czwartek, 3 września 2015

Jak Matka przeleciała się po Europie w tę i z powrotem



Nie jest tak, że Matka nie lubi albo boi się latać. Latanie jest spoko. Spoko są wygoda i zaoszczędzony czas.
Matka nie lubi lotnisk. Trochę za stracony czas. Gównie za tracone na nich nerwy.

Nie jest tak, że nie lubi podróżować. Lubi. Uwielbia. Problem w tym, że nie nadaje się na samodzielne wyprawy, ani na samodzielne nimi dowodzenie. Zdolności organizacyjne w kwestiach podróżniczych leżą u Matki na żenującym poziomie. Nie pomagają roztargnienie oraz spóźnialstwo. A swojego braku orientacji w terenie wstydzi się, a wręcz boi (po prostu czuje, że kiedyś wpędzi ją w poważne kłopoty).

Z Matką jest też tak, że mogłaby zawodowo pracować jako "pakowacz cudzych walizek". Tylko z własną ma problem. Znikają wszelkie zasady - giną pod stertą ciuchów, bo tych zawsze pakuje za dużo. Teoretycznie chce być gotowa na każdą ewentualność. W praktyce wygląda to tak, że wieczorami nie jest w stanie przygotować sobie ubrania na następny dzień, a co dopiero zdecydować, w czym będzie chodzić przez kolejny tydzień.

Tym razem, wybierając się z Synem Pierworodnym na 9 dni do Ojca Matki mieszkającego w Anglii, miało być łatwiej - celowo narzuciła sobie ograniczenie, nie wykupując nic ponad bezpłatny bagaż podręczny. W tanich liniach lotniczych oznacza to jedną niedużą torba o wyraźnie określonych dopuszczalnych wymiarach.
Nie byłaby Matka jednak sobą, gdyby miejsca w obu torbach, swojej i Syna, nie wykorzystała do ostatka. Kto by pomyślał, że kilka sukienek i 15 resoraków może tyle ważyć?

Ale nic to, bo waga bagażu okazała się najmniejszym zmartwieniem zestresowanej Matki.
Matki, która przywykła do tego, że bez przygód w środkach transportu publicznego nie rusza się z miasta. A co dopiero ruszyć z kraju...

Zaczęło się już na wejściu. Uspokajająco na Matkę działał fakt, że lotnisko w Gdańsku jest jej znajome. Parę razy w życiu latała, za każdym razem startując z innego, nieznanego lotniska, teraz miało być łatwiej. Tymczasem wysiadła z samochodu... O w pytę! Ale to rozbudowali! Lotnisko w Gdańsku okazało się jakieś 7 razy większe niż je pamiętała. Wprost proporcjonalnie zwiększa to prawdopodobieństwo, że coś nieoczekiwanego się wydarzy, a mnożąc to do kwadratu (jak metry kwadratowe), daje to 49 razy większe szanse na to, aby się zgubić. Taka matematyka fatalnego przeznaczenia.

Samospełniające się przepowiednie mają to do siebie, że same się spełniają. Toteż na początek znalazła się Matka w hali przylotów zamiast odlotów. I gdyby nie ogarnięcie Ojca Pierworodnego, który, jak na przykładnego ojca przystało, rodzinę odprowadzał i żegnał, pewnie stałaby tam po dziś dzień.

Później nieprzewidziane zdarzenia toczyły się już lawinowo. Najpierw Matka nie mogła dogadać się z panem z linii lotniczych. Choć to jeszcze po polsku było. Po czasie przyznaje, że wina mogła leżeć po obu stronach. Cały miesiąc przed wyjazdem Matka chorowała. Jedynym dokuczliwym objawem był kaszel, ale taki "że hej". Na dzień przed wylotem stwierdziła, że nie będzie się wygłupiać i poszła do lekarza. Przepisano antybiotyk. Ale w poczekalni przychodni spędziła tyle czasu, że zdążyła podłapać w gratisie coś, co jej własną zarazę zmutowało, wzbogacając o wysoką temperaturę. I może przez tę gorączkę właśnie najpierw nie mogła Matka się dogadać, a gdy już wreszcie się udało to i tak schrzaniła, kierując się schodami w górę, zamiast w dół, jak miała przykazane.

Ale najpierw była kontrola bezpieczeństwa. Najbardziej stresujący Matkę moment.
Teraz macie czas na wizualizację sytuacji:
1 lotnisko + 1 wielki tłum ludzi + 1 zestresowana Matka + 2 ciężkie torby, które musi przepuścić przez skanery, bramki, czy co to tam jest, pamiętając o wyjęciu tego, co wymagane, by wyjąć + pierdyliard taśm wyznaczających zagmatwaną trasę kolejki, w której powinna stać + 1 rozbiegany Syn, którego nie sposób upilnować i dla którego owe taśmy, pod którymi swobodnie przechodzi, to istny park rozrywki  + nagle, ni stąd ni zowąd, 1 koleżanka Syna z przedszkola, którą właśnie spotkał. Koleżanka z rodziną, w przeciwieństwie do Pierworodnego, miała jeszcze dużo czasu do odlotu, pożegnania były więc wesołe i czułe, aczkolwiek mocno poganiane przez Matkę.

I w tym momencie przydarzyły się wspominane schody. Schody jak schody. Ruchome. W górę i dół. Tylko, że Matka w nerwach nie widziała tych w dół (do teraz nie jest pewna czy tam były), a że miała nimi jechać przypomniała sobie znacznie później (po czasie jednak już niczego nie jest pewna). Na szczęście na górze było przejście dla pasażerów jej lotu, po prostu więcej musiała się nabiegać z tymi torbami i nazbyt energicznym jak na panujące warunki Synem. Na nieszczęście na ruchomych schodach Syn się przewrócił. Nogi mu się rozjechały na dwóch różnych stopniach. A Matka z torbami. A za Matką tłum ludzi. To się Syn przejechał na leżąco. W ostatniej chwili udało się go postawić do pionu, nim się gdzieś wkręcił, paraliżując ruch i utykając na dobre.

