środa, 3 września 2014

Przedszkole. Dzień Drugi. To samo, tylko gorzej.

I na co było to cholerne zdrowe podejście do sprawy? Po co było zmieniać coś, co wczoraj się sprawdziło? Trzeba było siedzieć z tyłkiem na ławce i nachapać się widoku bawiącego się Pierworodnego na ekranie telefonu. Na zapas. Ale nieeee... Musiała Matka udowodnić sobie, że jest twardzielem. A przecież już wiadomo, że jest. Bo nie płakała pierwszego dnia przedszkola. Ale nieee... Musiała Matka udowodnić sobie, że w tym twardzielstwie potrafi osiągnąć poziom hard. I wyszło na to, że naprawdę musiała i nie miała odwrotu.

Cały schemat powtarzał się tak, jak wczoraj. Szło nawet lepiej, bo Pierworodny, wiedząc czego się spodziewać i bardzo się tym ciesząc, zjadł śniadanie, nie ociągał się po drodze (przynajmniej jak na dwulatka), a i tramwaj tym razem przyjechał /powiedzmy/ o czasie. W szatni wszystko super. Traktorek był. Pierworodny kazał jakiejś stażystce chwalić swoje kapcie. Potem jakąś panią złapał za rękę... i poszedł do sali. I tyle go Matka widziała. Już ciszej niż wczoraj, już bardziej do siebie, zawołała: "Pa-pa, Synku!".

I znów została samiuteńka w tym holu... Takim pustym...

Poszła więc do tego co wczoraj hipermarketu. Z zamiarem, że dziś to już na pewno zrobi jakieś zakupy. I tylko na chwileczkę, momencik dosłownie, przycupnęła na tej samej ławeczce, co wczoraj. Strona przedszkola. Login. Hasło. Tylko odrobinkę zerknę. Kurczę, trzeba w wyraźniejsze kolory go ubierać. Ciężko go dziś wyłapać. Co te wszystkie dzieciaki takie blond? O jest! Bawi się. No to fajnie. Bawi się. Bawi się. A czemu on jest w jednym kapciu? Gdzie drugi? Aha, w rączce trzyma. Razem z Pieskiem. Ciekawe, co zrobi z tym kapciem? Idzie, idzie, idzie... No jak ładnie. Do pani poszedł. A czemu pani na niego nie patrzy? Co ona tam tyle gada z tą drugą? Ile można gadać? Eeej no! Kapcia mu załóż! Siedzą i gadają. Już z minutę chyba tak gadają. I siedzą. Albo nawet dwie. Nie widzi, że Pierworodny z tym kapciem stoi? Heloł! Nie widzi. Poszła. A on został. Moje biedne maleństwo z jednym kapciuszkiem. I co on tam teraz... NIE! WRÓĆ! Co ty pleciesz? Dzieciak całe życie bez kapci lata, nic mu nie będzie jak chwilę w jednym polata. Przecież zaraz ktoś to zauważy. Kobieto, opanuj się! A ten monitoring to co się tak rwie? No masz ci los, zaciął się na moment. O, ma już dwa kapcie. I nie wiem kto mu założył. Jak dobrze, już dobrze, już dobrze, dobrze, znów się bawi. NIE! Koniec! Stop! Bo oszaleję. Idę na te zakupy.

I poszła. Nowe puzzle dziecku kupić.
Zapłacić nie zdążyła, jak przyszedł SMS, że wykorzystała limit internetu. I że albo godzi się na zwolnienie obrotów albo za 5 zł może wykupić 50 MB. Z tym kodem.

No jasne, 5 zł to w sumie nie dużo, a tu przecież chodzi o Pierworodnego, o jego bezpieczeństwo. Zdrowie, przyszłość, edukację. Dobra, bzdury, o Matkę przecież chodzi, o jej poczucie bezpieczeństwa, o jej niepewność, nie może znieść myśli, że nie wie, co tam się dzieje. I czy Syn ma dwa kapcie. A tam, kit z tymi kapciami! Trzeba wykupić ten pakiet za 5 zł. Z tym kodem.
Ale... co z tym kodem? Gdzie to się wpisuje? O w mordę!

Dnia bez internetu właściwie nie miewa. Dżimejle, fejsbuki-sruki i oczywiście blog codziennie. Taka nowoczesna, psia jego mać. Smartfona ma, w mordę jeża. A jak przychodzi co do czego, to się okazuje, że pakietu internetu nie potrafi wykupić.
Po kiego grzyba wysyłają jakiś kod, skoro nie piszą, co z nim zrobić?

