sobota, 31 stycznia 2015

Kawa na ławę

Jeżeli chcesz napić się ze mną kawy, wiedz że na jaw wyjdzie mnóstwo moich dziwactw.


Każdy ma jakieś dziwactwa, z których mniej lub bardziej zdaje sobie sprawę. Nie mów, że Ty nie, bo nie uwierzę. Może wszystkim domownikom obsesyjnie każesz myć ręce zaraz po powrocie do domu? Może nie zaśniesz, póki nie wytrzepiesz porządnie każdej poduszki z osobna? Może nie lubisz kiedy na talerzu jedzenie styka się ze sobą? Może trzy razy się wracasz, by sprawdzić czy woda zakręcona, żelazko nie na gazie, drzwi zamknięte i czy klucz nie tkwi w zamku? Może na widok czarnego kota plujesz przez lewe ramię, nie przejdziesz pod drabiną i nie spoczniesz, jeżeli po zobaczeniu kominiarza nie złapiesz się za guzik, a potem nie trafisz na pana w okularach i zakonnicę na rowerze? Może głosujesz na Janusza Korwin-Mikkego? Może boisz się motyli? Może, mimo trzydziestki na karku, wciąż używasz pasty do zębów dla dzieci? Może obgryzasz paznokcie u nóg?
Każdy ma jakieś dziwactwa. Każdy. Jeżeli nie łapiesz się na żadne z powyższych, na pewno łapiesz się na jakieś inne.
Postanowiłam spisać własne. Myślałam, analizowałam. I wyszło mi, że większość tyczy się picia kawy.
Mnie też to zdziwiło.

Kawę piję połowę życia albo i dłużej. Nauczyła mnie mama, gdy byłam jeszcze w podstawówce - po prostu chciała mieć z kim spijać kawki po obiedzie. W liceum nie wyobrażałam już sobie dnia bez kawy. Na studiach, jeżeli ktoś mnie rano szukał, najpierw zaglądał do uczelnianej kawiarenki. W życiu więc kawy wypiłam sporo. Pewnie zawyżam krajową średnią.
Zdaję sobie sprawę, że przed pierwszą kawą bywam nieznośna. Ale po też.
I tak jak nie ufam ludziom, którzy nie lubią czekolady, tak podejrzliwie patrzę na tych, którzy nie pijają kawy.
Bo na moją propozycję małej czarnej odpowiedzieć mi: "Nie, dzięki. Nie piję kawy", to tak, jakby mi powiedzieć: "Jem tylko raz dziennie, a w weekendy i święta państwowe wcale." albo "Od 25 lat ani razu nie byłem poza granicami swojego miasta." albo "Podniecają mnie małe, puchate króliczki.". Jedyną sensowną odpowiedzią byłoby ewentualnie: "Nie, dzięki. Nie piję kawy... odkąd w 1994 roku porwali mnie kosmici i wszczepili pod skórę chip, który grozi wybuchem pod wpływem kontaktu z kofeiną". To przynajmniej jest jakieś logiczne wytłumaczenie.

Nie jestem wytrawnym smakoszem kawy. Wiem jakie mi smakują, a jakie nie, o! Nie znam się na gatunkach. Nie mam pojęcia czy pijam kawę z Etiopii, czy z Kostaryki, czy spod Sochaczewa. Pijam taką z supermarketu. Zwykle jedną, konkretną. Bo ma być dobra, tzn. taka jak lubię. Nie dla mnie esspresso - dwa łyki trzepiące beret i po wszystkim, choć od czasu do czasu się skuszę i nie robię tego z obrzydzeniem. Owszem, rozróżniam caffee latte, caffee macchiato, latte macchiato, cappuccino i pewnie coś tam jeszcze. Nawet lubię. Ale dla mnie to już nie kawa, deserki bardziej. Choć rzeczywiście ze smakiem cappuccino w Bolonii o poranku niewiele rzeczy może się równać. RADA TAKA: jeżeli Włoch o imieniu Marco (czy może być bardziej włoskie imię?) mówi Ci, że w tej kawiarni wypijesz najlepsze cappuccino w życiu, po prostu uwierz mu na słowo i tam idź! O nic nie pytaj, tylko idź, i niech Cię nie korci zmieniać zdania po zobaczeniu spisu możliwych do wyboru kaw - bierz to cappuccino, a potem wspominaj je przez kolejne 4 lata.

Lubię kawę z ekspresu. Niestety takowego nie posiadam. Jeżeli kupię ekspres, będzie to najporządniejszy ekspres na jaki będzie mnie stać. I najładniejszy. I będę miała gdzie go postawić, na razie nie mam. Nie piszę się na przelotne znajomości, w tym wypadku myślę jedynie o związku na lata. Musi być niezawodny, z góry wiem, że będę go często potrzebować i w trudnych chwilach zawsze szukać w nim oparcia, musi być na to gotowy. Wciąż marzę o tym ideale, w którym będę mogła rozkochać się bezgranicznie. Na razie wystarcza mi przyjaźń z czajnikiem.

Będąc u kogoś, nie wybrzydzam. Doceniam to, jaką kawę mi sparzył. Zawsze też można poprosić o mleko, by zabić smak. Ale w domu i w biurze kawa musi smakować idealnie, a przy parzeniu i spożywaniu zachowane muszą być wszelkie rytuały i przyzwyczajenia ze szczególnym uwzględnieniem fiksacji i skrzywień.

Czarna, z gruntem, z jednej wajchy. Dmuchana. I do pełna.

Rozpustna czy z gruntem?
Ja piję z gruntem. Mówi się, że sypaną, po turecku, parzoną... Ja mówię z gruntem.
Jeśli chcesz mogę sparzyć Ci rozpustną. Prawda, że brzmi bardziej obiecująco od rozpuszczalnej? Ale rzadko mam ją w domu odkąd zaszłam w ciążę i spodziewałam się Pierworodnego. Rozpuszczalna musi być większym świństwem niż można by się tego spodziewać - mój zaciążony organizm odrzuciło od niej (razem z papieroskiem) już pierwszego dnia - był to najszybszy z objawów ciąży i przez 9 kolejnych dni pewniejszy nawet od testów z apteki, których nie zdałam.

