieszy go więc, gdy ktoś zapyta: "Jakiego słowa wczoraj się nauczyłeś?" albo "Co ty powiedziałeś?".
Można też pytać: "A co tu masz?", "A co to jest?", "Jak to się nazywa?".
Są też chwile, gdy można zapytać o cokolwiek, by usłyszeć słowo dnia. Jaka to litera? Jak masz na imię? Można nawet nie pytać o nic, by je usłyszeć. Można usłyszeć je w najróżniejszych kontekstach i wypowiadane na różne sposoby. Pierworodny ćwiczy przy jego pomocy swój aparat mowy, bada jego możliwości i zachwyca się nowo zdobytą umiejętnością. Entuzjazm nie gaśnie.

Syn Pierworodny umie powiedzieć:
pupa.

Nie ma co, zabłyśnie w tym przedszkolu.