Więc siedziała Matka taka zdezorientowana, nie wiedząc, co ze sobą począć. Czym się zająć? Zajęła się więc obrzydliwą kawą. Nie, to niemożliwe, wczoraj nie była taka ohydna... Wyciągnęła zeszyt z torebki, coś tam naskrobała, zerkając na zegarek mniej więcej co 45 sekund. Wreszcie przyjechał Ojciec Pierworodnego, okazało się bowiem, że mogą dziś razem odebrać Syna. Zrobił z tym kodem to samo, co Matka robiła tylko inaczej. I zadziałało. Jest! Działa. O, bawi się. To dobrze. Już taka godzina? No to jedziemy.

- Ale "Maleństwa" jedzą teraz obiad. Zaczekają Państwo?
- Zaczekamy.
Zaczekali. 
11:30 i obiad? W domu często-gęsto o tej godzinie śniadanie jeszcze trwa.

Wyszedł ze swoją wychowawczynią z sali. Odrobinę mniej pewnie niż wczoraj. Ale odrobinę bardziej niż wczoraj ucieszony - w końcu czekało na niego więcej rodziców niż się spodziewał.
- Miał mały kryzys. Troszkę nam dziś płakał - zrelacjonowała sytuację przedszkolanka. 
Serce Matki zamarło, serce Ojca pękło i roztrzaskało się o posadzkę.

Płakał. A Matki przy nim nie było... I zdała sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu Pierworodnego miała miejsce taka sytuacja. Został ze swoim płaczem sam. Bez Matki, Ojca lub Babci. I tak naprawdę dopiero z tą myślą przyszły obawy. Bo to, że Matka przeżywa w sobie całe to przedszkolne zamieszanie, w rzeczywistości nie ma nic wspólnego ze strachem o dziecko - to raczej tylko reakcja na stres związany z tym, że maleńki syneczek nie jest już taki maleńki, staje się samodzielny i trzeba go w tej samodzielności wspierać. Tymczasem, do samej idei przedszkola Matka była tak pozytywnie nastawiona, że nie przyszło jej na myśl, w jak trudnych emocjonalnie sytuacjach zostanie Syn postawiony, z czym będzie musiała zmierzyć się jego główka, jak dorosnąć w ciągu najbliższych tygodni. I teraz dopiero troszeczkę Matka się boi. Kto wie, jak zareaguje, gdy znów zostanie sama w pustym holu...

W samochodzie wypytywała trochę Pierworodnego o dzień w przedszkolu. Zmęczony, odpowiadał bez entuzjazmu, spokojnie, znudzonym tonem. Dopiero, gdy padło pytanie o panie z przedszkola, cały się rozpromienił, ożywił i pojaśniał.
No! Może na razie Matka im zapomni tego kapcia?

wtorek, 2 września 2014

Przedszkole. Dzień Pierwszy

Śniadanie z przejęcia nie ruszone. Plecaczek spakowany. Nowe kapcie w środku. Jazda tramwajem. Szafka z imieniem, nazwiskiem i traktorkiem. Traktorek jest najważniejszy. Bo taki sam traktorek jest też na półce z kubeczkiem, szczoteczką do zębów i ręczniczkiem.

Dzień po rodzinnym pikniku otwierającym nowy rok w przedszkolu, Pierworodny był nieco zaskoczony, że gdy przyszedł, nie czekał na niego klaun robiący balonowe zwierzątka, że nie ma dmuchanych zamków, dzieci z pomalowanymi buźkami, grilla, ciasta, muzyki, pani śpiewającej, że nie może już robić z piany baniek większych od siebie samego...
Jednak nie zmieniło to jego ekscytacji i żwawo powędrował do szatni.

- To o której mam po niego przyjść? - zapytała Matka w holu przedszkola, kiedy Syn, zupełnie nie oglądając się za siebie, złapał jakąś panią za rękę i powędrował do sali "Maleństw". Do jego prawego ramienia tulił się Ukochany Piesek, w rączce, by poczuć się jeszcze pewniej, trzymał Syn swoją książeczkę o żabce. Bardzo do serca wziął sobie Pierworodny radę, aby pożegnania były możliwie jak najkrótsze - dba o adaptację Matki do przedszkola. Nie zareagował nawet na wypowiedziane pro forma "Pa-pa, Synku!".
- Skoro to pierwszy dzień, proszę być za półtorej - dwie godziny - odpowiedziała bardzo miła pani dyrektor.

I została Matka taka samiuteńka w tym obcym przedszkolnym holu...

Nie pozostało nic innego, jak wyjść z budynku i czymś się zająć. Na tę okoliczność opracowała plan już wcześniej. Nieopodal przedszkola znajduje się hipermarket. Wydawało się więc, że wielki sklep z mydłem i powidłem będzie idealnym miejscem, by czas płynął możliwie jak najszybciej, by jak najmniej myśleć, wymyślać, obmyślać i panikować. Tak, wydawało się...