Czarna
Jak mówię, że czarna to czarna. Bez mleka i bez cukru. Bez syropów smakowych. Broń Borze Tucholski z bitą śmietaną (taką w aerozolu). Tym to można ewentualnie ozdobić gorącą czekoladę, deser, lody... ale nie kawę!
Pijesz z mlekiem? Nie ma sprawy. Mogę podać. Choć pewnie przy zalewaniu wodą nie zostawię miejsca na mleko, prawie zawsze zapominam, musisz mi wybaczyć. Odpijesz, co?
Pijesz z cukrem? Nigdy nie zrozumiem. Ale w porządku, gdzieś miałam cukierniczkę. Poczekaj tylko, rozłupię ten cukier, bo się taka bryłka zrobiła. Wiesz, u nas nikt nie słodzi, a ten to chyba na święta kupiłam, jak miałam piec ciasto. A znasz Hemingway'a? Taki cytat z niego mi się przypomniał: "Ludzie dzielą się na inteligentnych i tych, co słodzą kawę.". Bez urazy! W końcu kto by tam kojarzył Hemingway'a? Pulitzera i Nobla dostał. Ale to dawno było.

Z jednej wajchy
"Z ilu łyżeczek?" albo "Ile sypiesz?" - jak ja nienawidzę tych pytań. W domu i w pracy mam miarkę do kawy, taką dodawaną kiedyś do Jacobsa. I wiem, że najlepsza kawa wychodzi z jednej takiej miarki. Wajchy czyli. Wiem też z jaką górką nasypać do wajchy, kiedy potrzebuję czegoś mocniejszego. Nie mam pojęcia z ilu łyżeczek piję, bez miarki sypię po prostu na wyczucie. Nikt inny nie jest w stanie wyczuć - zawsze sypnie o kilka ziarenek za dużo lub za mało. Jeżeli proponujesz mi kawę, a nie chcesz, żebym stała Ci w kuchni i po trochu dosypywała ziarenek do kubka, a potem po troszeczku odsypywała żeby jeszcze odrobinę dosypać (na bank narobię przy tym bałaganu, poza tym musi być to drażniący widok), po prostu nie pytaj i sparz mi taką jaką uważasz za najlepszą. Nie będę wybrzydzać. Już mówiłam.

Dmuchana
To teraz możemy usiąść i pogadać. Słucham? Aaa, łyżeczkę jeszcze chcesz?
Ale nie jesteś z tych, co to muszą zamieszać najpierw 9 razy w prawo, potem 8 w lewo i jeszcze łyżeczkę oblizać? Bo ja nie mieszam. Serio. Wcale. Przed pierwszym upiciem dmucham. Chodzi o to, że zdmuchuje się tę pierwszą warstwę, to nie będzie w zęby wchodzić. I już. Tak mi lepiej smakuje. Tak zawsze pili moi rodzice. Bo tak piła moja mama, a tata uczył się kawę pić od niej. Tak pije mój mąż, bo kawy uczył się pić ode mnie (żebym miała z kim ją spijać po obiedzie), a ja zwykle zapominałam podać mu łyżeczkę. Młody, zakochany, nie śmiał krytykować, nauczył się, przyzwyczaił.

Pierwszy jest najważniejszy
Lubię podpijać kawę innym. Kiedyś mąż rozwiedzie się za to się ze mną, albo zwyczajnie zrobi mi krzywdę. Sama sobie będę winna, on nie ukrywa jak go to drażni, a ja nie mogę się powstrzymać. Nie mam też nic przeciwko, jeżeli ktoś napije się z mojego kubka. ALE WARA OD PIERWSZEGO ŁYKA! Pierwszy łyk jest najważniejszy! Jest mój! To samo mam w przypadku batoników i wafelków - pierwszy gryz smakuje najlepiej. Jeżeli chcesz, żeby nasza znajomość przetrwała, nigdy nie ruszaj pierwszego łyka mojej kawy. NIGDY! Jeżeli Ci się zdarzy, wiedz, że otrzymasz pierwsze ostrzeżenie. Drugiego nie będzie.

Do pełna, proszę
Jako że pierwszy łyk jest tak ważny, musi być idealny. Kawa nie może wyglądać tak, jakby ktoś już ją pił przede mną. Albo jakby czegoś w niej brakowało. Musi być nalane do pełna. Nie chodzi o to, by sięgała do samego brzegu i wylewała się przy podniesieniu kubka (albo przy dmuchaniu!). Ważne są odpowiednie proporcje, świadomie wyważony balans między napojem a rantem naczynia. Jeżeli naleje się za dużo, nic już nie zrobisz. Trudno. Jeżeli naleje się za mało i doleje się wody po chwili, bo się zagapiło, zapomniało, nie wiedziało albo kawa zwyczajnie opadła - to już nie to. Musisz mi uwierzyć. Nie wytłumaczę tego.

Kubek
Kwestia kubka to oddzielna bajka. Podstawowa zasada to: nigdy, PRZENIGDY, kubek nie może być wyszczerbiony. W ogóle w moim domu żadne z naczyń nie może być wyszczerbione. To takie natręctwo, z którym nawet nie zamierzam walczyć. Wyszczerbione - do śmieci. Choćby kosztowało majątek.

Poza tym kubek musi być ładny. Tak zwyczajnie ładny (w sensie nie brzydki), może być jednokolorowy, właściwie zwykły, ale chodzi o to, żeby miał w sobie to "coś". Kształt na przykład może mieć fajny. Jednocześnie musi być wygodny. Do picia kawy nie nadają się takie klasyczne, proste kubki, takie jak są, przykładowo, w 95% ofert firm zajmujących się produkcją gadżetów ze zdjęciami. Takie kubki to się nadają, co najwyżej, do trzymania w nich długopisów.

Dobrze też, żeby porcelana miała odpowiednią grubość. Taką w sam raz, oczywiście.

I jeszcze jedno. Nienawidzę, gdy ktoś parzy sobie kawę w MOIM ULUBIONYM kubku. O tyle jest to trudne, że "ulubioność" kubków jest sprawą płynną. Raz na jakiś czas pojawia się w moim życiu nowy ulubiony kubek. Ale to nie znaczy, że ktoś może ruszać ten stary. To coś jak z facetem, który jest w szczęśliwym związku z kobietą, ale gula mu rośnie, gdy widzi swoją eks na randce z innym - choć przecież rozstawali się w przyjaźni i właściwie spotykają się od czasu do czasu na przyjacielski seks w porze lunchu. Moich ulubionych kubków po prostu nie tykaj. Nie bierz tego z Audrey Hepburn. Ani tego z napisem "cappuccino". A najlepiej to w ogóle zapytaj, będzie prościej.

