poniedziałek, 25 maja 2015

Tak to sobie wyobrażam...



Ta wizja powstaje już w trakcie ciąży. A właściwie to nie, ona powstaje już wtedy, gdy pomyśli się: "Kiedyś, gdy będę mieć dzieci...". Ale to w czasie ciąży wyobraźnia szaleje, idealistycznie patrzy się w przyszłość i optymistycznie projektuje, jak to będzie rok po roku. Ta wizja wraca, gdy po raz kolejny z rozpaczą myśli się: "Przecież to nie tak miało być!".
Fakt, na porodówce nikomu to nie przychodzi do głowy, ważniejsze są sprawy. Ale później już tak... Wraca do planu na przyszłość, jako wyczekiwana nagroda, jako złoty medal, puchar, podium i wielki czek z "Milionerów" - fejm, poklask i owacje na stojąco.
Ta wizja rozwija się, gdy ono pierwszy raz powie "mama", nie odstępuje już na krok, gdy nauczy się pierwszego wierszyka.
Kiedy zapisuje się je do przedszkola, można oszukiwać siebie i innych, że celem jest powrót do aktywności zawodowej, kontakt dziecka z rówieśnikami, nauka funkcjonowania w grupie, socjalizacja i rozwój na wielu płaszczyznach, czy choćby po prostu święty spokój. Ale tak naprawdę w głowie ma się przede wszystkim wizję TEGO JEDNEGO.

Potem dziecko pójdzie do szkoły. Będą też inne okazje, kolejne, może nawet ważniejsze. Ale TO zostanie w pamięci! Będzie dawało ukojenie, gdy gówniarz przyniesie kolejną w tygodniu uwagę w dzienniczku. Gdy w gimnazjum przyjdzie do domu pierwszy raz po piwku. Gdy w liceum pierwszy raz wyjedzie z dziewczyną pod namiot. I zawsze będzie się wydawało, jakby TO było wczoraj.
A na ślubie? Czy ktoś naprawdę myśli, że matki na ślubach swoich dzieci płaczą ze szczęścia? No chyba, że za tym minionym:

"Jak to możliwe, że ta flądra zabrała mi mojego syneczka? Przecież dopiero co patrzyłam na niego podczas 
PIERWSZEGO PRZEDSZKOLNEGO PRZEDSTAWIENIA Z OKAZJI DNIA MATKI!"


Przedstawienie z okazji Dnia Matki to nie przelewki. To coś na co się czeka bardziej niż na wizytę Świętego Mikołaja, bardziej niż na przesyłkę z zmówionymi szpilkami od Manolo Blahnica przecenionymi o 80%, bardziej niż na romantyczny weekend w Paryżu, bardziej niż czekało się na własną "osiemnastkę", bardziej niż na wyniki matury, bardziej niż na wynik testu ciążowego, wreszcie bardziej niż na poród.

W końcu nadchodzi ten dzień. I wiesz, że Twoje dziecko jest najlepsze. Że pozostałe wypadają przy nim blado i co najwyżej mogą mu kleić rzepy w kapciach. Wiesz, że to właśnie Twoje jest najbardziej urocze, najbardziej rozkoszne, ma największy talent.
I co z tego, że nie powiedziało ani be, ani me. I że przy piosence nie pamiętało kiedy podnieść rączki, a kiedy się obrócić. Ale jak ono stało! Jak stało! Uroczo. Talent, prawdziwy talent. Po mamusi.
I co te baby wokół tak płaczą? Też coś, jakby miały powód. Ty płaczesz, bo naprawdę masz powód do wzruszeń. Ale one? No chyba, że też patrzą na Twoje dziecko. Wtedy to zrozumiałe...

I ta godzina w przedszkolu zostanie już z Tobą na zawsze.

Tak właśnie to sobie wyobrażam. Jakem Matka Wyluzuj!


piątek, 22 maja 2015

Miłości nie kupisz. Lody czekoladowe na szczęście już tak.

czyli DIALOGI ZEBRANE : Matka i Ojciec kontra zakupy 
(rozmowy spisane na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy)


*
- Ej, powiedz mi, ale tak szczerze... - zaczęła poważnie Matka, bo i sprawa była poważna.
- Nooo? - Ojciec chyba się wystraszył.
- Te dwa lody, które wczoraj kupiłeś, to dla każdego po jednym, czy może oba dla mnie?
- A co? Oba już zjadłaś? - Bardziej stwierdził niż zapytał.
- Nie! - oburzyła się Matka
- Oba dla Ciebie - powiedział uspokajająco.
- Uff.
- Zjadłaś już oba!!! - Był przekonany.
- Nie!!! - oburzyła się jeszcze bardziej. Po czym, już spokojniej, wyjaśniła: - Ale planuję. Dlatego pytam.