Ruszyła Matka dziarsko w stronę marketu.
- Jejku, przecież mam tylko półtorej godziny. Samochodem jakoś ta droga taka krótka się wydawała, chwila-moment dosłownie. Idę i idę, cholera. A to nawet nie połowa drogi. Ciekawe jak tam Młody, tyle czasu już minęło, może tęskni... Ile jeszcze do tego Reala? Jak dojdę to już trzeba będzie wracać. A jak on tam płacze? Nie, na pewno nie. Ciekawe czy już się zorientował, że mnie z nim nie ma. Zapewne tak, przecież tyle czasu minęło. Może już trzeba by zawrócić? Lepiej się nie spóźnić. Która to godzina? O rzesz fak! To dopiero 6 minut... Yyy, to może ja lepiej pójdę do tego sklepu. Ręce czymś zajmę, oczy, myśli. Dobrze, że w domu nie siedzę. Na bank bym teraz sprawdzała, czy ten monitoring na stronie przedszkola działa. Właśnie, monitoring. Ciekawe czy to w ogóle by działało na smartphonie? Nie! Miałam nie świrować. Żadnego sprawdzania na telefonie. A'propos telefonu, dzwoni tu coś. O kurde, o kurde, mail z przedszkola!!! Coś jest nie tak? Dlaczego już piszą? Dlaczego nie zadzwonili? Aaa spoko, to tylko jakiś automatyczny mail z systemu. Co? Że pod tym linkiem działa monitoring? To może tak tylko zerknę jak to wygląda, skoro już napisali. Na momencik tylko... Działa! Ale fajnie. Jest Pierworodny! Bawi się. Nic mu nie jest. To zaraz wejdę do tego marketu, a teraz tylko tu, przed wejściem, chwilę na ławce posiedzę i popatrzę. Bawi się. Bawi się. Bawi się. O, bar otworzyli. Kawę poproszę. Bawi się. Słucham? Czarną. Bawi się. Słucham? Sypaną. Dziękuję. Bawi się. Bawi się. Kawa się skończyła? Już? Bawi się. Kurcze, za 15 minut trzeba będzie się zbierać, nie ma już sensu iść na zakupy. To posiedzę i popatrzę...

I tak minęła godzina i czterdzieści pięć minut. Pierworodny zachwycony. Mała awantura, bo owszem, on chętnie wyszedł z sali, ale tylko po to, by pokazać Matce, jakim fajnym samochodem się bawi, a nie żeby już wracać do domu. Jego wychowawczyni orzekła, że wszystko było w porządku - Matka nie dała po sobie poznać, że wie. Chodzenie w kapciach bardzo przypadło mu do gustu, więc sugeruje, że w domu też by chciał. Bo Matka wyrodna dziecku nigdy wcześniej kapci nie kupiła. Ku przerażeniu matki własnej. Na drugie śniadanie było jabłko. Soczku nie dali (a obiecywali). Tak, przyjdzie jutro znowu.

Fajne to przedszkole. I jakie bezpieczne. Fakt, wychodził wkurzony, że to już koniec, ale cały i zdrowy. Za to już znowu zadowolony, pod domem, gwizdnął się na chodniku i poharatał obie dłonie. I tak bolały go te ręce, że na własnych nogach iść nie mógł. A przestały boleć dopiero, gdy dostał od Babci nowe naklejki.

- Synku, a co było fajnego w przedszkolu? - Cóż, odpowiedź była do przewidzenia.

A jutro Matka musi przeżyć to samo. Tylko dłużej.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Przemówił!

W samą porę. Jutro pierwszy dzień przedszkola. 
Znikają obawy związane z trudnościami w porozumiewaniu się z Pierworodnym.

Taki progres, taki progres... Nikt Matce nie powie, że przedszkole to zło. Pierworodny dopiero co zapisany a już takie postępy. Na dwa dni przed rozpoczęciem przedszkolnej edukacji z wrażenia zaczął mówić.

Fakt faktem, choć Matka starała się zachować spokój i cierpliwość, jednak obawy i niepokój w niej narastały. No bo co z tym mówieniem Pierworodnego??? Przez ponad pół roku żadnego nowego słowa. W zasadzie rok temu używał więcej słów niż teraz. Uspokajające jest to, że doskonale rozumie, co się do niego mówi. Jednak dziwne, że zawsze unika odpowiedzi, kiedy nie da się odpowiedzieć "tak" lub "nie" albo "mama" czy "tata".

Nigdy, ale to nigdy, nie odpowiedział też na zdanie zaczynające się od "Powiedz...". 
Żadne "Powiedz mama.", "Powiedz kotek." czy "Powiedz auto." nie wchodziły w grę. Na "powiedz" po prostu się zacinał, udawał że nie słyszy albo zmieniał temat.