Nie dla mnie Francja-elegancja i inne Wersale
Filiżanka to nie to samo. Filiżanka może być od święta. Do pierwszej porannej, pitej w biegu kawy się nie nadaje. A jak się ma małe dziecko, nie nadaje się też do żadnej następnej. W ogóle jeżeli jest niska a szeroka, kawa w niej za szybko stygnie. I zawsze boję się, że taką delikatną filiżankę zwyczajnie stłukę. Dlatego tych kilka drogocennych, które posiadam, trzymam wciśnięte gdzieś z tyłu szafki. I na wszelki wypadek nie sprawdzam ile są warte. I nie używam. Zresztą kit z tym, jeżeli stłukę własną filiżankę, ale co jak stłukę u kogoś? Już lepiej sparz mi kawę w tym kubku od długopisów.

Podkładki pod kubek. U mnie możesz czuć się swobodnie - stawiaj kawę gdzie chcesz. Byle dziecko Ci jej nie wylało, kawy szkoda. Nie znoszę podkładek. Pod kawę, pod piwo, pod myszkę do komputera... Jakoś całe życie ich unikam i żaden z moich mebli nie ma na sobie nieestetycznego kółka. Zawsze czuję się skrępowana w domach, gdzie stosuje się podkładki. Nie neguję jakoś szczególnie samej idei. Zwyczajnie nigdy nie pamiętam o odstawianiu na nie kubka. Do tego stopnia, że kiedy mam taką podkładkę przed sobą, w pierwszej chwili zawsze [podświadomie] kubek postawię obok, bo to przecież niebezpiecznie stawiać na czymś. Do porządku szybko doprowadza mnie wzrok gospodarza.

O mój wzrok nie musisz się martwić. Pod warunkiem, że nie upijesz mi pierwszego łyka!

Jesteście gotowi napić się ze mną kawy?
Wbrew pozorom to wcale nie takie straszne. Do odważnych świat należy ;-)


_______________________
P.S. Przy pisaniu powyższego postu żadna kawa nie została zmarnowana. Poszły trzy kubki. I dwa kieliszki cosmopolitana. Ale to już inna historia.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Rodzicu, nie rób tego swojemu dziecku! Tylko tu dowiesz się: Jak nie należy ubierać dzieci? [zdjęcia]

No dobra, znamy się nie od dziś, nie będziemy się oszukiwać. Nie zdjęcia, ale zdjęcie. Jedno, nie szalejmy. I dopiero później. Najpierw zbudujmy jakieś napięcie.

Niedawne pisanie postu "Dlaczego z Matki nie będzie dziecięcej "szafiarki"?" zainspirowało do sięgnięcia po stare albumy i przyjrzenia się przedszkolnym oraz szkolnym fotografiom z Matką w roli głównej. Doskonale pamięta Matka, które z uwiecznionych na nich strojów lubiła, a które musiała założyć "bez dyskusji". Nawet gdyby nie pamiętała, mina na każdym ujęciu mówi wszystko. Nieważne czy strój był rzeczywiście ładny albo czy był odpowiedni do okazji. Ważne, co mała Matka o nim myślała. W różowym dresie z drugiej klasy wygląda jak mała miss. Bo to był naprawdę wypasiony dres, najfajniejszy z wszystkich dresów w całej klasie, przynajmniej w mniemaniu jego właścicielki. Ale, gdy ubrano Matkę w stylowy bordowy sweterek, którego teraz pewnie by się nie powstydziła, ale którego 25 lat temu szczerze nienawidziła, minę ma na zdjęciu jakby właśnie na jej oczach ukręcono łepek jej ukochanemu chomikowi.

Jak nie ubierać dzieci?


Przykład z życia wzięty. Oto 4/5-letnia Matka Wyluzuj! 

wystylizowana przez własną matkę. 


Przez kolejnych kilkanaście lat na wszelkie zarzuty wobec poniższego zdjęcia Matka Matki odpowiadała: "Ale ja cię lubiłam tak ubraną". W końcu, po około 20 latach, po dokładniejszym przyjrzeniu się fotografii, zdobyła się chociaż na przyznanie: "Rzeczywiście, może jakoś tak smutno wyglądasz?"




Na tym zdjęciu jest wszystko, czego być nie powinno. Matka do dziś pamięta, jak nie znosiła tego stroju i jak od rana rozpaczała, że własna matka kazała jej go założyć akurat tego dnia, gdy w przedszkolu miał być fotograf. Akurat TEGO DNIA. To miało być przecież najważniejsze zdjęcie sezonu! Już nawet nie chodzi o tego smerfa w tle, który wtedy oczywiście robił porażające wrażenie. Najważniejszym bajerem tamtych fotografii był totalny przebój początku lat '90, znany wtedy głównie z komunijnych kartek z życzeniami - melodyjka, która wygrywała po otwarciu takiego karnetu ze zdjęciami. To było coś, co naprawdę szkoda było psuć upamiętnionym na lata nieszczęściem w oczach.

Szczegółowa analiza przedszkolnego outfit'u Matki Wyluzuj!

1. Kapcie - czy po spojrzeniu na nie potrzebny jest jeszcze komentarz? Przy ich stanie technicznym (imponująca dziura na palcu + ogólne wydeptanie) koszmarny rzucik w "dywanowe" kwiatki już w zasadzie nie robi różnicy.

2. Rajstopy - gryzące, zjeżdżające i rolujące się. Zrolowane wałeczki na kolanach znacznie lepiej widoczne są na zdjęciu grupowym, gdzie Matka ma zadartą spódniczkę (jakby mało było upokorzeń). Wszystkie rajstopy to zmora matkowego dzieciństwa.

3. Spódniczka - znienawidzona tak, jak tylko mała dziewczynka może znienawidzić spódniczkę. Kolor (jakże daleki od ulubionego wtedy różu) w połączeniu z krojem i materiałem (które nie pozwalały jej się "kręcić" przy obracaniu się w kółko, co jak wiadomo, w latach '80 i '90 dyskredytowało każdą taką spódniczkę w oczach dziewczynek) sprawiały, że po prostu nie dało się jej lubić. Do tego drapała.