Potem było tylko weselej. Ponownie spotkał Syn koleżankę. Tę samą. Zwyczajowe pożegnania i poganianie. Później ma Matka białe plamy w pamięci. Wie tylko, że jakoś dostali się do kontroli paszportowej. Zapewne każdą napotkaną osobę pytając o drogę i czepiając się tych, którzy udawali się na ten sam lot. Stała taktyka, gdy nie wie Matka dokąd iść - nie zawsze się sprawdza, można np. o 2 w nocy wylądować w jednostce wojskowej zamiast na właściwym peronie.
Ale wracając do kontroli paszportowej, to właśnie po niej po raz pierwszy zgubiła Matka dowody osobiste. Tak, po raz pierwszy!
Brak odpowiednich dokumentów (nawet tylko potencjalny lub wyimaginowany), tudzież szukanie ich w lotniskowym rozgardiaszu, to jedno z najbardziej stresogennych zdarzeń przed wylotem. A tu klops, naprawdę zgubiła. Na szczęście nie zdążyła się nawet zorientować w swym marnym położeniu, jak dobiegł do niej pan, który je znalazł i uratował Matkę z niechybnej opresji, więc tak jak matczyne ciśnienie szybko skoczyło, tak też szybko opadło.

Dotarli do właściwej bramki. Uff, po nerwówce, najtrudniejsze za nami - pomyślała naiwnie Matka, stojąc w kolejce i wyobrażając sobie, że teraz zostało tylko z tłumem kierować się do samolotu. Pomyślała, po czym jak długa poleciała na podłogę, przelatując przez własny bagaż. Wypierdzieliła się koncertowo, zaplątując nogę w jeden z pasków torby. I to nie w trakcie sprintu do jakiejś odprawy, samolotu czy nawet promocji w sklepie bezcłowym. Nie, wyleciała w powietrze, przekoziołkowała nad torbą i wylądowała na glebie STOJĄC! w kolejce! A tak leciała, że nawet w szkole na wuefie, jak ją zmuszali do skakania przez skrzynię, takiej skocznej Matki nie widzieli. Tylko za czasów szkolnych z lądowaniem bywało lepiej, ale wtedy też nie miała w głowie myśli: "Cholera, laptop jest na wierzchu", więc nie wpływało to na styl lotu.

Nie minęły kolejne 3 minuty "stania", jak ci, którzy jakimś cudem nie zwrócili jeszcze na Matkę uwagi, nie tylko mogli to nadrobić, ale jeszcze zapamiętać jak się nazywa. "Pani Matka Wyluzuj! proszona do bramki iks przy wyjściu numer igrek" - zagrzmiało wyraźnie z megafonów. No pięknie. Ciekawe co nabroiła? Torby w łapy, Syn obok na widoku, dusza na ramieniu. Idą. Po drodze uzmysłowiła sobie, że od zgubienia na lotnisku dokumentów, bardziej stresujące jest usłyszenie z głośników swojego nazwiska z prośbą o udanie się w nieznane miejsce. O dziwo bez trudu znalazła bramkę iks przy wyjściu igrek. To chyba pierwsza rzecz jaką tego dnia znalazła bez trudu. A do zastanej tam pracownicy linii lotniczych od razu wypaliła z nadzieją w głosie i niewinnym spojrzeniem: "Znowu zgubiłam dowody?". "Znowu???" - pani wybuchnęła gromkim, szczerym śmiechem, nie wiedzieć czemu ją wielce to rozbawiło (Matki wcale), a może po prostu Matka jakoś głupio wyglądała po tym upadku? Grunt, że kolejny raz miała fuksa, dowody rzeczywiście zgubiła i ponownie odzyskała. I znów trafiła na koniec kolejki.

Kolejka wkrótce ruszyła i, co zaskakujące, bezproblemowo udała się Matka z Synem do samolotu, doleciała na miejsce (choć po doświadczeniach z tego dnia, do końca nie miała pewności, czy siedzi w prawidłowym samolocie) i dotarła do następnej lotniskowej kolejki.
Kontrola paszportowa w Anglii ciągnęła się niemiłosiernie długo, cud że obyło się bez ofiar w ludziach i wyposażeniu lotniska. 3-letni umysł znudzonego Syna, który przyuważył gablotkę z gaśnicą, nie mógł spocząć nie wypróbowując możliwości zabawy w Strażaka Sama.

Podczas kontroli paszportowych na zagranicznych lotniskach, niezmiennie narasta w Matce napięcie, gdy podaje swój dowód osobisty ze zdjęciem, na którym jest długowłosą blondynką. Bowiem od ponad 5 lat zdecydowanie nie jest już długowłosą blondynką. Jest wręcz przeciwieństwem długowłosej blondynki. Teraz do tego doszedł dowód Syna, gdzie zdjęcie sugeruje, że podróż odbywa Matka w towarzystwie 8-miesięcznego Józefa Oleksego. Tym razem na powstające u Strażnika-Wstępu-Do-Wielkiej-Brytanii wątpliwości Matka odpowiedziała udawaniem, że dont spik inglisz. Co aż taką wielką nieprawdą nie jest, bo mało mówi, ale dużo więcej rozumie. Grunt, że pan Strażnik-Wstępu-Do-Wielkiej-Brytanii zniecierpliwiony przewrócił oczami i dla świętego spokoju otworzył wrota do kraju Beatlesów i ryby z frytkami.      .