Aż tu nagle taki postęp, taki postęp...

Pierworodny nauczył się nowego słowa.
Powiedział je sam z siebie i od dwóch dni powtarza przy każdej nadarzającej się okazji. Ku początkowej uciesze rodziców i niesłabnącej radości własnej.
Cieszy go więc, gdy ktoś zapyta: "Jakiego słowa wczoraj się nauczyłeś?" albo "Co ty powiedziałeś?".
Można też pytać: "A co tu masz?", "A co to jest?", "Jak to się nazywa?".
Są też chwile, gdy można zapytać o cokolwiek, by usłyszeć słowo dnia. Jaka to litera? Jak masz na imię? Można nawet nie pytać o nic, by je usłyszeć. Można usłyszeć je w najróżniejszych kontekstach i wypowiadane na różne sposoby. Pierworodny ćwiczy przy jego pomocy swój aparat mowy, bada jego możliwości i zachwyca się nowo zdobytą umiejętnością. Entuzjazm nie gaśnie.

Syn Pierworodny umie powiedzieć:
pupa.

Nie ma co, zabłyśnie w tym przedszkolu.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Matka jest Rodzicem, wiedzieliście?

Dziś dotarło to do Matki. Dotarło, że to już. Stało się. Nie ma odwrotu.
Po blisko dwóch i pół roku uświadomiła sobie, że /uwaga, uwaga!/
jest RODZICEM.
Do tej pory była tylko mamą swojego syna - Matką Syna Pierworodnego. Zdawała sobie sprawę z pełnienia tej zaszczytnej roli, ale dziś dotarło do niej, że przecież jest RODZICEM.
Ro-dzi-cem.
A to niecodzienne oświecenie nastąpiło za sprawą tego, że dziś Matka była na ZEBRANIU DLA RODZICÓW. W przedszkolu.
Nagle dotarło do niej, że nie jest sobie po prostu mamą swojego syna, jest RODZICEM, jednym z setek, tysięcy, setek tysięcy...
Jest jednym z TYCH. Z tych starych, odpowiedzialnych i poważnych ludzi. Chodzących na zebrania i spotkania z wychowawcami swoich młodych, beztroskich i niepoważnych dzieci.

Przecież jakby to było wczoraj... ścierała Matka glanami chodnik pod szkołą, drepcząc nerwowo od zakrętu do zakrętu wzdłuż swojego liceum i zerkając co chwilę w stronę bramy, pod którą umówiona była ze swoją Matką i zastanawiając się z jaką ta wyjdzie miną opuszczając szkolne mury po wywiadówce. Krótko: czy wydadzą się te wszystkie wagary czy nie? Będzie się czepiać ocen z matmy czy odpuści? Z pierwszej miny można było odczytać wszystko.

W podstawówce było łatwiej. W podstawówce nie urywało się z lekcji. Przynajmniej do czasu 8. klasy. (Tak drogie dzieci, dawno, dawno temu nauka w szkole podstawowej trwała 8 lat, a Matka, jako ostatni rocznik, załapała się na ten system.) W podstawówce Matka Matki chodziła na wywiadówki głównie po to, by odbierać listy pochwalne i zaciskać zęby, słuchając wywodów "Cioci Kobry" - wychowawczyni Matki. Tylko raz, przez te wszystkie lata poszedł Ojciec Matki. Raz, ale zapamiętali go wszyscy i raczej odetchnęli, gdy nie pojawił się już więcej. Bo Ojcu Matki trudniej zaciska się zęby, gdy słyszy głupoty.

A w przedszkolu? Nie pamięta Matka czy za jej czasów w przedszkolach były zebrania i kto na nie chodził. Wie natomiast, że /uwaga, uwaga, bo nie uwierzycie/ z pierwszego przedszkola 3-letnią wówczas Matkę wyrzucono. Tak, dobrze przeczytaliście. Wyrzucono Matkę jako nie przejawiającą chęci do przystosowania się do panujących tam zasad i nie integrującą się z większością rówieśników. Tak to mniej więcej można ładnie ująć. W rzeczywistości przedszkole to było koszmarem, nie generującym żadnych miłych wspomnień. A tamtejszej wychowawczyni Matka boi się po dziś dzień i gdy kiedyś pokazała ją Ojcu Pierworodnego na ulicy to stwierdził, że się nie dziwi. Za to kolejne przedszkole było fajne, stworzyło wyłącznie fajne wspomnienia i, co ciekawe, żadnej z tych fajnych pań przedszkolanek Matka nie pamięta i na ulicy by nie rozpoznała.