4. Sweterek - doskonale swą barwą podkreślający osraną minę. I na dokładkę biały kołnierzyk - z całej przedszkolnej grupy tylko szyja Matki jest takowym zniewolona. Wyłącznym jego plusem jest to, że tym sposobem powyższe zdjęcie jest jednym z niewielu (a właściwie jedynym poza zdjęciami z balów przebierańców), na którym przy szyi nie wystaje podkoszulka.

5. Wyraz twarzy - pokazujący bez cienia wątpliwości, jak bardzo Matka jest niezadowolona ze swojego stroju.

6. Postawa - mówiąca nic innego, jak: "Następny raz ubierzecie mnie tak po moim trupie!"


Odpowiedź na pytanie zadane w tytule jest prosta. Jak nie należy ubierać dzieci? Tak jak sobie tego absolutnie nie życzą!


sobota, 24 stycznia 2015

Dlaczego z Matki nie będzie dziecięcej "szafiarki"?

[Post nie jest zawoalowaną krytyką stron internetowych poświęconych dziecięcym stylizacjom. Raczej zawoalowanym wyrazem niezrozumienia ich fenomenu.]

- Kiedy, Matko, zorientowałaś się, że nie będzie z Ciebie "szafiarki"?
- Mniej więcej w 7 miesiącu.
- Bycia matką?
- Bycia w ciąży.
- Opowiesz nam o tym?
- Historia jakich wiele. Nic nadzwyczajnego. Zwykły spacer. Obowiązkowe przystanki przy każdej wystawie z artykułami dla dzieci. Stanęłam przed jedną z takich witryn i zobaczyłam przepiękny sweterek. Granatowy z angielską kratką z przodu. Rozmiar dla 3-6-miesięcznego dziecka. Pomyślałam, że przecież wygląda, jak mój ulubiony sweter, który wciśnięty był gdzieś głęboko w szafę, bo z wiadomych przyczyn się w niego nie mieściłam. Ale przecież w głowie od razu powstała wizja, jak zakładam ten mój sweterek, a w identyczny ubieram moje maleństwo i razem pozujemy do tych wszystkich słit fotek, na imieninach u babci budzimy zachwyt wśród zgromadzonych, a na spacerach dochodzą do nas rozczulone westchnienia przechodniów... Wtedy jeszcze moje wizje nie obejmowały ulanego mleka, ślinotoku przy ząbkowaniu, czy pieluch, które przepuszczają zawartość nie tylko bokami, ale i górą, i każdą możliwą stroną. Weszłam do sklepu, bo przecież nie mogło być odwrotu, ten sweterek trzeba było kupić. A jednak odwrót był. Na pięcie. Po tym, jak zobaczyłam cenę. 79 zł! 8 dych za szmatkę na 3 miesiące (jeśli nawet szybciej z niej nie wyrośnie)? Przecież mój kosztował, jak dziś pamiętam, 39 zł. A noszę go 3 lata.
- I już? To wystarczyło?
- Tak, mój sweter noszę kolejne 3 lata. Syn nigdy nie dostał sweterka w angielską kratkę. Za to pięknie wygląda w tych w paski z lumpeksu. Bo ładnemu we wszystkim ładnie.

 ***
Październik 2014 - Pasowanie na Przedszkolaka - pierwsza przedszkolna uroczystość
Zarządzenie: strój galowy/uroczysty

Myślała Matka, że ubierając dziecko w jeansy i koszulę w kratkę (bo i tak za wielkiego wyboru w szafie akurat nie było), ubiera je w strój uroczysty. Cóż, w oczach Matki coś, co wymagało od niej prasowania i to w dodatku prasowania raczej precyzyjnego, jeżeli popatrzeć na ten malutki kołnierzyk, mankieciki, rękawki, guziczki i klapki przy kieszonkach, z automatu uważane jest jako uroczyste.
Zaś patrząc jeszcze raz na żelazko i zaraz potem na ten kołnierzyk, mankieciki, rękawki i klapki przy kieszonkach, ucieszyć się można, że Syn i tak nie przepada za koszulą, więc nie trzeba patrzeć na to połączenie często.
Jakże się Matka myliła co do uroczystości stroju, dowiedziała się obserwując pozostałe dzieci z grupy Pierworodnego.
Białe rajstopki, spodnie w kancik, granatowe sukienunie, koszule, których zapewne w swych kolekcjach nie powstydziłaby się choćby Wólczanka, muszki, krawaciki... i nie wiadomo co jeszcze.
Uroczystość odbywała się bez udziału rodziców. Włączyła więc Matka nagranie z przedszkolnego monitoringu i od rana zerkała co chwilę w komputer, żeby nie przegapić ani minuty z tego wiekopomnego wydarzenia.
Pierwsza godzina minęła paniom przedszkolankom na poprawianiu tych kołnierzyków, rajstopek, sukienek i krawacików. W związku z tym zabrakło czasu na zwyczajowe zajęcia, piosenki, zabawy. Potem odbyło się pasowanie, zdjęcia, dyplomy - 20 minut i po sprawie. Kolejna godzina minęła paniom na przebieraniu dzieci w dresy, koszulki, leginsy i dochodzeniu do tego, które rzeczy do kogo należą. Syn Pierworodny pozostał jedynym dzieckiem ubranym w strój, w którym przyszedł do przedszkola.

A Matka oczywiście wpadła w lekki stupor. W sensie, że zamarła pełna obaw i dylematów. Jak na matkę niewyluzowaną przystało. "Czyli co? Źle ubrałam???", "To ze mną jest coś nie tak, czy jednak sytuacja jakaś dziwna?"

Bo tok myślenia Matki wygląda tak:
uroczysty strój dla dziecka ---> Ale nie można w nim się bawić, jeść, siedzieć na dywanie, normalnie poruszać, czuć swobodnie? = uroczysty strój NIE dla dziecka!