Zabrała się Matka za rozpakowywanie z folii cudownie apetycznego loda na patyku, grubo oblanego czekoladą i migdałami... Mmm...
- Co Tobie? - spytała, jednocześnie nadgryzając czekoladkę.
- Nic, wzruszyłem się.
- Że jednak zapytałam?
- W sumie tak...
- Miłość... - stwierdziła z rozmarzeniem.
- Jeszcze ze dwa lata temu zeżarłabyś sama, a potem cichaczem odkupiła.
- Widzisz, ta miłość dojrzewa...


*
Początek grudnia.

- Masz. Grzeczna byłam - poinformowała Matka Ojca, wkładając mu do kieszeni kurtki, którą miał na sobie malutkie czerwone pudełeczko. - 6 grudnia masz mi to włożyć do buta.
Ojciec spojrzał pytająco.
- Kolczyki mi kupiłeś.
- Aha, dzięki.

Chwilę później. W biurze.
- To tu do szafki je na razie schowam, dobra?
- Dobra, tylko tak, żebym nie znalazła.

Mimo wszystko do końca nie było pewności, że Ojciec nie zapomni o Mikołajkach.


*
- Ooo, widziałem, że nowy tusz do rzęs sobie kupiłaś...
"Cholera!" - pomyślała Matka, przypominając sobie, jak rano, już spóźniona do pracy, pomyślała, że nie zdąży wyrzucić kartonika i zostawiła go na półce pod lustrem w łazience.
- No kupiłam. I co? - spytała podejrzliwie, bo niby skąd to nagłe zainteresowanie.
- A ile kosztował?
"Teraz to już przegiął! Co on tak nagle? Czy on w ogóle wie, ile kosztują tusze do rzęs? Czy on się orientuje, ile kosztują tusze TEJ firmy? Prawdopodobnie nie i niech lepiej tak zostanie... Kurczę, czy to możliwe, że się kapnął, że tydzień wcześniej kupiłam podkład, korektor i róż? Ee, pewnie nawet nie wie co to korektor..."
- Yyy, ale wiesz... promocja była. Za pół ceny.
- To ile?
"Twardy zawodnik!"
- Noo... trzyyydzieeeściii... - Grała Matka na zwłokę, zastanawiając się czy tak to zostawić, zaokrąglając w dół (mocno w dół), czy może dodać enigmatyczne "z groszami", czy jednak uczciwie powiedzieć prawdę.
Ale Ojcu tyle wystarczyło. Wyraźnie chciał usłyszeć taką mniej więcej kwotę.
- Aha. To fajnie. Wiesz, płytę kupiłem w Empiku - wypalił od razu.
- Co? - "Skubany, moja taktyka!"
- Musiałem.
- Musiałeś?
- Ale ze zniżką 10-złotową. Więc też wyszło TYLKO 36 zł.
"Jasny gwint, nie miał ze mną łatwo, póki sam się nie nauczył..."

Ostatecznie wszyscy zadowoleni. Ojciec może wpatrywać się w boskie spojrzenie Matki. A Matka i tak ucieszyła się z płyty. W końcu to Ciechowski.


czwartek, 14 maja 2015

10 rzeczy, których lepiej nie wiedzieć o Matce Wyluzuj!



Można mieć kompleksy. Można się wstydzić, ukrywać. Można oszukiwać siebie i innych. Udawać, że tego nie ma i nie było. Można latami płacić za terapię u psychoanalityka. A można czasem po prostu śmiać się z siebie i stworzyć z tego post na blog.

10 rzeczy, których wcale nie chcecie wiedzieć o Matce. 
Czytacie na własną odpowiedzialność.

1.
Matka ogląda "Warsaw Shore". Z Ojcem. Na swoją obronę napisze tylko, że to on ją w to wciągnął, choć oczywiście to jej nie usprawiedliwia. Przez cały pierwszy włączony przez niego odcinek psioczyła, że co to, do cholery, ma być, jak on może, że chyba sobie jaja robi itd. Drugi odcinek już oglądała z nim. Na trzeci wołała: "No chodź, zaczyna się!". I oglądają tak razem już trzeci sezon. Do tego stopnia, że włączają nawet powtórki.
Tłumaczą sobie, że dzięki temu mniej dziwią się światu. Że powodem jest ta sama ciekawość, która innym nie pozwala się oderwać od filmu przyrodniczego z aksamitnym głosem Krystyny Czubówny. Że dzięki temu ludzkość nie jest w stanie już niczym ich zaskoczyć.
Na ogół, ze wstydu, nie mówią o tym głośno i nie chwalą się w towarzystwie. Jednak niewątpliwie ma to wpływ na ich codzienne funkcjonowanie... Ot, taka przykładowa rozmowa:

- Co te ptaki tak śpiewają? - rzuciła Matka retorycznie w przestrzeń pokoju. Zastanawiały ją bowiem nieustające trele za oknem mimo godziny 23:00.
Ojciec odpowiedział jej skandując, z poważnym wyrazem twarzy  i wybijając w powietrzu rytm zaciśniętą pięścią:
- Kto ma siłę, kto ma moc, zapier**la całą noc!