A teraz to Matka była na zebraniu. Obciachu dziecku nie narobiła, bo siedziała cicho. Niczego nowego się nie dowiedziała. Poza tym, że w ramach dodatkowych zajęć Syn będzie miał w przedszkolu dogoterapię. Wrażenia to większego na Matce nie zrobiło, raczej pomyślała sobie, że może się zdarzyć tak, że to raczej pies będzie potrzebować terapii po zajęciach z Synem. Dogoterapia? W przedszkolu Kuzynki Pierworodnego dwuipółlatki uczą się grać na skrzypcach! To dopiero hipstersko brzmi.
- Kochanie, co dziś robiłeś w przedszkolu?
- Jadłem chlebek z dzemikiem i kakałko, bawiłem się z chłopakami, glałem "Wysły w pole kulki tsy" na stladivaliusie a potem lezakowałem.
Poza tym panie mają zamiar uczyć Pierworodnego angielskiego. A niech uczą. Matka wprawdzie miała nadzieję, że nauczą polskiego, ale lepszy rydz niż nic. 25 lat temu Matkę też uczyli w przedszkolu angielskiego i fakt, do teraz pamięta jak po angielsku liczy się do 10, jak brzmi po angielsku "książka" i jak "ziemniak". I jeszcze "rower" - bo pani od angielskiego była fanką zespołu Queen i namiętnie włączała przedszkolakom piosenkę "Bicycle race". A na przykład z tego, czego uczyli Matkę we wszystkich późniejszych latach, pamięta naprawdę niewiele więcej.

Za to po zebraniu uciekł Matce tramwaj. Ale tak bezczelnie. Motorniczy musiał widzieć jak Matka biegnie, jak przeskakuje przez tory, jak drałuje przez trawnik i musiał też widzieć, że dobiegła i wyciągnęła rękę, aby nacisnąć guzik otwierający drzwi - w tym momencie odjechał. I już, już miała pokazać mu "faka", skoro i tak ręka już wyciągnięta, gdy pomyślała: "A jak za mną stoją jacyś rodzice z tego zebrania? Głupio dać się poznać od razu z takiej strony". Rękę opuściła. Nikt za nią nie stał. Niedługo potem spotkała znajomego. Podwiózł ją do domu. Uznała, że to karma wynagrodziła ją za powściągliwość w rzucaniu "fakami".

Po powrocie do domu od progu usłyszała: "Tak chciałam dziś pochwalić tego TWOJEGO SYNA, ale..."
- Uuu, będzie ostro, skoro zniknął "mój wnusio" a pojawił się "twój syn" - pomyślała zdejmując buty, odkładając torebkę i przyjmując moc uścisków i uśmiechów od SWOJEGO SYNA.

sobota, 23 sierpnia 2014

Jestem stara. Ty też!

Jeśli chcecie uniknąć konfrontacji z własną metryką urodzenia, darujcie sobie czytanie tego tekstu. Ostrzegam, istnieje większa niż duża szansa, że po tym poście zdacie sobie sprawę z tego, ile właściwie macie lat i że jest ich niestety więcej niż Wam się wydawało.

Taka sytuacja.
Jak wiadomo, Ojciec Pierworodnego prowadzi firmę. W firmie, jak to w firmie, trochę ludzi pracuje. Są też tacy, co sobie od czasu do czasu dorabiają przy, nazwijmy to, pracach magazynowych. I tak właśnie w niektóre weekendy dorabia sobie córka jednej z pracownic. Córka - lat 18.

Magazyn. Weekend. Praca wre. Aby ją uprzyjemnić w tle leci muzyka. Losowo włączają się utwory z 25. płyt wydanych na 25-lecie Listy Przebojów Trójki. W związku z tym same przeboje i duża muzyczna różnorodność, czyli dla każdego coś miłego. Wśród obecnych 18-latka jest najmłodsza. W pewnym momencie zszokowana i jakby estetycznie zniesmaczona odzywa się:
- Oooborzeeee, coo too?
- Nie wiesz, co to za piosenka??? - niemniej zszokowany był Ojciec.
- Nie - odpowiedziało dziewczę zgodnie z prawdą.
- Przecież to "Orła cień".
- Aha - rzekła, nadal nie wiedząc z czym tę informację połączyć.
- Dzieciaku, matka cię przy tym rodziła! - dodał ze śmiechem Ojciec, szacując na chybił trafił tak i datę urodzenia, jak i rok wydania utworu.

I wiecie, co jest w tym najgorsze? Że nie pomylił się ani o rok. (I już nikomu nie było do śmiechu.)