A może jednak Matka ma błędne przekonania co do dress code'u dwulatków i zbyt casualowo podchodzi do outfit'ów, zamiast traktować je bardziej high fashion? Może trzeba więcej haute couture a mniej prêt-à-porter?
[STOP! Bo sama zaczynam gubić się w tym, co piszę]

***
Matka przyznaje - moda nie jest jej obojętna, raczej nie najgorzej orientuje się w aktualnych trendach, choć podchodzi do nich bardzo selektywnie, wybierając tylko to, co odpowiada jej stylowi.
Uwagę na to w co jest ubrana zwracała odkąd pamięta. Choć podobno zwracała ją też w czasach, których nie pamięta. Ku utrapieniu Matki Matki, która do teraz wypomina jej, że gdy uradowana ustawiała się w niewyobrażalnie długą kolejkę, bo właśnie "rzucili" dziecięce sweterki [lata '80, gówniarze! - przyp. autorki], kilkuletnia Matka z wyjątkowo rozwiniętym, żeby nie powiedzieć rozbuchanym, poczuciem estetyki, po rzuceniu spojrzenia na owe sweterki, nie dała sobie żadnego nawet przymierzyć. Do teraz też nie ma pojęcia, skąd Matka Matki wyczarowała w latach '80 piękne kobaltowe bikini pasujące na trzylatkę, która za żadne skarby świata nie zamierzała świecić golizną na plaży. Prawdopodobnie Matka była pierwszym trzylatkiem w bikini, którego widziano nad jeziorem w niewielkim mieście, w którym się wychowywała.

A teraz, gdy Matka sama jest matką niespełna trzylatka, w naturalny sposób zwraca uwagę na to, w co ubrany jest Syn. Jednak jej nadwrażliwość estetyczna w żaden sposób nie zagraża jej dziecku, akurat którego estetyka mówi jedynie, że dinozaury, samochody i pociągi są fajne, a cała reszta jest mu obojętna. Owszem, kiedy Syn wyjątkowo ładnie wygląda, chętnie łapie Matka za aparat. Ale wciąż fotografuje dziecko, a nie szmatki, które ma ono na sobie. A kiedy Syn się odwraca, biega, rusza, klejącymi paluchami maca obiektyw, po prostu Matka odpuszcza i odkłada sprzęt, myśląc "Innym razem". Zwykle Pierworodny zdąży wyrosnąć z ubrań, w których tak ładnie wyglądał nim nastąpi ten "inny raz", gdy znów pomyśli się o zdjęciach. I właściwie co z tego? Nic. Bo ważniejsze jest to w jakich okolicznościach powstają jego fotografie, niż to jaki ma na nich strój. Ważniejsza jest sytuacja, niż czy bluzka była z lumpeksu, od topowego polskiego projektanta czy po starszym koledze.

W życiu codziennym Matka, co sama przyznaje, ma wybujałe poczucie estetyki. Lubi otaczać się ładnymi przedmiotami. Nawet miotłę ma w kwiatki. A wieszaki dobrane kolorystycznie. Zeszyt też nie może być pierwszy z brzegu, jego okładka musi zachwycać. Koszyczki w szafie w odpowiednich kolorach, pudełka dobrane nieprzypadkowo.
Ale kiedy Pierworodny ma ochotę założyć dwie zupełnie niepasujące do siebie rzeczy, albo, co już jest normą, dwie różne skarpetki, zwykle pozwala mu na to. Bo w hierarchii ważności jej poczucie estetyki zawsze przegrywa z jego poczuciem dumy na myśl, że sam wybrał i skompletował swoje ubranie.

***
Grudzień 2014 - Wizyta Świętego Mikołaja w przedszkolu
Zarządzenie: strój uroczysty/galowy

Po zaliczeniu już kilku przedszkolnych wydarzeń, w których Syn miał być ubrany na galowo, takich jak na przykład jedno z najważniejszych świąt świeckich, aż dziw, że nie państwowych i wolnych od pracy, czyli hucznie obchodzony Dzień Pluszowego Misia, Matka zdążyła już jasno sobie określić, co uważa za strój uroczysty. A właściwie utwierdziła się w tym, co uważała jeszcze zanim we wrześniu puściła dziecko do ludzi, aby kompletnie nie zdziczało, czyli krótko mówiąc zanim zapisała do przedszkola.
Ma być schludnie, inaczej niż zwykle, wygodnie jak zawsze i ma podobać się dziecku!
Przez dobry miesiąc trąbiono w placówce o tym, że będzie Mikołaj. Mówiono, podkreślano, powiadamiano w mailach. Co tam Mikołaj? Fotograf będzie!!!
W związku z tym mówiono, podkreślano, powiadamiano w mailach i proszono osobiście o założenie dziecku stroju uroczystego. "A więc to dziś, a więc to już teraz, czas na strój najbardziej uroczysty z uroczystych!" - pomyślała Matka i w ruch poszło żelazko. Bo skoro ma być uroczyście, niech będzie po całości.
I, mając w pamięci te wszystkie przedszkolne i szkolne zdjęcia, na których mała Matka ma na sobie najbardziej znienawidzone sukienki, z których jakimś trafem zawsze przy szyi wystawały podkoszulki, do tego zjeżdżające i rolujące się rajstopy i najbardziej ohydne z ohydnych kapcie, wyprasowała Synowi Pierworodnemu to, co w tym wypadku uznała za najbardziej słuszne i odświętne.

Gdy skończyła prasowanie i patrzyła na dzieło swej żmudnej pracy, nie mogła oprzeć się wizji, jak już za kilkanaście lat, Syn podziękuje jej za to, że nie ubierała go w obciachowe koszule i muszki, których nie znosił i z dumą porówna swoje zdjęcie do zdjęć rówieśników. W końcu na pewno mało kto będzie mógł się pochwalić tym, że już w przedszkolu miał własny, niebanalny, trochę niepokorny styl i szedł naprzeciw utartym konwenansom. W końcu mało dzieci siedząc na kolanach u Mikołaja ma na sobie koszulkę zespołu Led Zeppelin...
Ta miła wizja nie opuszczała Matki przez cały dzień.
Aż do popołudnia, kiedy to odbierała dziecko z przedszkola.
Otóż przedszkolanki uznały, że Syn jest za mało elegancki i postanowiły go przebrać. W szafce zawsze są jakieś zapasowe ubrania, gdyby te w których przyszedł trzeba było z jakichś powodów zmienić. Zwykle zanosi Matka rzeczy, których na co dzień i tak nie nakłada Pierworodnemu, bo szkoda, żeby jego ulubione bluzki nieużywane leżały tygodniami w przedszkolnej szatni. I pech chciał, że co akurat było w reklamówce na wieszaczku? Nieszczęsna koszula w kratę z Pasowania na Przedszkolaka.

I na bank, za jakieś 14 lat, oglądając wspólnie rodzinne zdjęcia, będzie Matka musiała powiedzieć Pierworodnemu: "Synku, ale uwierz mi, naprawdę pod tą koszulą, której tak nie znosiłeś, miałeś na sobie zajebistą koszulkę Led Zeppelin!"*.