Czyli, że już nie jest dobrze.

2.
Matka Wyluzuj! to klasyczna szkolna noga z w-fu. Typ ciapy, co to do żadnego sportu po prostu się nie garnie. Zawsze nieźle radziła sobie z bieganiem, jakoś tam w miarę z koszykówką, ale już skok przez kozła czy rzut piłką lekarską były prawdziwą zmorą. Stania na głowie nawet się nie podejmowała. Stanie na rękach? Koszmar! A siatkówki zwyczajnie nie znosi. I może dlatego nigdy nie nauczyła się serwować z góry.
W przypadku Matki zapał do wszelkiego sportu znika tak nagle jak się pojawia i zwykle nie trwa nawet na tyle długo, by mogła przypomnieć sobie, gdzie upchnęła adidasy.

3.
Matka nie potrafi ugotować rosołu. Tym bardziej to dziwne, że uważa się za całkiem niezłą kucharkę. A przynajmniej nie najgorszą. I w dodatku bardzo lubi rosół jeść. Ale jak ma ugotować, nie pamięta nigdy czy to miało być mięso do zimnej czy do gorącej wody. A warzywa kiedy? Solić na początku, w trakcie czy na końcu? I właściwie jakie mięso najlepsze? I tak średnio raz na 2 lata, w przypływie natchnienia, zabiera się Matka za gotowanie rosołu - rozkłada 10 książek kucharskich, odpala 15 stron internetowych o kulinariach i tworzy. Rosół wychodzi genialny, ale i tak Matka nie jest w stanie odtworzyć tego, co zrobiła - za dużo natłoku informacji z książek i internetu połączonego z improwizacją. Być może taki dobry wychodzi od nieodrywania od niego zestresowanego wzroku przez cały czas gotowania. Raz Matka nie patrzyła i nadawał się tylko do spuszczenia w toalecie.

4.
Matka bardzo słabo tańczy. Nie, że wcale, bo tak pohycać bez trzymania się za rączki potrafi, a na koncertach pierwsza jest do skakania. Z poczuciem rytmu też nie ma problemu. Ale zupełnie nie umie dać się poprowadzić. Gdyby była celebrytką zaproszoną do "Tańca z gwiazdami", zaszłaby pewnie do samego finału, tylko dlatego żeby było śmiesznie.

5.
Matka kompletnie nie rozumie takich dziedzin nauki jak chemia i fizyka. Zasady fizyki są dla niej nie do ogarnięcia, a chemia niczym czarna magia. Czytając definicję teoretycznie potrafi ją zrozumieć, ale na dłużej zapamiętać czy po czasie znaleźć zastosowanie albo przykłady w życiu już nie. Jeśli chodzi o chemię można wcisnąć Matce każdą ciemnotę - nie skuma ni w ząb, a jedyny wzór chemiczny jaki pamięta to "ha-dwa-o" (i choć wie, że H to wodór, a O to tlen, dla niej nic już więcej z tego nie wynika). A w te atomy to z kolei tak nie do końca wierzy...

6.
Matka bardzo długo nie umiała jeździć na rowerze. Nauczyła się dopiero mając jakieś 9-10 lat. Nigdy szczególnie nie polubiła. Podziwia, zazdrości, rozumie ideę, nawet widzi siebie na takim pastelowym modelu (holenderka to się chyba nazywa), z kolorowym dzwonkiem, z koszyczkiem z przodu wypełnionym kwiatami, już czuje ten wiatr we włosach i muszki na zębach... Ale wszystko o kant dupy strzelić, jak ma wjechać pod pierwszą górkę.

7.
Matka w swoim życiu miała czas, kiedy zachwycona była książkami Paulo Coelho. Na swoją obronę doda, że było to w czasach, gdy była jeszcze nieletnia, czyli prawie pół życia temu. I nie wszystkimi tytułami. Ale fakt pozostanie faktem, że "Alchemika" połknęła w jedną noc. Kilka lat później, gdy chciała sobie przypomnieć tę książkę, zastanawiała się, jak dała radę tego dokonać.

8.
Matka wszystkie ubrania, ręczniki i pościele składa według systemu. Nie chroni jej to od bałaganu w szafach, których ma niedostatek. A mimo to nie spocznie, póki nie poskłada gaci w kosteczkę.