Ledwie opuścili budynek lotniska, a już Matka bała się powrotu. I słusznie.

9 dni później zaczęło się od tego, że nie dało się zeskanować kart pokładowych i z tego powodu znów na wstępie Matka miała problem z dogadaniem się z pracownikiem linii lotniczych. Tym razem po angielsku, więc jeszcze trudniej. Dzięki pomocy Ojca Matki, który jak na przykładnego dziadka przystało odprowadzał i żegnał rodzinę, udało się karty wymienić na nowe.

Potem było tylko gorzej.

Podczas kontroli bagażowej Ważny-Pan, groźny niczym Agent Jej Królewskiej Mości, uznał, że zabawka Pierworodnego, którą dostał w prezencie i zdążył się raz pobawić jest niebezpieczna i że przy jej pomocy Pierworodny może przejąć kontrolę nad samolotem albo, łącząc ją z żelkami Haribo, przerobić na bombę - w każdym razie zarządził konfiskatę. W tym momencie Matka od razu odzyskała parę w gębie i zaczęła nawijać po angielsku, że chyba żartuje. Przez cały pobyt się tyle po ichniemu nie nagadała. Nic to, bo Ważny-Pan-Agent był niewzruszony, a zabieranie zabawek dzieciom sprawia mu chyba niezdrową przyjemność - podobnych miał za sobą całą stertę. A wszystko rozchodziło się o tandetną maszynkę do robienia baniek mydlanych! Serio.
Rozpacz Syna można sobie wyobrazić. Po czym dołożyć jego zmęczenie z powodu późnej godziny i swoje wyobrażenie pomnożyć razy trzy.

Z tego wszystkiego, przed przejściem przez bramkę skanującą, zapomniała Matka wyjąć z kieszeni telefon. I się zaczęło. Piszczenie, przeszukiwanie, zdejmowanie butów, pasków, kurtek. Weź teraz wytłumacz przerażonemu dziecku, że ma stać nieruchomo z wyciągniętymi na boki ramionkami, patrzeć w oczy obcej kobicie, której nie rozumie i dać jej się obmacać. Pozostało tylko robić dobrą minę do złej gry i udawać, że to tylko taka zabawa. Ale nie było zabawnie, gdy poczuła Matka palce tam, gdzie zdecydowanie nie powinna ich czuć.

Tak, wciąż jeszcze mogło być gorzej. Syn zmęczony i wciąż rozpaczający za utraconą zabawką, Matka bardziej chora niż 9 dni wcześniej, lot opóźniony. Kolejka. Znowu.

Wreszcie wpuszczono pasażerów do samolotu. Kolejny raz trafili w swoim rzędzie foteli na bardzo miłego sąsiada, który zaproponował Pierworodnemu swoje miejsce przy oknie. Prawdopodobnie żałuje tego do dziś. To, że Syn nie zmrużył oka przez całą podróż (chociaż lot był nocny) to pikuś. Są podczas lotu zjawiska gorsze niż zmęczony 3-latek nie mogący zasnąć. Wyobraźcie sobie na przykład, jakie może być jedno z najmniej komfortowych miejsc, by po raz pierwszy w swym 3-letnim życiu dostać biegunkę? A teraz przenieście je około 12 000 metrów nad ziemię.

I to by było na tyle jeżeli chodzi o europejskie wakacje Matki.
Następne po jej trupie.


poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rowe-love



Wyjechała Matka z Synem z kraju na 9 dni. Wyjechała, wróciła. I nie jest pewna, czy chce tak do końca wiedzieć, co tu się działo, kiedy jej nie było.

Że Ojciec rzuca palenie wiadomo było już przed jej wyjazdem. A bo to pierwszy raz rzuca i z tego powodu ich małżeństwo wisi na włosku?
Ale wróciła Matka, a Ojciec nadal rzuca, w sensie, że nadal nie pali. A to już zaskakujące.

Zaskoczyło Matkę jeszcze parę innych rzeczy.
O, na przykład to:
Ojciec rower kupił.
Że Matka jest "nierowerowa" to wiadomo. Ojciec kiedyś jeździł. Podobno dużo. Ba, do Matki nawet dawno temu przyjechał na rowerze, przeszło 80 kilometrów, bo biednymi studentami wtedy byli i ceny biletów autobusowych to jednak w przeliczeniu ze 3 piwa były. Albo i 4, jak promocja.
Ale wyobraźcie sobie, że przez prawie 10 lat związku Matka nigdy Ojca na żadnym rowerze nie widziała. Jakoś tak się złożyło, że nie widziała, no. Co w takim wypadku oczywiste, żadnej wspólnej wycieczki rowerowej również nie odbyli. Ich rowery z czasów panieńsko-kawalerskich przez lata smętnie niszczały sobie w piwnicach, a że Ojciec umie jeździć Matka wierzyła na słowo honoru (w końcu, że sama potrafi też nie udowadniała). Nawet wtedy, gdy do niej przyjechał to spotkali się, jak już z tego roweru zszedł, wszedł po wyjątkowo nieprzyjaznych schodach na drugie piętro kamienicy, w której wtedy mieszkała, zszedł z drugiego piętra, bo Matki nie zastał, wszedł pod górę (bo w Matki mieście wszędzie było pod górę) i odszukał Matkę, która wyszła (przecież tylko na chwilę!) do sklepu.
A potem znowu wszedł na to drugie piętro, wziął klucze, zszedł, wstawił rower do szopki na podwórku i ponownie wszedł na drugie piętro. I jak już wreszcie mógł usiąść, wzrok jego wbity w Matkę jakoś ani trochę nie wyglądał, jakby zakochany właściciel tego wzroku właśnie dokonał heroicznego gestu romantycznego.
Może to przez Matkę przestał jeździć? Za dużo nerwów go to kosztowało, czy coś? Dopiero w zeszłym roku zobaczyła, że on rzeczywiście potrafi. Stał akurat rower jakiegoś znajomego, zrobił Ojciec rundkę pokazową dla Syna.
A teraz nagle rower kupił.
Cholera, mógł nie mówić ile kosztował. W końcu Matka nie ma pojęcia, ile kosztują rowery, bo i po co jej taka wiedza. Jednak tak sobie myśli, że jakby sama kupowała to za te pieniądze chociaż taki z koszyczkiem z przodu by kupiła, i ładnym dzwoneczkiem, i kolorowy (a najlepiej taki, który sam by za nią jeździł), a nie taki jakiś grafitowo-buro-szary z przerzutkami. Po co komu 27 przerzutek, przecież toto nawet ładne nie jest? Ale za niepalenie kupił, więc niech mu będzie. Zaoszczędził to wydał, nim go Matka ubiegła. Szkoda tylko, że zdążył wydać zanim zaoszczędził całą sumę.