*Na co dzień Matka rzadko używa słowa "zajebisty", a już na pewno nie w rozmowach z Synem, ale tu przecież chodzi o KOSZULKĘ LED ZEPPELIN.

niedziela, 11 stycznia 2015

Bycie idealną jakoś Matce się nie kalkuluje

W czeluściach swoich zapisków różnorakich wygrzebała Matka taki tekst. Z października. A proszę, jaki aktualny. Wczoraj na przykład też oglądała "Ojca Chrzestnego". Tylko bez prasowania przy tym. I obiad był dopiero przed 17:00. W kuchni syf. No i Ojciec Pierworodnego nie miał wychodnego... No dobra, właściwie to jedyny szczegół jaki się zgadza to to, że oglądała "Ojca Chrzestnego". A jeśli już być takim drobiazgowym, to wtedy w październiku oglądała "jedynkę", a wczoraj "trójkę". 
Dobra, tekst może i aktualny jak Matki obwód bioder z czasów liceum, ale znalazła i publikuje.

***

Ojciec dostał wychodne. Pojechał na koncert. Zbliżała się północ, gdy Matkę naszła refleksja.
Dziecko śpi, nakarmione i wykąpane przeze mnie. Kuchnia posprzątana. I chyba po raz pierwszy w historii tego domu podałam niedzielny obiad w południe (żeby mąż zdążył zjeść przed wyjazdem). W dodatku jaki obiad? Fiu, fiu. Do tego kurze wytarte, obicie kanapy wyczyszczone, pościel zmieniona, pranie się suszy. A ja, oglądając "Ojca Chrzestnego", jego ulubiony film, stoję nad deską do prasowania i jeszcze wino popijam. Niedługo powinien wrócić - akurat Michael Corleone pewnie będzie już na Sycylii po wykonanej zemście za postrzelenie don Vita, ja pewnie będę akurat po 1 kieliszku wina. A po 1 kieliszku wina, wiadomo... mniej się czepiam.

Kurcze, jestem tak idealną żoną, że sama w to nie wierzę. Los wygrany na loterii, a nie kobieta! Na koniec dnia pozostaje już tylko zebrać wyrazy uwielbienia i udać się na równie zasłużony spoczynek w ramionach ukochanego.

Wrócił około 1:00. Na koncercie ogłuchł na prawe ucho. Ciężko się jechało, bo mgła. Spóźnił się - to znaczy, że poszły prawie 2 kieliszki. A po 2 kieliszkach, wiadomo... spać się chce.
I każde padło jak nieżywe śliniąc się w poduszkę po swojej stronie łóżka. Ale przynajmniej w świeżej pościeli.

Do kitu być idealną żoną. Od rana znów jestem sobą. A kanapa niech se czeka z kolejnym praniem na święte nigdy - i tak plamy nie zeszły.


czwartek, 8 stycznia 2015

SJP - Słownik Języka Pierworodnego, NOWY ROZDZIAŁ

Jest! Mamy go!
Pierwszy czasownik!

Cała rodzina chodzi wzruszona. Najbardziej Matka. Oczywiście. Bo matki już tak mają, że wszystko najbardziej. A Matka w szczególności.
Do tej pory ze słów, które można było pod czasowniki od biedy podciągnąć pojawiało się często i gęsto am oraz  bam. Ewentualnie też brum. Jednak pierwsze, poza "jeść", oznacza też po prostu "jedzenie" albo, już tak bardziej konkretnie, 99% produktów spożywczych, których inaczej nie umie się nazwać, drugie, poza "upaść, spaść, wypaść", bardzo często znaczy "upadek, wypadek, zderzenie, kraksę, karambol i uderzenie", a bywa że i "pacnięcie" czy "walnięcie" i tyczyć się może każdego przedmiotu, środków komunikacji a także zjawisk atmosferycznych (chociażby śnieg za oknem zrobił bam, z kolei brum bam, bo potraktowano je z impetem łopatką). Trzecie zaś znacznie częściej niż w znaczeniu "jeżdżenia", stosowane jest, tak tradycyjnie, jako wygodniejszy w użyciu synonim "auta".

Ale teraz jest! Prawdziwy! Najprawdziwszy!
Prawidłowo używany! Pff, tam prawidłowo? Doskonale używany! Wzorcowo.
I jakże pięknie brzmiący!
Nasz.
Pierworodnego.
Czasownik.

W 3 osobie liczby pojedynczej czasu teraźniejszego. W trybie orzekającym, a stronie czynnej.

Na początku do Matki nie docierało. Musiał jej Syn wręcz wykrzyczeć jakieś 5 razy z rzędu w twarz, by zorientowała się, że to naprawdę. Nie żaden przypadkowy zlepek sylab fajniebrzmiących, ale świadomie wypowiadane słowo mające określić rzeczywistość.

A może i przyszłość? Może ten pierwszy, upragniony, tak wyczekiwany czasownik będzie wróżbą? Może to przepowiednia? Prognostyk na przyszłe lata, by się Matka jednak o dziecię swe lękać nie musiała?

W końcu powiedział nie byle co.
Powiedział:

czita


- Mama czita. Mama czita, czita! czita!!! czita!!!!!

I nadal powtarza. W różnych kontekstach, zestawieniach. Cieszy się tym nowym słowem. Nie przesłyszała się Matka - może tylko, jak na Matkę przystało, przejawia nadmierny entuzjazm.

I jednak trochę jej teraz głupio, że akurat w tak doniosłej chwili nie czytała Kołakowskiego albo Mrożka chociaż, a jedynie łola na fejsie.


środa, 7 stycznia 2015

hibernacja

Sen zimowy.
Zapadłam.
Popadłam.
Wypadłam.
Z życia. Z myślenia. Z trwania. Na posterunku.

Potrzebuję kawy. Jakiś hektolitr wystarczy.
Problem w tym, że niedobrze mi na myśl o jednym tylko kubku.
Nakrywam głowę poduszką i udaję, że nie słyszę. Nawet szumu w uszach.
Napiszę coś. Jutro.
Ostatecznie pojutrze. Na pewno. Tylko poskładam się w całość. Rozproszyło mnie na 365 kawałków. Tak na nowy rok. Kilka już się zgubiło. Nie wiem czy odkurzacz przypadkiem  nie wciągnął razem z kasztanami Młodego.
Komu w styczniu potrzebne kasztany? Zelmerowi nie, rura poszła.
A Pierworodnemu tak, poszły łzy.