9.
Matka, jeszcze kilka lat temu, gdyby istniało już wtedy takie pojęcie, mogłaby być nazywana "grammar nazi". Nie poprawiała ludzi w internecie, ale nie potrafiła zignorować tego, że ktoś ze znajomych "nie lubiał czegoś", "robił coś ręcami", "włanczał" itd. Coraz częściej dostrzegając, jak poprawiani przez Matkę rozmówcy, zniecierpliwieni przewracają oczami, zdała sobie sprawę, że lepiej będzie zmienić własne podejście niż cudze. Nadal boli wszystko w środku i doznaje Matka takiego uczucia, jakie wielu osobom towarzyszy przy dźwięku piszczenia kredy o tablicę, kiedy na przykład chcąc zwrócić uwagę kobiety, woła ktoś "proszę panią", czytając datę, mówi "czternasty maj" albo pyta "co tu pisze?". Jednak nauczyła się milczeć w takich chwilach. Życie stało się łatwiejsze, gdy wyluzowała chociaż w tej kwestii. To, co pewnie już nigdy się nie zmieni to stosunek do mężczyzn, którzy mówią "poszłem" - nie wiem jak można to zgrabnie ująć - po prostu o żadnym stosunku mowy nie ma.

10.
Matka, siedząc na fotelu u fryzjera, nie może pozbyć się jednej, obsesyjnej myśli. Choćby na moment, ale to zawsze wraca. Choćby była pewna na 100% i tak przemknie jej to przez głowę.  "Czy na pewno mam czyste uszy?"


A czego lepiej nie wiedzieć o Was? Nie wstydźcie się. Przecież tu sami swoi.


wtorek, 12 maja 2015

Ratujmy zabytki!


fot. 

- Co ty tak ziewasz? - spytał Ojciec o 6:30 rano w dniu 30. urodzin Matki. Tego akurat dnia Syn Pierworodny zarządził pobudkę przed czasem.
- Późno poszłam wczoraj spać - odpowiedziała półprzytomnie Matka, zalegając na kanapie, ponownie ziewając i jednocześnie licząc czy spała cztery i pół godziny czy jednak pięć. Bo Matka, jak to kobieta, potrafi robić kilka rzeczy na raz. Z obliczeń wyszło, że tych godzin było bliżej pięciu. Cóż, cztery i pół brzmiałoby bardziej heroicznie.
- To co ty robiłaś?
- Stwierdziłam, że zrobię jeszcze na ostatku, co w mojej mocy. Pomalowałam paznokcie u dłoni i stóp, ogoliłam nogi... Takie tam. Wiesz, taka akcja pt.: "Ratujmy co się da".
Ojciec przewrócił oczami. Matka postanowiła potraktować to jako zawoalowany (fakt, że dość mocno) komplement.

I będąc właśnie w takim stanie ducha, myśląc że choć magiczna granica wieku została bezpowrotnie przekroczona, należałoby jednak nie poddawać się bez walki i coś jeszcze ze sobą zrobić, trafiła Matka na portal zajmujący się czymś, co brzmi niezwykle abstrakcyjnie - turystyką medyczną. Matka, która nie jest w stanie określić z której strony ma wątrobę, gdzie śledzionę, woreczek żółciowy ani nawet żołądek, wciągnęła się w czytanie artykułów na temat najróżniejszych zabiegów medycznych. Przepadła na kilka dni. Czego to sobie ludzie nie powiększają? Jasny gwint! Kto by pomyślał, że piersi można powiększyć na tyle sposobów? Czego to sobie wszczepić nie można? A skąd nie odessać i gdzie nie wstrzyknąć własnego tłuszczu? No ludzie kochani!

Czytając, choćby chciała, nie mogła ominąć tematu, który jej dotyczy. Jeden artykuł można zignorować, ale kolejne kłują w oczy coraz bardziej. Cóż, zaraz dowiecie się czegoś, co może Was zszokować. Być może nie uwierzycie, ale... Matka nie jest doskonała.

Tak, to prawda. Nie jest doskonałą - nie potrafi zrobić szpagatu, ma kłopoty z interpunkcją, nie do końca wie, co to jest logarytm i w dodatku ma niezbyt proste zęby. No niech będzie, zupełnie nie wie, co to jest logarytm, a zęby to ma krzywe po prostu. I w związku z tym ostatnim od lat myśli o założeniu stałego aparatu ortodontycznego. Do tej pory na myśleniu się kończyło. Niby było to postanowieniem na zeszły rok, ale wiadomo, jak to z tymi postanowieniami jest. Jak niewykorzystane minuty w abonamencie, przeszło na kolejny rok. I nagle, nie wiedzieć kiedy, zrobił się maj, a w kwestii aparatu nic się nie posunęło.