Ale żeby on przez te 9 dni tylko rower kupił i raz czy dwa się nim karnął. Nie, on nim naprawdę jeździ! Podobno. Bo Matka nie miała jeszcze okazji tego zobaczyć.
I żeby on tak sobie tylko normalnie jeździł. Czyli, że wsiada, jedzie, gdzie potrzebuje, zsiada i już. To nieeee. On podobno najpierw włącza Endomondo! Nosz-ja-cię-pierdzielę! Jakiś miesiąc temu dowiedział się od Matki, że coś takiego w ogóle istnieje, jak działa i po co. I jak tak Matka teraz liczy to jest to chyba... jedyna aplikacja zainstalowana przez niego w telefonie. Z tym, że Matka cudzych telefonów się nie tyka, więc pewności nie ma.

Jakby tego było mało, z własnej (nieprzymuszonej) woli zaczął jadać takie "dziwactwa" jak- UWAGA CZYTELNICY O SŁABYCH NERWACH! DLA NIEKTÓRYCH MOŻE BYĆ TO ZBYT DRASTYCZNE - zaczął jadać... kalafior. I to w knajpie, gdzie sam wybiera, a nie, że w domu przy obstrzale morderczego wzroku Matki, mówiącego, że ma dawać dobry przykład dziecku i nie marudzić. Dacie wiarę? Zjadł i, pewnie nie uwierzycie, ale nie padł trupem! Żyje po dziś dzień. W dodatku pochwalił i stwierdził, że smaczne. Matka wciąż jest w szoku.
Jednak to jeszcze nic.
Sam z siebie kupił rukolę! Okazuje się, że on wie, że to taka sałata, a nie że na przykład jakaś choroba egzotyczna czy hiszpańskie przekleństwo. Czyli, że jednak wieloletnie matczyne zrzędzenie nie poszło w las, a niezłomne podsuwanie Ojcu "tego zielska" i ojcowskie niezłomne wyciąganie go z kanapek czy pizzy, jednak nie poszło na marne.

I to wszystko, kiedy Matki nie było. Ale w końcu przecież wróciła. A tu na tylnym siedzeniu samochodu leży plecak.
- A to czyje?
- Moje.
Ojciec i plecak? Ostatni raz dekadę temu. Do szkoły.

Wchodzi Matka do kuchni. Stoi bidon. Ekstra-wypasiony-dizajnerski-bidon. Taki dla sportowców chyba. Pewnie na rower. Już się nie dopytywała.

Następnego dnia chciała przygotować śniadanie dla siebie i Syna. Zmierzając w stronę kuchni zastanawiała się, jak bardzo będzie musiała kombinować i jak dużą kreatywnością wykazać się przy tworzeniu czegoś jadalnego. W końcu zostawiła swoją kuchnię na pastwę słomianego wdowca. Wyobraziła sobie kawałek czerstwej bułki i coś, co pewnie trudno będzie zidentyfikować ze względu na staż odbyty w koszyku na pieczywo. A do tego zwiędłą rukolę.
Zerka. Nie chce wierzyć. Znowu zerka.
To nie może być prawda.
2 rodzaje (słownie: DWA) pełnoziarnistego chleba.
Żytniego!

Do lodówki bała się zajrzeć. A nuż wyskoczy z niej jeszcze Czesław Lang...


Drogie Bravo!
Pomóż! Ja chyba nie znam ojca własnego dziecka... 
Niby ten sam, który był przy poczęciu i przy porodzie, a jednak jakiś inny. Co robić?

Niepewna85

środa, 5 sierpnia 2015

Nigdy wprost

post o miłości. wbrew pozorom.




Subtelny

Wieczorową porą siedzi Matka przed laptopem. Oczywiście siedzi tak "jeszcze tylko pięć minut". Ojciec się denerwuje, ale nie daje po sobie poznać. W końcu siada obok, przygląda się Matce. I rzecze rozmarzony:

- Lubię jak fejsbuk podświetla Ci policzki...

Zadziałało, komputer zamknęła od razu.



Romans z szefem

Zrobił Ojciec porządki w firmowych papierach. Przesiedział weekend w biurze, ale uporządkował wszystkie dokumenty, które czekały na to nawet od dwóch lat i dłużej.
W poniedziałek wchodzi Matka zachwycona do biura. Oniemiała nie poznaje biurka, segregatorów, teczek. Zniknęły stosy piętrzących się kartek.