W ramach mobilizacji przejrzałam posty sprzed roku. Po pięciu wyłączyłam komputer. Zamiast treści widziałam źle postawione przecinki. "Interpunkcja leży i kwiczy" - napisała mi w klasie maturalnej polonistka. Cholera, po ponad dekadzie nadal aktualne. Na kwestię stylu słów już jej brakowało.
Mnie też brakuje.

To chyba dobrze, że widzę własne błędy. Technicznie się rozwijam. Treściowo zwijam się w sobie. Stoję bez ruchu. Ani be, ani me.
Ani kuku-ryku.

Mentalnie cofnęłam się w czasie. W SMS-ie do Świętego Mikołaja wyraziłam chęć na najnowszą Musierowicz. Teraz czytam po kawałeczku, żeby na dłużej starczyło. Znów mam naście lat. Tak jakby. I tak trzymam kciuki za tego Józinka. Zawsze go lubiłam. Niewiarygodne, że właśnie miał maturę, przecież to jeszcze dziecko. Pierworodnego mi przypomina.

Jutro już na pewno skończę. Jak się nie powstrzymam to jeszcze dziś.
Wtedy napiszę. Jutro. Najdalej pojutrze.
Tylko doczytam i poskładam.


wtorek, 30 grudnia 2014

Matko, wyluzuj! - zajęcia praktyczne, czyli Blogowigilia 2014

O tym, jak niesamowitym spotkaniem była tegoroczna Blogowigilia wie każdy, kto na niej był i każdy, komu przyszło jedynie obejść się smakiem licznych relacji i fotorelacji zamieszczonych w Sieci. Pisali już chyba wszyscy obecni, co znaczy, że napisano już naprawdę sporo. A i Matka (jak zwykle spóźniona) dołoży swoje trzy grosze.
Bo to trzeba pochwalić. To należy docenić.
Trzy dziewczyny zorganizowały imprezę dla ponad 600 osób na takim poziomie, że szczeny można było masowo zbierać z podłogi. Matce też opadła. Bo Matka to miała problem ze zorganizowaniem dla siebie jednej dojazdu, noclegu, wizyty u fryzjera i dobraniem butów do sukienki. A Ilonie, Ewie i Ani udało się pamiętać o wszystkim i jeszcze zapewnić moc atrakcji. Cudowne jedzenie, alkohol, zimne napoje, bar kawowy, owocowe koktajle, zdjęcia z Mikołajem, fotobudka, ścianka by poczuć się blogo-celebrytą, mini-koncerty naprawdę ciekawych artystów, DJ, jazda na łyżwach... nawet samo miejsce tego wydarzenia, czyli Stadion Narodowy... to wszystko było po prostu ŁAAAŁ!!!
A to Łaaał!!! tworzyło wspaniałe tło dla tego, co tamtego wieczora było najważniejsze, czyli niesamowitych spotkań, rozmów i nowych znajomości.

Będąc w podróży organizacyjnym tłumokiem, którego zdolności szybkiej i racjonalnej oceny sytuacji jakby odjeżdżały w przeciwnym kierunku, do tego nie bardzo wiedząc co począć ze sobą w tej Warszawie, jak tam dojechać i jak trafić na właściwą imprezę na Stadionie, a nie tylko chodzić w kółko wokół niego szukając wejścia, i jeszcze na koniec jak wrócić, uczyniła Matka najlepsze, co mogła zrobić. Znalazła kogoś, kto po prostu też tam jechał. Odwołała zamówiony wcześniej hotel i na wspólną podróż w obie strony umówiła się z blogerką z Torunia. A, jak wiadomo, podróż do i z Torunia, Matka ma opanowaną, więc było po strachu. Tym sposobem, nieoczekiwanie, poznała Matka Kasię z Twoje DIY. A razem z nią Artura tworzącego New Creative. Wkrótce przekonała się, że w blogosferze jest najzwyklejszą ignorantką, bo tych dwoje zna chyba każdy. Kasia i Artur na początek w naturalny sposób wzięli na siebie misję przedstawiania wszystkim Matki i wszystkich Matce. Dzięki temu nie stała jak ten kołek na środku sali i nie zastanawiała się z głupią miną: "A ten to kto? Skąd ja go znam?".

Zadaniem wyznaczonym wszystkim obecnym przez organizatorki było poznanie 5 nowych osób.
Phi! Pięciu? Ale to chyba w ciągu pierwszych 15 minut imprezy?
Jechała Matka na ten Narodowy z myślą, że po prostu będzie fajnie. W ogóle nie zastanawiała się jak to wszystko ma wyglądać, kto właściwie ma się tam pojawić. I nie sądziła, że całość zrobi na niej takie wrażenie.
Ale wyobraźcie sobie, że wchodzicie na salę i jeszcze zanim zlokalizujecie bar z drinkami, czyli że bardzo szybko, macie okazję porozmawiać z Radomską. I okazje się, że ona jest, bez wątpliwości, dokładnie taka "radomska", jak Wam się wydawało.
Albo, że podchodzi do Was Konrad Kruczkowski z Halo Ziemia i tak zwyczajnie, jak byście się nie widzieli od zeszłej środy, podaje Wam rękę.
Jest też Nishka, w trakcie rozmowy z którą stoi się jak wrytym, bo ona jest dokładnie taka, jak na TYM ostatnim filmiku. I czujesz, że nie nadążasz. I podczas tych kilku minut myślisz, że tak zwyczajnie, jak człowiek człowieka, lubisz ją jeszcze bardziej.

Tylu interesujących ludzi i TYLKO 6 godzin, aby ich wszystkich poznać. Matka raczej nie jest mistrzynią pierwszego wrażenia. Wpadając na tych, których pisanie wyjątkowo ceni, mogła wyjść na oszołoma czy, w najlepszym przypadku, psychofankę. Zero zimnej krwi, wystudiowanej, zblazowanej miny, czy obojętnego tonu głosu, niezdradzającego emocji. Do teraz trochę wstydzi się spojrzeć Patrycji Kosiarkiewicz w bloga. A mogła przecież powiedzieć tylko "Jak? Kosiarkiewicz? O, kojarzę. Miło mi poznać" i najzwyczajniej się zamknąć.