Tymczasem natrafiła Matka na kilka artykułów, które rozjaśniły jej umysł i pozbawiły paru wyjątkowo makabrycznych wizji. Czy ktoś pamięta film "Kochany urwis" i postać szalonego ortodonty, który wszystkim zakładał aparaty na całą głowę, niczym kaski, bardziej przerażające niż maska Hannibala Lectera? Bo tak właśnie, jak efekt wizji niezrównoważonego stomatologa, wyobrażała sobie Matka swoje odbicie w lustrze podczas pierwszego uśmiechu z aparatem na zębach. O ile coś jeszcze zdołałoby ją rozśmieszyć. I że jak to? W jej wieku w paszczy takie bajery jak u nastolatki? To nie będzie komiczne? I do złotych kolczyków nijak się nie komponuje... Aż tu nagle, dowiaduje się Matka, że stalowy uśmiech i oślepiający błysk metalu nie są wcale nieodłącznymi elementami leczenia ortodontycznego. Podobno są takie cuda, jak aparaty ortodontyczne lingwalne, czyli zakładane po wewnętrznej stronie zębów (a tam to akurat mało kto komu zagląda), a nawet przezroczyste nakładki na zęby, które aparatu w ogóle nie przypominają i są niemal niewidoczne, a swoją robotę odwalają.

Pomyślała więc Matka, że jak napisze na blogu, bądź co bądź publicznie, że zamierza sprawę z aparatem załatwić, a przynajmniej ruszyć ją z miejsca, to ktoś z Was być może poczuje się w obowiązku, by ją w tym przypilnować. A nuż ktoś z czytelników ma w sobie duszę coacha, która aż się rwie do przemów motywacyjnych, ustawiania do pionu i dawania lizaków w nagrodę?

Niestety, czytając o niewidocznych aparatach lingwalnych, nie sposób przeoczyć, że są droższe od tradycyjnych. Czyli tu jest pies pogrzebany. Z kolei przezroczyste nakładki... hmm, jednak brzmi to zbyt pięknie - musi być jakiś haczyk.

A może ktoś z Was ma doświadczenie z aparatami, którymi nie wzbudzi się grozy i histerycznego płaczu, uśmiechając się na przedszkolnym korytarzu? Mile widziane wszystkie cenne informacje. Zacząć możecie od słów: "Wcale nie jest tak strasznie, jak Ci się wydaje...". Dodajcie szczere: "to nic a nic nie boli", a w podskokach pobiegnie Matka do najbliższego gabinetu ortodontycznego.



Post powstał w ramach współpracy z Tourmedica.pl

piątek, 8 maja 2015

Syn Pierworodny wierszem i prozą mówi


Cóż za przeoczenie. Niewybaczalne!
Przeglądając swoje notatki oraz posty w komputerze, które właściwie zostały już skazane na odmęty wiecznych "wersji roboczych", trafiła Matka na spisane przeróżne rozmowy z Synem Pierworodnym. ZE STYCZNIA. Jakże mogła tak o nich zapomnieć? No jak? Przecież to kwintesencja sposobu komunikowania się Pierworodnego.
Od tamtej pory, choć przybyło w codziennym użyciu kilkanaście nowych słów, niewiele się zmieniło - życie z Synem pod jednym dachem to jak wieczne kalambury. Dochodzi czasem do tak absurdalnych sytuacji, że aż się prosi, by rozejrzeć się na boki, czy nie wyskoczy skądś Piotr Gąsowski w roli prowadzącego ten teleturniej. I żeby chociaż ktoś Matce za poprawne odpowiedzi punkty przyznawał, wymienne choćby na hot-doga ze stacji benzynowej... Niestety, musi Matka obejść się smakiem czystej satysfakcji.

Choćby przedwczoraj - aby powiedzieć, co rysował w przedszkolu, zaczął Pierworodny chodzić na czworaka po podłodze, potem wspinać się na skrzynki z płytami winylowymi stojące pod ścianą w salonie, a na koniec biegać machając rękami. Prawda, że Matka osiągnęła już level master, skoro bez trudu odgadła, że chodzi o gąsienicę, która zawija się w kokon i zmienia w motyla? Dzieci w przedszkolu kolorowały motylki, a motyl Pierworodnego miał kolor "ciółci" i "zie" i "duzio" - proste, był zwyczajnie kolorowy: żółty, zielony i w wielu innych barwach.
Za coś takiego 10 punktów jak nic!

A w styczniu było tak.

* dla ułatwienia wyjaśnienie: JE-JE oznacza po prostu dwa (czyli jeden i jeden). Aktualnie w Słowniku Języka Pierworodnego otrzymało już swój, stosowany zamiennie, synonim, czyli gŁA (gdzie "g" jest prawie nieme)
* wszystko, co wytłuszczonym drukiem jest autorstwa Pierworodnego

***
Syn "nauczył się" pierwszego w swym życiu wierszyka. Matkę, która w czasach szkolnych obskakiwała wszelkie konkursy recytatorskie w powiecie, duma rozpiera do tej pory.

- Wpadła gruszka do...
- TUUU!!! - woła z entuzjazmem i pokazuje na wyimaginowany fartuszek na brzuchu
- A za gruszką...
- JE-JE.
- A śliweczka...
- NIEEE.
- Bo śliweczka...
- BE!

O proszę, jak Syn Pierworodny mówi wierszyk to nie ma to tamto - rym musi być!