- Co? Podoba się!? - Bardziej z dumą stwierdził fakt niż zapytał.
- Grę wstępną masz już odhaczoną.
- Wiedziałem.



W biurze

Matka przegląda jakieś papiery. Ojciec przegląda jakieś swoje rozliczenia. Każde skupione na swojej pracy.
Ojciec coś liczy, sprawdza, mruczy pod nosem. Dla ułatwienia mówi sobie głośniej:
- Dwudziesty luty.
- LUTEGO. - W Matce mimowolnie włącza się jej wewnętrzne grammar nazi.
- Dwudziesty lutego - poprawia się grzecznie Ojciec.
Za grzecznie. Żadnej riposty? Nawet nie spojrzał? Liczy dalej.
Za chwilę Matka słyszy:
- Dwudziesty marcego, (...) dwudziesty kwietniego...

Dobra, wygrał. Niech se mówi jak chce.



Szkoła specjalna

- Ale Ty jesteś złośliwy! - reaguje Matka na jakąś drobną uszczypliwość ze strony Ojca.

Ten patrzy jej głęboko w oczy, po czym odpowiada:

- Teach me master.



Szczęście niejedno ma nazwisko

Z wyprawy do Matki Matki przywiózł sobie Syn Pierworodny kilka książek. Takich, które kiedyś należały do nieletniej Matki. Zupełnie przepadł przy "Brzydkim Kaczątku", choć wydawałoby się, że mocno sfatygowane wydanie z 1983 roku nie zachęci do siebie dziecka przyzwyczajonego do kolorowych i pachnących nowością książek prosto z księgarni.
Chwali się Pierworodny nowym nabytkiem Ojcu. Nabytek na okładce podpisany został własnoręcznie przez 9 może 10-letnią Matkę jej imieniem i ówczesnym nazwiskiem.
Uszu zajętej swoimi sprawami Matki dobiega tłumaczenie Ojca:

- O, zobacz, Synek, a tu jest napisane, że ta książka należała do mamusi. Mamusia jeszcze wtedy inaczej się nazywała. Szczęścia nie znała...



Japonki

Tuż przed ojcowskim urlopem Matka z Ojcem robią zakupy w Lidlu. WTEM Ojciec pakuje do sklepowego wózka japonki. Buty takie. Klasyczny chiński badziew plastikowo-piankowy. Coś czego do tej pory nie wyobrażał sobie nawet przymierzyć, a co dopiero kupić. A co dopiero nosić! Każdy, kto zna Ojca wie, że piankowe japonki to zdecydowanie nie jego stajl.

- O, mój rozmiar. - Zerknął tylko i bez mierzenia dorzucił do zakupów.

Matka stanęła jak wryta na środku sklepu i nie oglądając się na nikogo wokół głośno zaczęła swoje:

- Ale powiedz mi! Robiłeś ostatnio jakieś badania, tak? Powiedz mi! Co się z Tobą dzieje? Nie ukrywaj tego przede mną. Jeżeli coś Ci jest, mam prawo wiedzieć!!!



Zmiany

- Dobre - stwierdził jak gdyby nigdy nic Ojciec podczas rozmowy o czymś, czego dotąd nigdy nie lubił.
- Co Ty powiedziałeś? - Nie mogła uwierzyć Matka, bardziej skłonna dać wiarę temu, że się przesłyszała.
- Nie zauważyłaś, że ostatnio polubiłem dużo rzeczy, których do tej pory nie lubiłem? I że dużo wokół siebie zmieniam?
- No właśnie zauważyłam - odpowiedziała niepewnie. - I zaczynam się bać, że zaraz będziesz chciał zmienić żonę.
- No co Ty!
- Uff, prawidłowa odpowiedź - odetchnęła w myślach. Pochopnie.
- Naprawdę myślisz, że drugi raz bym się ożenił?

foch



Zakupy

Wrócił Ojciec z zakupów. Rozpakowuje siatki.
- Piankę do golenia kupiłeś??? I po co? Weź czasem zajrzyj do szafki pod umywalką, tam przecież stoją różne kosmetyki kupione na zapas - piekli się Matka, która wzięła na siebie obowiązek zaopatrywania Ojca w kosmetyki, których ten nie znosi kupować. Jednak raz na jakiś czas, Ojciec postanawia ją ubiec, myśląc, że jej tym pomoże - kończy się to tym, że taka sobie pianka do golenia albo szampon stoją przez rok w szafce, bo Ojciec w promocji kupi zapas na buk-wie-ile, a o tym co w szafce i tak nie pamięta.
- I pianka też tam jest? - pyta jak zwykle tym faktem zaskoczony.
- Jest.
- Niemożliwe. - Nadmierna powaga tej wypowiedzi zdradza, że zaczął się już ten etap, kiedy Ojciec robi sobie jaja z pieklenia się Matki.
- Na 100%.
- I co ja teraz z robię? - ze smutkiem i rozterką w głosie rzekł Ojciec, spoglądając na trzymane w ręku opakowanie pianki do golenia. - Będzie trzeba na Allegro sprzedać. Ty weź napisz na blogu, może ktoś kupi...

No to Matka pisze.


czwartek, 30 lipca 2015

Na szczęście Matka ma blog. Poleca każdemu.


fot.

Przeglądając różne własne zapiski, a jest ich trochę, bo poza roboczymi wersjami postów w komputerze, backstage blogu "Matka Wyluzuj!" działa też prężnie offline pod postacią grubego zeszytu, notesu w torebce i mnóstwa wysypujących się z nich kartek, karteczek i karteluszków... w każdym razie przeglądając te zapiski trafiła Matka na gotowy post. Taki wprost do opublikowania. Napisany po spacerze z Pierworodnym.
Blisko rok temu.