A to znaczy, że na "pani" mówią Matce dzieciaki, które jednocześnie bez skrępowania (bo przecież już pełnoletnie) sępią fajkę. Że ktoś, kogo na świecie jeszcze nie było, a w najlepszym wypadku ochoczo walił w pieluchy, kiedy Matka spędzała wakacje, drąc się z koleżankami na huśtawce "słyszał ludzki szept, krzyczał, że wolność domem jest", teraz bezczelnie za jej plecami zalotnie kręci tyłkiem w bardziej niż krótkich spodenkach przed jej mężem.
Czujecie, o co chodzi? Ludzie, którzy mogą już głosować, legalnie pić wódkę, seks uprawiać, kupować papierosy, dzieci rodzić i wychowywać, hajtać się, dziary robić bez pozwolenia mamusi... nie znają piosenki "Orła cień"!
Strach pomyśleć o jak wielu rzeczach mogą jeszcze nie wiedzieć, jak wielu nie znać. Czy to w ogóle możliwe, że można być już dorosłą, nie wiedząc, że David Duchovny to nie "Californication" ale "Z archiwum X", nie bojąc się ani razu, oglądając w sobotni późny wieczór "Opowieści z krypty", nie wybierając, którą ze "Spajsetek" chciałoby się być, nie bawiąc się ani razu z kolegami z podwórka w "Drużynę A", nie emocjonując się ani razu tym czy Brenda i Dylan znów się zejdą, nie oglądając "Alfa", "Doogie Howser-lekarz medycyny" albo "Bill Cosbie Show", nie bijąc rekordów w Mario na Pegazusie, nie wiedząc co to takiego "Paszport Polsatu", nie zbierając kolorowych karteczek z notesików albo tazosów z chipsów, nie mając pojęcia o wojnie fanów The Kelly Family z fanami Backstreet Boys, nie spryskując się obficie dezodorantami Fa lub Impulse o zapachach coraz to dziwniejszych owoców albo nie podbierając matce perfum, by "pachnieć krzykiem z wykrzyknikiem", nie nosząc latem klapków w oczojebnym kolorze i koniecznie na wysokiej piankowej podeszwie albo wielkiego plastikowego zegarka, będącego bezczelną podróbą G-Shock Casio, nie podkochując się w detektywie z "Żaru tropików"?
Można już być dorosłą nie doświadczywszy tego wszystkiego???


Wpis zainspirowany przypadkowo włączonym na Polsacie koncertem "Polsat Sopot Festival" poświęconym latom '90. 

A tak naprawdę i w skrócie w tym wszystkim powyżej chodziło o to, że się Matce nostalgicznie i ciepło na sercu zrobiło, jak usłyszała Andrzeja Piasecznego śpiewającego "Imię deszczu" i zaraz każdy jeden plakat znad łóżka jej się przypomniał... 
A wkrótce potem dotarło, że za kilka lat, jak się Matce znów na sentymenty zbierze, Syn pewnie burknie pod nosem coś, czego lepiej żeby Matka nie usłyszała, przewracając przy tym oczami, jak i swego czasu Matka przewracała, gdy jej matka włączała płytę Piotra Szczepanika.

środa, 20 sierpnia 2014

Mamusia prawdę Ci powie

Wzięła się Matka za siebie. Jakiś kryzys wieku średniego czy inna franca przed 30-ką ją złapała, więc uznała Matka, że nie ma sensu dalej marudzić i maskować kompleksów głośnym dystansem do swojego fizis, tylko trzeba coś z tym zrobić.
Doszła też Matka do wniosku, że czas przestać się wygłupiać i dorosnąć (bo lada moment będzie trzeba dawać dobry przykład), czyli wreszcie musi przełamać PANICZNY lęk przed dentystą.
I jakimś cudem, jak pomyślała, tak zrobiła.

Tu następuje miejsce na pochwały dla Matki, na pogłaskanie jej po główce i powiedzenie, że jest dzielna. Przeżyła wizytę w zeszłym tygodniu, zapisała się na przyszły tydzień. Przeżyła też wizytę dzisiaj.

I w związku z tym, pisząc ten post, czuje właśnie Matka, jak puszcza z jej twarzy poranne znieczulenie. Bo jak się okazało, organizm Matki tak jest nieprzyzwyczajony do dentystycznego znieczulenia, że działa ono jakby nigdy nic przez 5 godzin. Nie zdając sobie z tego sprawy, dzisiejsze leczenie umówiła sobie Matka na tuż_przed_pracą.