***
Czyta Matka "Lokomotywę" Tuwima. Rzecz jasna, nie że tak sobie jako wieczorną lekturę przy kieliszeczku wina, tylko dziecku, w dzień, przed drzemką. Wtem, okazuje się, że Syn obrał rolę speca od efektów specjalnych.
Czyta Matka, czyta, właśnie doszła do fragmentu:
- "W siódmym dębowe stoły i szafy, w ósmym słoń...",
jak słyszy spod kołdry obleczonej w pościel z Zygzakiem McQueen'em
- TUU-RUU!!!
- "...niedźwiedź..."
- ŁAAAA!!!
- "...i dwie żyrafy."
- Je-je.

Ktoś wie jak robi żyrafa?

***
Siedzi Syn na krześle, coś tam sobie je i - ni z tego, ni z owego - mówi:
- Cicia.
- Co?
- Cicia!
- Synku, powiedziałeś "dzidzia"?
- Taa - potwierdził wyraźnie dumny z siebie.
- Ale gdzie ta dzidzia? - dopytywała Matka, nie dostrzegając kontekstu tej niespodziewanej wypowiedzi.
- Tam - odparł Pierworodny, pokazując jednocześnie na okno w kuchni i, jak się domyśliła Matka, widoczny za nim balkon sąsiadów.
- Tam mieszka dzidzia?
- Ta.
- A jak dzidzia ma na imię? - Matka sprytnie chciała iść za ciosem. Syn był sprytniejszy.
- Psss.
- Bzzz?
- Taa, psss - potwierdził Pierworodny, dla ułatwienia wskazując paluszkiem wyłączony telewizor.
<Myśl, Matka, myśl!>
- Jak pszczółka?
- Taa.
- Masz rację, dzidzia ma na imię Maja

1:0 dla Pierworodnego.
Kurtyna.

***
W swojej przedszkolnej grupie Pierworodny dopiero od niedawna  ma kilku kolegów, z którymi bawi się częściej niż z innymi dziećmi. Aby zaaklimatyzować się w przedszkolu potrzebował nieco więcej czasu niż jego rówieśnicy, długo funkcjonował jako outsider. Dlatego wyjątkowo ucieszyły Matkę pierwsze doniesienia wychowawczyni o wiążącej się nici porozumienia Syna z jednym z chłopców. Tak się składa, że chłopiec ma brata bliźniaka.

- Fajnie było dziś w przedszkolu?
- Taa.
- A Damian był?
- Ta. Je-je.
(czyt. "Tak, nawet dwóch").

Bardzo praktyczne rozwiązanie ze strony Pierworodnego. Skoro z nawiązywaniem znajomości jest tyle zachodu, lepiej od razu zdecydować się na 2w1. Zawsze większe prawdopodobieństwo, że chociaż jeden z Damianów przyjdzie do przedszkola i będzie z kim pojeździć autami.


poniedziałek, 4 maja 2015

Rysie nie zapominają



Zdążyła Matka 29 kwietnia wieczorem pomyśleć: "Uff, już tylko do jutra składanie PIT-ów. Może jak się skończy temat 'jednego procenta' to se morświny odpuszczą...". Bo, jakby to nie zabrzmiało, Matka czuje się prześladowana przez ginące gatunki.
Zaczęło się niewinnie, gdy ją ekolodzy zakręcili po całym dniu siedzenia w domu z półtorarocznym dzieckiem i wpuściła ich do mieszkania tylko dlatego, że byli dorośli i mówili więcej niż "mama" - jakoś tak wyszło, że w wyniku tego zapisała się do WWF.
Dali zniżkę do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Raz na jakiś czas przysłali broszurkę. I tyle.
Ale od kilku miesięcy Matka jednak czuje się coraz bardziej osaczona. Nie dość, że broszurki zwiększyły częstotliwość pojawiania się w skrzynce to w dodatku zbystrzał je Pierworodny. Wieczory zaczęły upływać na czytaniu na dobranoc ulotek o rysiach, morświnach, tygrysach... W pracy też coraz częściej zaczęło pojawiać się logo WWF. To akurat przypadek nie mający związku. Ale w końcu doszło do tego, że gdzie nie spojrzeć tam logo z pandą. Tu prośba o 1%, tam o przelew na foki...
Aż któregoś dnia, chyba w marcu...

dzyń! dzyń!