Cóż, Matka nie da sobie niczego zarzucić w kwestii prowadzenia notatek na blog, ale przyznaje, że publikację postów mogłaby bardziej dopracować - może jakieś przypomnienia w telefonie, supełki na chusteczce czy coś? Trochę tych tekstów przez matczyną niepamięć przepadło (zwykle przez dezaktualizację) w czeluściach Windowsa 8.1, Google Chrome i zeszytów w kratkę.

W ciągu dotychczasowych trzech lat życia Syna Pierworodnego zdezaktualizowało się chyba wszystko, co stanowiło jakąś stałą dnia powszedniego. Wciąż przychodzi nowe, stare odsyłając w zapomnienie. Czytanie własnego blogu pomaga Matce uporządkować wspomnienia, dojść do ładu z powracającymi pytaniami natury egzystencjalnej: "Jak to w ogóle było?" czy "Jak my daliśmy radę?" oraz ogarnąć ważne wydarzenia z życia Syna.

Bo Matka się starzeje i powoli zapomina, a nawet gorzej - nawet na chwilę nie udaje jej się zapamiętać... Nie tylko zapomina takie szczegóły jak to jaki obrus leżał na stole podczas Wigilii '89, jak wyglądała jej ulubiona piżamka z czasów zerówki i za co dostała pierwszą pałę w podstawówce, swoją pamięcią do niuansów od zawsze wprawiając w zdumienie rodzinę, ale teraz nie udaje jej się zapamiętać nawet, ile jej dziecko aktualnie waży, jak długo używało smoczka, kiedy zjadło pierwszą marchewkę, na co było szczepione, w którym miesiącu życia czego się nauczyło, kiedy wyrósł mu pierwszy ząb. Bardzo mocno (ale tak bardzo, bardzo) musi się skupić, by przypomnieć sobie, które choroby zakaźne Pierworodny ma już za sobą. A jeżeli ktoś zapyta Matkę, ile Syn mierzył, gdy się urodził, niechybnie pobiegnie po jego niemowlęcy kocyk, na którym ma tę informację wyszytą. Wagę urodzeniową jakimś cudem zna, ale te wszystkie obwody główki i co oni tam jeszcze liczyli to już kosmos, nie do odtworzenia bez książeczki zdrowia.

I nie, nie wie ile przytyła w ciąży.

Wszystkie ważne daty z życia Syna, które Matka pamięta, zapamiętała tylko dlatego, że wydarzyły się w jakimś łatwym do spamiętania momencie:

- Pozytywny wynik testu ciążowego - impreza z okazji 30. urodzin Brata Ojca.
- Potwierdzenie wyniku z laboratorium - imieniny Ojca, a obecnie też Pierworodnego
- Pierwsze wyczuwalne ruchy - no dobra, nie pamięta Matka dokładnej daty, ale jakby się wysiliła, wydedukowałaby kiedy to było. Za to na pewno wie gdzie - w powrotnym samolocie z Bolonii, tuż przed startem.
- Data urodzenia!!! - Ha, jednak jest coś, co wie Matka tak po prostu. Albo po prostu opatrzyło jej się pierwsze zdanie na blogu: "31 marca 2012 r. zostałam Matką...".
- Pierwszy uśmiech - urodziny Matki.
- Pierwszy raz samodzielnie usiadł - w Wigilię 2012.
- Pierwsze "mama" - w Dzień Babci.
- Pierwsze kroki - dzień przed swoimi pierwszymi urodzinami.
- Ostatnie karmienie piersią - 31 grudnia 2013.
- Pierwsze przeczytanie "Ciekawskiego George'a" - 1 stycznia 2014 (i końca nie widać)...
- Pierwsze powiedzenie "pupa" - dwa dni przed pierwszym pójściem do przedszkola.

I to tyle.
Matka nie wie, kiedy były chrzciny, pierwszy spacer, ostatnie przeziębienie. Nie zna na pamięć peselu Syna. Nigdy nie jest w stanie powiedzieć jakie lekarstwa przy jakiej chorobie podawała dziecku - dlatego przy każdym otrzymaniu od lekarza recepty, patrzy na nią jak na chiński elementarz i po powrocie z apteki przekonuje się, już nawet bez zdziwienia, że ma w domu 3 takie same syropy albo 4 identyczne maści.
I na bank będzie tą matką, która co wtorek zapomina zapakować dziecku strój na w-f.
Pierworodny nie ma wyjścia, będzie musiał sam zadbać o własne interesy i pilnować terminów. Inaczej marna jego przyszłość. Komitet rodzicielski nieopłacony, a wycieczka szkolna przegapiona.

Ale za to jeśli będzie chciał posłuchać jakichś historii ze swojego dzieciństwa to nie ma problemu. Matka otworzy blog, poczyta, przygotuje się nieco i może opowiadać.

P.S. Są jakieś sankcje prawne za przegapienie bilansu dwulatka?

poniedziałek, 20 lipca 2015

Jarocinie, rozczarowałeś mnie

Drogi festiwalu w Jarocinie,

z przykrością piszę, że rozczarowałeś mnie bardzo. Nie sądziłam, że tak potoczy się nasza przyjaźń. Liczyłam na coś więcej. Po tylu latach znajomości, miałam nadzieję, że uczucie którym Cię darzyłam wybuchnie z jeszcze większą mocą. Zawiodłam się. Zawiodłeś mnie. Gdyby nie wspomnienia, które łączą nas z lat poprzednich, nie uratowalibyśmy już tej znajomości. Gdyby to miał być nasz pierwszy raz, zapomnielibyśmy o sobie szybko, wyjechałabym, nie oglądając się za siebie i nigdy nie wracając. 
Jarocinie! ogarnij się. Co się z Tobą dzieje? Nie poznaję Cię. Gdzie się podziała energia, za którą tak Cię kochałam? Gdzie Twoja spontaniczność? Liczyłam na dzikie porywy serca. Największym porywem był ten wiatru, który zerwał mi z głowy kapelusz.
Rok temu zdradziłam dla Ciebie rodzinę, nie żałując tego kroku ani przez moment. Jechałam do Ciebie w ciemno, podekscytowana i nie wiedząc co mnie czeka. Wracałam, nie mogąc uwierzyć, że to już koniec. W tym roku, licząc na wyjątkową przygodę, zabrałam na spotkanie z Tobą męża. Przeprosiłam go za niespełnione obietnice. 