A wczoraj wieczorem głośno wyraziła obawy z tym związane.
Siedzą sobie wszyscy na kanapie. Matka, Ojciec i zaczytana Matka Matki.
- Pamiętasz, że jutro do dentysty idę?
- Tak. Po południu? - dopytuje Ojciec.
- Właśnie nie, rano. I trochę się martwię jak ja w pracy będę wyglądać...
- ???
- No z takim KRZYWYM RYJEM.
- No wiesz... - Ojciec oburzył się matczynym doborem słownictwa.
- Nie ukrywajmy, ostatnio miałam KRZYWY RYJ.
Ojciec milczy. Na wszelki wypadek. Bo wiadomo, że w takiej sytuacji, cokolwiek powie, jako mąż może mieć przechlapane, a każde użyte słowo może być wykorzystane przeciwko niemu. Wybawiając go od odpowiedzi, ciszę przełamuje Matka Matki.
- No trochę miałaś krzywy - rzecze bez ogródek, nie przerywając czytania książki.
- Jak możesz?!? Przecież to Ty ją urodziłaś? - oburzył się na dobre Ojciec, który chyba wciąż ma złudzenia, co do ślepego zapatrzenia matek w swe dzieci aż po kres dni.
- Nooo - potwierdziła ten oczywisty fakt Teściowa, spoglądając znad okularów, po czym dodała - Ale wtedy jeszcze nie miała...

sobota, 16 sierpnia 2014

Idzie nowe

Stało się.

- Dzień dobry, chcielibyśmy oddać do Państwa dziecko - rzekł przejęty Ojciec Pierworodnego.
- Nie no bez przesady, do przedszkola tylko zapisać - poprawiła go zaraz Matka.

Od 1 września Syn Pierworodny będzie przedszkolakiem!
Decyzja podjęta naprędce, na ostatnią chwilę - no chyba, że poza Matką i Ojcem są tu jeszcze jacyś rodzice, którzy myślą o takich sprawach na dwa tygodnie przed rozpoczęciem roku? Po prawdzie to myśleli już kilka miesięcy wcześniej, ale wtedy wspólnie podjęli decyzję odmienną od aktualnej. Aktualną w zasadzie podjęła Matka - jako ta słabsza psychicznie, dla której dzielenie wychowania własnego dziecka z własną matką jest nazbyt frustrujące (choć nie był to jedyny rozważany argument, tylko jeden z wielu). A Ojciec na tę decyzję przystał. Choć po pierwszej wizycie w przedszkolu wyglądało to tak:
- I jak Ci się podobało? - pytała przy wyjściu podekscytowana Matka.
- Poza tym, że go tu nie oddam? - dopytał spokojnie Ojciec, mijając Matkę i opuszczając budynek.
- Jak to nie oddasz?! - popędziła za nim zdenerwowana Matka.
- Zwolnię się z pracy i będę z nim w domu siedział! - "Aaaa, takie buty", uspokoiła się Matka, że to wyłącznie ojcowski lęk o maleńkiego syneczka a nie zastrzeżenia do samej placówki i odpowiedziała:
- Taa jasne. A poza tym to jak Ci się podobało?
- A poza tym to bardzo fajnie - orzekł, nadal nie zdradzając emocji.