- Dzień dobry - powiedziała z entuzjazmem dziewczyna stojąca za drzwiami, która swym strojem nie budziła wątpliwości skąd przychodzi. Koszulka, identyfikator, teczka - wszystko z logo WWF.
- Nie, dziękuję - wystrzeliła jak z procy Matka zahartowana już w bojach, i której do dziś bywa wypominany przystojny wolontariusz sprzed ponad roku. Dodatkowo jeszcze miała "nerwa" po sytuacji sprzed kilku dni, kiedy do drzwi zadzwonił bezdomny - jak to zwykle bywa podszedł Matkę na litość, ogołociła dla niego lodówkę, oddając mu jogurt Pierworodnego, kabanosy Ojca, swoje ciastka i jeszcze świeczki, które dostała od Teściowej. A na koniec spotkała się z wyrzutem, że nie dołożyła złotóweczki na coś do posmarowania chleba.
Tym razem za progiem stała rozentuzjazmowana ekolożka, której na dźwięk matczynego "nie, dziękuję" mina zrzedła, zamieniając usta w klasyczną podkówkę i omal nie wyciskając łez z oczu. I wtedy padło to pytanie. Pytanie połączone z wyrazem twarzy zbitego szczeniaczka:

- Ale dlaczego? Nie lubi pani zwierzątek?

Na te słowa twarz Matki nabrała niekontrolowanego grymasu, którego zapewne nabrałaby twarz każdej dorosłej osoby, która od drugiego obcego, dorosłego człowieka usłyszała właśnie pytanie: "Nie lubi pan/-i ZWIERZĄTEK?".

- Powiedzmy, że już jestem do Was zapisana. I dlatego "nie" i "dziękuję". - Jak najszybciej starała się zakończyć tę rozmowę Matka.
Dziewczyna cała się rozpromieniała, a jej oblicze znów nabrało niezdrowego entuzjazmu.

- A więc jednak lubi pani zwierzątka!?!

- Yyy... to ja już dziękuję. - Wycofała się przerażona Matka, szybko zamykając za sobą drzwi. Kurczę, jakoś tego bezdomnego tak się nie bała.

W sumie to nie wina WWF, że się Matka zbytnio nie lubi zrzeszać i jednoczyć. Zapisała się to teraz ma. Bo do samej ekologii nie ma Matka uprzedzeń. Od lat segreguje śmieci, w biurze drze ryja, gdy ktoś kartki marnuje, dokarmia ptaki, ma odchyły na punkcie używania jednorazowych woreczków i zawsze ma w torebce jakąś reklamówkę na wszelki wypadek. I nawet żelazko kupiła, co to podobno jest eko i eco. A że Matka prawie nie prasuje to właściwie jest eko i eco do kwadratu.

Zdążyła więc ochłonąć po wizycie dziewczyny od zwierzątek i pomyśleć, że po PIT-ach pewnie już sobie odpuszczą, jak przyszedł SMS:

"Rysie, foki i morświny twierdzą, że dziś Twoje urodziny. Z tej okazji ślą życzenia zdrowia, szczęścia, powodzenia. Cała przyroda się raduje i z Tobą świętuje."

- Zaczynam się ich NAPRAWDĘ bać - stwierdziła Matka.
- Teraz to ja już też - złowrogo dodał Ojciec.

środa, 29 kwietnia 2015

Projekt: dziecko



Kiedy człowiek może dowiedzieć się czegoś fundamentalnego o swojej roli rodzica? Zwykle, kiedy się tego nie spodziewa. Skąd? Ni stąd, ni zowąd. Takie rewelacje spadają znienacka. Uwaga, jeśli trafią, mogą zrobić krzywdę. Temu na kogo spadły, a w skrajnych przypadkach, nawet temu, kto rewelacją zarzucił.
Matka na przykład wiedzę kluczową na temat swojego macierzyństwa (a rykoszetem także na temat ojcostwa swojego męża) posiadła na przedszkolnym korytarzu. A nie może być to rewelacja wyssana z palca, pic na wodę ani fotomontaż, gdyż uraczyła nią Matkę sama pani dyrektor przedszkola, jednocześnie ceniona i doświadczona pani psycholog.

Jak powszechnie wiadomo Syn Pierworodny jest małym freakiem. Ma swoje zajawki, dzikie pomysły, myśli nieuczesane w równym stopniu, co loki na głowie. Ma swoje najróżniejsze małe dziwactwa, które wprowadzają koloryt w ten świat w modnych od kilu sezonów odcieniach szarości. Matce zupełnie te jego cudactwa nie przeszkadzają. Pielęgnuje je wręcz. I coraz częściej czuje żal, gdy czas panowania któregoś się kończy, choć zwykle oznacza to, że nastało już nowe. Dba o nie Matka i pielęgnuje, bo wie jak nieubłaganie płyną lata i ani się obejrzy, a Syn nie będzie chciał już być uroczym oryginałem, ale wtapiać się w tłum rówieśników, buntujących się przeciw światu, systemowi i wszystkiemu, co rodzice uważają dla nich za najlepsze. Matce zaś każe nie robić siary - zapewne zwrot "robienie siary" już sam w sobie będzie wtedy siarą, archaizmem, skamieliną na miarę Matki i dinozaurów.
Ale na razie Syn ma głęboko w zakatarzony nosie, co kto o nim myśli, co powinien lubić, a czego nie, czym jako trzyletni chłopiec powinien się bawić, a czym nie, czym warto się interesować, a co jest bez znaczenia.