Jarocinie, nie pozwól, by tak to się kończyło...
Stać Cię na więcej.

zmartwiona i rozżalona
już nie tak bardzo Twoja
Matka W!


fot. Koncert Natalii Przybysz. Wytężcie wzrok - widać Matkę i Ojca.

Jak łatwo domyślić się po tym patetycznym wstępie, tegoroczny Jarocin Festiwal mnie rozczarował i zrobił to spektakularnie, z rozmachem, na bardzo wielu polach.
Nie jest to blog recenzencki, nie porusza tematyki szeroko rozumianej kultury, czy sztuki. Całe szczęście, bo powstałby dziś bardzo smutny post.
A tak napiszę tylko, że tegoroczny festiwal w Jarocinie, zawiódł mnie, jak mało która impreza. I nie będę wdawać się w szczegóły, pisać co i dlaczego. Bo zawiódł w szczególe i w ogóle. Nuda, Panie, nuda.

Jestem dziewczyną z rockowych festiwali. Już chyba z tego nie wyrosnę. Ojciec Pierworodnego, który z festiwali wyrósł kilka lat temu, ubolewa nad tym, ale akceptuje. Cóż mu pozostało?
Kocham ten klimat. Skwar, kurz, skakanie pod sceną, leżenie w trawie, pięknych ludzi, energię od nich bijącą, pozytywną atmosferę, ciarki przechodzące po ciele, gdy wśród tłumu uczestniczy się w wyjątkowym muzycznym widowisku, przypadkowe rozmowy, spontaniczność wszystkiego, co dzieje się wokół, wszechobecny rock&roll. 

Było w moim życiu kilka Woodstocków, festiwali w Węgorzewie i wiele innych mniejszych i większych koncertów. Ten Jarocin był trzecim. Pierwszym, który tak rozczarował. Tym bardziej przykro, bo długo wyczekiwanym, tym bardziej przykro, że zeszłoroczny nie pozostawił po sobie nawet cienia negatywnego wspomnienia i nic nie zapowiadało, że nie zamierza utrzymać swojego wysokiego poziomu.

Organizatorom Festiwalu Jarocin 2015 należy się medal z ziemniaka w kategorii "najbardziej spektakularne zabicie ducha festiwalu" plus specjalne grand prix za "zdeptanie legendy". Tam po prostu nic mi nie grało. A gdzie, jak gdzie, ale na festiwalu muzycznym grać powinno. Zeszłoroczny festiwal naładował mnie energią na cały rok. Energii z tego roku nie starczyło nawet na podróż powrotną. W zeszłym roku byłam gotowa bić pokłony nienagannej organizacji. W tym roku miałam ochotę bić organizatorów. A i kilku muzykom chciałoby się powiedzieć do słuchu. Niestety, tym przed którymi wysoko stawiało się poprzeczkę.


Grunt to bunt! - mawiają.
Żeby nie było, że z Matki i Ojca tacy skończeni i zblazowani nudziarze... Fakt, może skakanie na koncerty przez płoty, tanie wina i inne tego typu akcje mają już dawno za sobą, ale jeszcze tak do końca nie zapomnieli czym jest rock&roll, a punk tak całkiem w nich nie umarł. Nawet na takim spokojnym festiwalu, jak tegoroczny Jarocin pozwolili sobie na bunt. Buncik taki. Bunciczek. Bunciątko.
Najpierw nielegalny przemyt. W plecaku. Pod aparatem i gazetką z programem koncertu. Później już tylko rozkosz delektowania się. Przy piwie. Od razu człowiekowi lepiej. Cztery porcje, starczyły na dwa razy. Po przejechaniu tylu kilometrów smakowały lepiej niż można się było spodziewać. Wyborne.
Bułki. Z serem.

Jaki grunt, taki bunt.


wtorek, 14 lipca 2015

Baby to masz w nosie! - czyli o moim feminizmie



Wyobraź sobie, że facet mówi dziewczynie bez ogródek, że jest gruba.
Ona myśli: "CHAM!". Jeżeli ma niewyparzony język, mówi coś gorszego. Jeśli nie potrafi, dusi to w sobie i po prostu ma kiepski nastrój do końca dnia, a na faceta krzywo patrzy do końca życia.
Taki scenariusz prawdopodobnie zadziałałby u większości kobiet.

Co jeżeli odwrócimy sytuację? Co jeśli to mężczyzna usłyszy, że jest gruby? Wyobrażasz sobie, że na bezpardonową uwagę o swojej tuszy odpowiada: "Ale z Ciebie chamka!"?