Czyli ustalone. Pierworodny będzie przedszkolakiem. Tylko jeszcze przed ostatecznym podpisaniem umowy z placówką muszą wypełnić ankietę. Na razie jedynie ją przeczytali i stwierdziła Matka, że chyba trzeba będzie razem z Ojcem się napić. Bo czeka ich pierwsza poważna rozmowa na temat wspólnych celów wychowawczych. Do tej pory jakoś szło, człowiek się martwił, żeby dziecko posiłek zjadło, (w miarę) czyste chodziło, zabawek nie wyrzucało przez okno, języka obcym nie wytykało i o ludzkiej porze spać poszło. I raczej zgodnymi rodzicami w tych kwestiach Matka z Ojcem byli. Aż tu nagle... Przedszkole pisemnie ich pyta: "Jakie wartości chcą Państwo wpoić dziecku?". Łolaboga!!! I tylko jedną linijkę na to dali, więc się trzeba będzie poważnie zastanowić.
Ojciec już rozmyśla: "cynizm, cwaniactwo... a to dopiero przy literce Ce jesteśmy..."
Zresztą Matka ma problem z odpowiedzią na większość pytań. A myślała , że swoje dziecko zna jak nikt inny.
"Czy umie sobie radzić w relacjach z rówieśnikami?" - Przecież po to idzie do przedszkola, żeby się tego nauczyć. Trudno nazwać relacjami z rówieśnikami krótkie przypadkowe spotkania w piaskownicy, pociągu czy w kolejce w sklepie. Ale tak, jest lubiany przez dzieci, nie jojczy, nie marudzi, gdy ma się z kimś bawić, lubi dzieci i lubi z nimi przebywać. Wolałaby Matka, żeby trochę bardziej walczył o swoje, bo oddałby dzieciom wszystko, co posiada. Ale póki co nie przeżył jeszcze z tego powodu żadnego rozczarowania, więc nikt nie traktuje tej postawy jako problemu.
"Czy wychowywane jest bezstresowo?" - W sensie, że dziecko. No bez jaj. Na studiach uczono Matkę, że nie ma czegoś takiego jak bezstresowe wychowanie. A jak Matka stronę internetową przedszkola przeglądała, to jej wyszło, że często wspominana "wysoko wykwalifikowana kadra nauczycielska" to przynajmniej w połowie absolwenci tej samej szkoły, do której Matka z Ojcem uczęszczali (co Ojca, jak mu o tym powiedziała, wybitnie nie uspokoiło). No to co odpowiedzieć na takie pytanie? Bo Matka kontaktów z przedszkolem nie chce od razu zaczynać od sarkazmu, poudaje jeszcze trochę.
"Czy wychowywane jest według zasad, reguł?" - A co im to da, że Matka napisze, że tak, skoro nie pytają jakich? A jeżeli Matka ma ustalone z Synem wyjątkowo durne zasady, choćby, że w czwartki chodzą ubrani cali na różowo, we wtorki śniadanie dostaje ten kto wygra konkurs plucia w dal, a w piątki podwieczorki jada się stojąc na jednej nodze, a na drzemkę nie wolno udać się dopóki nie zobaczy się kogoś w kapeluszu... No to jak zamierzają na to wpaść i sobie z Synem poradzić?
"Czy lubi zabawy w grupie?" - A dwoje dzieci to już grupa? Bo Matka nie pamięta, kiedy ostatnio, licząc razem z Synem, miała wokół siebie więcej niż dwoje jego rówieśników.
I jak się okazało Matka ma problem nawet z tymi, wydawało by się, banalnymi pytaniami.
"Czy dziecko lubi spać po obiedzie?" - Generalnie to Syn od roku prawie nie sypia w ciągu dnia. Ale jeśli już to lubi sobie pospać zamiast obiadu. Jak dzisiaj na przykład.
I jakoś tak w każdej rubryce, jak na oko Matki, za mało miejsca jej dali. Bo Matka, nie dość, że pisać lubi, to zawsze ma do dopisania jakieś "ale".
"Czego nie lubi jeść?" - Mięsa, ALE mielone zjada, żółtego sera, ALE roztopiony może być, mleka, ALE z musli to zje itd. itd.
I skoro poza tym jest jeszcze pytanie "Co lubi jeść?" i pytanie o alergeny pokarmowe, to co Matka ma wpisać w rubryce "Czy je wszystko?"... Wegetarianami nie są, religijnych ograniczeń nie mają, z żarcia piasku w piaskownicy Syn już wyrósł... To może Matka wpisać, że nie życzy sobie glutaminianu sodu, cukru wanilinowego i innych takich? Ktoś to w ogóle w przedszkolnej stołówce weźmie na poważnie?

Ech, jedna ankieta, a tyle problemów...
A 28 sierpnia Matka na pierwsze zebranie idzie. Już się Ojciec wymigał z danego przyrzeczenia, nim jeszcze zdążyła Matka oponować i stwierdził, że skoro on bierze na siebie szkołę to Matce przedszkole zostaje.

***

A wczoraj Matka okno umyła. Ktoś pomyśli: "w święto?". Nic to, że w święto - zachciało jej się to od razu umyła, nie wiadomo kiedy znów jej się zachce - ale chodzi o to, że w deszczu myła. Ktoś pomyśli: "nienormalna?". Nie - zdroworozsądkowa. Bo stwierdziła Matka, że jak umyje to i tak następnego dnia będzie padać, więc co za różnica?
I co? I dziś padało. Oczywiście.

A jak pada to co?
A jak pada to dzieciom odwala.
Więc jak się Matce znowu zachce myć okna to sobie usiądzie. I poczeka aż jej przejdzie. Bo ją Pierworodny dziś wkurzał. Oj wkurzał. A skoro ten typ tak ma, że między ludźmi potrafi się nie najgorzej zachowywać, to go jutro Matka postanowiła między ludzi zabrać W tym między ludzi z jego kategorii wiekowej, to sobie Matka sprawdzi przy okazji czy lubi bawić się w grupie i jak sobie radzi w kontaktach z rówieśnikami. Pociągiem go Matka zabiera, mając aż trzy opcje przejazdu do wyboru. Z tym, że nie liczy, żeby im się udało na ten pierwszy zdążyć. Zostają dwa. I jak Syn wstanie w nastroju wkurzającym to się z nim Matka wpakuje w ten, co jedzie ponad dwie godziny zamiast półtorej i ma dwie przesiadki zamiast jednej, ale za to wyjeżdża wcześniej o 40 minut. A 40 minut z wkurzającym dwulatkiem w domu to jak doba w pokoju bez klamek.

To tyle na dziś.