I tak na przykład 10 stycznia Pierworodny założył sobie na szyję zabawkowy stetoskop.
No co, no, założył to przecież zdejmie.
Nosił, bawił się nim. Albo i nie. Głównie tylko nosił. Zdjął. 10 kwietnia.

Jedyne, co udało się Matce i Ojcu przez te 3 miesiące, to po kilku pierwszych dniach przekonać Syna do zdejmowania słuchawek przed kąpielą. I to tyle. Do końca nie wyperswadowali dziecku pomysłu spania w tym ustrojstwie. W związku z tym Pierworodny ze stetoskopem na szyi spał, jadł, bawił się, chodził na spacery i do przedszkola (gdzie również nikomu się nie udało stetoskopu mu wyperswadować, w związku z czym spał z nim, jadł, bawił się, chodził na spacery...). Ojciec, odbierając Syna z placówki, wołał na wejściu: "Po pana doktora" i od razu każdy wiedział, które dziecko mu dostarczyć, podczas gdy Matce, posługującej się imieniem, choć niepowtarzającym się w grupie, próbowano już wcisnąć nie jej syna, "bo tacy podobni, że czasem się mylą".
I mniej więcej po jakichś 2 miesiącach trwania takiego status quo Matka dowiaduje się z ust pani psycholog a'propos słuchawek na szyi Syna: "My tu właśnie tak rozmawialiśmy, jak to rodzice projektują przyszłość swoim dzieciom...".
Mogła Matka powiedzieć prosto z mostu: "Co, kurwa?!", ale strach pomyśleć o czym wtedy kadra przedszkola by dywagowała, więc zamiast tego grzecznie zaczęła tłumaczyć. Że Pomysł ze stetoskopem jest autorstwa Pierworodnego, że zestaw małego lekarza dostał półtora roku wcześniej, kiedy panicznie bał się wszelkich badań, a czekała go wizyta u alergologa - zabawka miała go oswoić z lękową sytuacją. Nie oswoiła. Że ponad rok leżała niemal zapomniana, aż pewnego dnia Syn założył słuchawki i stwierdził, że w nich zostaje. Ot i już. Żaden przymus, żadna obowiązkowa zabawa w pogotowie, żadne kucie na blachę nazw poszczególnych mięśni po łacinie, nawet "Ostrego dyżuru" czy "Chirurgów" nie ogląda. I choć różne dziwne rzeczy zdarza się Matce czytać dziecku na dobranoc to do "Encyklopedii zdrowia" jeszcze nie doszli. Słuchawki założył, bo mu się spodobały. Dziewczynki zakładają korale, on założył stetoskop. Nie ma korali, a gdyby miał Matka też by nie protestowała, jedynie w kwestii spania w nich bardziej by walczyła.
Pani dyrektor posłuchała wyjaśnień Matki, nie kryjąc pobłażliwego uśmiechu pt.: "gadaj zdrów - ja wiem swoje", po czym zwróciła się do przechodzącej obok koleżanki: "Jak to rodzice projektują przyszłość swoim dzieciom...". Tym samym zamknęła w klamrę odbytą rozmowę. Matce nie chciało się już niczego dodawać.

Ale co teraz? Co jeżeli zostanie tym lekarzem? Wszystko wina Matki i Ojca. Bo przecież może on wcale nie chce. Nawet Matka nie wie czy chce. A jak on nie będzie szczęśliwym lekarzem? A jak on się zatnie tym skalpelem? A w tych szpitalach tyle zarazków... Zresztą, jak on by miał zostać chirurgiem, skoro Matce wciąż nie udaje się oduczyć go oblizywania noża? [#suchar]
Co więc w zamian? Tyle bawi się samochodami. Zabronić? Bo co jak zostanie kierowcą? Tyle się słyszy o tych wypadkach...
Przecież to takie mądre dziecko. Może niech lepiej nie bawi się w piaskownicy, bo jeszcze zostanie pomocnikiem murarza i nadźwiga się tych cegieł... Lepiej niech książki dźwiga.
Ale może jednak lepiej nie uczyć go czytać i pisać? Zawód pisarza taki niepewny...
Może lepiej nie uczyć go mycia naczyń? Jeszcze skończy w Anglii na zmywaku...
I niech za szybko nie biega. W tym sporcie to wiecznie jakieś kontuzje i sterydy.


Nie tak łatwo jest zaprojektować przyszłość swojemu dziecku!
Niech już Syn lepiej sam zdecyduje, czego pragnie i kim chce być. Matka ma wystarczająco dużo dylematów, rodzicielskich strapień, analiz wszelkich możliwych wychowawczych alternatyw i twardych orzechów do zgryzienia.

Z drugiej strony niech on się od orzechów trzyma z daleka! Alergię ma przecież.