Największe zaskoczenie?
Kiedy się przedstawiasz i mówisz jaki blog prowadzisz, a w odpowiedzi słyszysz: "A, tak, znam/czytam". Za każdym razem na twarzy Matki to samo niedowierzanie. "Ale że mnie? Może jednak mnie z kimś myli? Mało to matek w blogosferze?".

I wiecie, co? Naprawdę o Matkę chodziło.

Nie sposób wymienić wszystkich, z którymi mogło się tamtego wieczora porozmawiać, czy chociaż przywitać.

Niezwykle miło było spotkać Cathrynkę, czyli Dorotę, która prowadzi tak niszowy blog, że Matka przy niej to królowa mainstreamu. Dorota czytuje Matkę Wyluzuj!, chociaż sama nie ma dzieci - to dopiero komplement. Przegadały nadprogramową ilość czasu, zleciało migiem. Matka ma jedynie nadzieję, że nie zniechęciła jej ani do macierzyństwa, ani do małżeństwa. Pijaru Koksu mógłby nie darować, po co ryzykować.

W całym tym blogerskim zamęcie pojawiła się też skromna, trochę jakby wyciszona, bardzo sympatyczna Agnieszka - Casalinga. Ktoś z matczynej "branży". Ledwie Matkę poznała, a już dała potrzymać swojego ajfona. W dzisiejszych czasach to się chyba nazywa zaufaniem.

Niewiarygodnie pozytywne małżeństwo - Luiza i Przemek. Ona jest szczęśliwa. On lubi poniedziałek. Oboje mają słabość do szałowych świątecznych sweterków. Wszyscy wokół mają słabość do Luizy i Przemka.

Była też Arlena, znana jako Wittamina. Cóż, to już było po paru drinkach... Z tym że Arlena, na niekorzyść Matki, chyba nie piła. Miejmy nadzieję, że najwyżej pomyślała sobie: "yyy, jakaś dziwaczka". Na szczęście nie zaczęła Matka piszczeć na jej widok - uff, chociaż tyle uratowała ze swojego wizerunku i poczucia godności. A naprawdę lubi zarówno pełen zdrowego rozsądku blog Arleny, jak i jej pełen humoru kanał na Vinie (to się odmienia? - Arlena na pewno by wiedziała...).

Pani Dyrektor - rozbrajająco nieogarnięta, bezpośrednia, z zaraźliwym śmiechem, jakby stworzona do tego, by mieć przy sobie sekretarkę, albo może lepiej sekretarza, który rozda wizytówki i zapisze najważniejsze informacje. Agnieszka już wie, że w drodze po drinki z Matką nie zginie, wie też, że Matka nie jada sernika, również takiego blogowigilijnego, o którego smaku krążą legendy. Matka wie, że z Panią Dyrektor nawet kawa będzie jakaś bardziej.

Włóczykij - wystarczyło zamienić z nim ledwie kilka zdań, by próbował przekonać Matkę, że też może żyć tak jak on. Do tej wizji podeszła raczej sceptycznie, do samego Łukasza wręcz przeciwnie - cały wydaje się być pozytywną energią, którą należy szerzyć po świecie, co właśnie czyni i chwała mu za to.

Cyber Marian? - nie taki Marian jak się maluje. Przemiły uśmiech. I bez cyber-marianowych atrybutów nie do rozpoznania.

Niesamowite w takich spotkaniach jest to, jak różnych ludzi można na nich poznać. Blogosfera to przestrzeń, w której miejsce znajduje każda dziedzina życia. Toteż i Blogowigilia była okazją do poznania najróżniejszych b(v)logerów. Ciekawe znajomości czekały na każdym kroku, interesujące rozmowy czaiły się wszędzie. Czy to z tymi od parentingów, mediów, kultury, wnętrz (łoo, matko, ilu jest blogerów od wnętrz), mody, zdrowia, lajfstajlu czy hodowli pomidorów na balkonie.

Nie wiadomo jakim cudem udało się organizatorkom zmieścić cały wieczór w półtorej godziny. Pozostanie to ich tajemnicą. Ale właśnie poczucie niesprawiedliwie szybko upływającego czasu towarzyszyło chyba wszystkim obecnym. I każdy wychodził z niedosytem i prośbami, które można by przetłumaczyć jako zbiorowe, błagalne: "Jeszcze tylko chwiiileee, prosiiiimy"...

A potem powrót do domu. Fantastyczna atmosfera aż buchała z auta. A może to ten Grant's i Soplica? Do tego adrenalina na najwyższym poziomie - starczy tej rezerwy paliwa czy o 4 nad ranem wesoły samochód z blogerami stanie na autostradzie, gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie, bez zasięgu, z kolejno padającymi telefonami...? Czujecie grozę tej sytuacji? Tak zaczynają się horrory.
Grupa osób wraca razem z imprezy, część się zna, ktoś jest nowy. Śmichy, chichy. Ciemna noc, kontrolka coraz dobitniej wskazuje na brak benzyny, do tego brak stacji przez najbliższych kilkadziesiąt kilometrów, droga pusta, robi się coraz zimniej, samochód stoi gdzieś między lasami i tu zaczyna się prawdziwy dramat... blogerzy NIE MAJĄ ZASIĘGU, Internet ucieka w siną dal i nie mogą napisać o tym wszystkim na fejsie! AAAAAAA!!!!!
;-)





Prawda jest tak, że po takim wieczorze, nawet na chwilę nikogo z pasażerów nie opuścił humor, a strach minął na jakiejś przydrożnej, wiejskiej stacji, na którą fuksem trafili. No... prawie minął... bo jeszcze Matkę na tej stacji zamknął pan z obsługi. Musiała nie najlepiej prezentować się o 4:30 nad ranem, bo pan chyba jeszcze bardziej od Matki wystraszył się, gdy wyszła z łazienki.

*
BONUS
UWAGA!, jedyne zdjęcie zrobione przez Matkę podczas Blogowigilii 2014 na Stadionie Narodowym w Warszawie. Miała ambitny plan fotografowania wszystkiego co się da i strzelania selfie z każdym, z kim dłużej porozmawia. Skończyło się na cyknięciu pierwszego drinka...




P.S. 
Najlepszy dowód na to, że Matka wyluzowała się na imprezie wśród dorosłych ludzi?
Podobno gdzieś na sali był kącik dla dzieci. Matka do teraz nie ma pojęcia gdzie, dowiedziała się o nim dopiero, czytając relacje innych blogerów. #buahahaha