Skąd bierze się u tylu kobiet przekonanie, że facetowi można wypalić: "Jesteś gruby!", "Przydałoby się schudnąć, co?", "Uuu, ale oponka na brzuchu". Co ciekawe, wskaźnik BMI pani wypowiadającej się nie ma tu znaczenia.
Czy naprawdę kobietom wydaje się, że bez ich przytyków on nie wie jak wygląda albo jest dumy z tego, że nie ma już tak wysportowanego ciała, jak wtedy, gdy miał lat 20? Powołujemy się często na to, że oni są rzekomo mniej emocjonalni, mają "grubszą skórę", nie biorą tak wszystkiego do siebie. Cóż, to chyba z emocjami niektórych kobiet jest coś nie-halo, skoro sądzą, że mogą mężczyźnie powiedzieć wszystko to, czego same nie chciałyby usłyszeć.

Zdradzę Wam jeden sekret. Nie musicie zachowywać go dla siebie.
Otóż, mężczyźni także są ludźmi i również mają kompleksy.
Tylko zwykle nie kłapią dziobem, stojąc przed lustrem: "Czy uważasz, że w tych jeansach wyglądam grubo?".

O CZYM JEST TEN POST?

Być może wstęp na to nie wskazuje, ale tekst będzie o feminizmie. O równouprawnieniu.
Jestem feministką.
Mam nadzieję, że Ty też.

Feminizm to nic innego jak ideologia i ruch społeczny działający na rzecz równouprawnienia kobiet.
Nie trzeba nigdzie się zapisywać, by z feminizmem się utożsamiać. Nie trzeba być kobietą, by z feminizmem się utożsamiać. Wystarczy myśleć o ludziach w taki sposób, który nikogo nie deprecjonuje z powodu płci.

Nie jestem tak zwaną "wojującą feministką". Choć w dyskusjach ze znajomymi zdarza mi się za taką uchodzić. Cóż, łatka, nic więcej. Daleka jestem od chodzenia na manify, czy całowania mężczyzn w rękę, by coś udowodnić. Lubię, gdy mężczyzna przepuszcza mnie w drzwiach i nie wyobrażam sobie, by nie zabrał z moich rąk ciężkich toreb.
Wbrew dość powszechnym przekonaniom korzystanie z pomocy mężczyzny, makijaż bądź jego brak, czy sposób ubierania mają się do feminizmu, jak niedźwiedzie polarne do Afryki, czyli że nijak.

Moje osobiste pojęcie feminizmu pokrywa się z równouprawnieniem płci, czyli równym okazywaniem szacunku ludziom w każdej sferze życia, bez względu na płeć. Nie, nie uważam, że obie płcie wymagają równego traktowania w każdej sytuacji. Wymagają równego traktowania w każdej sytuacji, gdzie płeć nie ma znaczenia, a liczy się człowiek.
Mam na myśli prawo do decydowania o sobie, o własnym ciele, czy wyglądzie, o swoim stanie cywilnym, prawo do własnych poglądów, przekonań politycznych, prawo głosu, prawo do nauki, prawo do podejmowania pracy, do wyrównanych zarobków, decydowania o własnym majątku, nawet prawo do prowadzenia samochodu. Krótko mówiąc w głównym stopniu chodzi o prawa rodzinne, wyborcze i ekonomiczne.

EJ, LUDZIE, SZANUJCIE SIĘ!

Nie da się ukryć, że kobieta i mężczyzna różnią się od siebie, zarówno jeśli chodzi o fizyczność, jak i psychikę. To fakt, z którym próżno walczyć. Natura tak to stworzyła. I to nie tylko w przypadku ludzi.
I uważam za wspaniałe wzajemne okazywanie sobie szacunku wynikającego z tych różnic.
Cieszy mnie, gdy mężczyźni myślą o tym, by ustąpić kobiecie miejsca, gdy pamiętają, aby przepuścić ją w drzwiach do biura, ale iść przodem, gdy wchodzą do pubu. Gdy idąc w górę po schodach, idą za nią, a gdy schodzą - przed nią. Ot, drobne gesty.

Ale też i mężczyznom należy się od nas szacunek, o którym często zapomina się, myśląc stereotypami i powołując na równouprawnienie (bo przecież facet to już nie pan i władca, więc nie musimy się przed nim korzyć).
Jakże często śmiejemy się z ich tuszy, urojonego umierania z powodu katarku (bo to podobno dla nich takie typowe - nie wiem, chyba mało znam typowych mężczyzn), klepiemy podczas żartobliwej sprzeczki z całej siły w ramię czy plecy, bo przecież to facet, przeżyje (wyobrażasz sobie, że oddaje?).

Potwornie nie lubię w dyskusjach uogólnień ze względu na płeć.

"Bo faceci to zawsze..."
"Bo faceci to nigdy...."
"Bo baby to..."

Kiedy słyszę to ostatnie, zwykle ucinam: "Baby to Ty możesz mieć w nosie!".
I tyle.

NIE ŚMIESZĄ MNIE DOWCIPY O FEMINISTKACH

Podziwiam ludzi, którzy z przekonaniem walczą o jakąś sprawę, nierzadko poświęcając jej życie. Tym bardziej, jeżeli ta sprawa ma przynieść korzyści nie tyle samemu walczącemu, co ogółowi.

Gdy następnym razem zaśmiejesz się z rzekomo nieogolonych pach feministki, wyobrazisz ją sobie jako babochłopa, starą lesbę albo nieszczęśliwą starą pannę, najpierw stuknij się w łeb, potem niech przyjdzie Ci do głowy refleksja, że gdyby nie ta kobieta i inne jej podobne, odważnie działające od kilkuset lat, Twoja matka nadal nie miałaby prawa głosu, Twoja siostra szans na wyższe wykształcenie, a Twój ojciec, nawet gdyby był nieodpowiedzialnym kretynem, trzymałby w domu całą kasę i miał decydujący głos w każdej sprawie. Twoja córka nie mogłaby sama zdecydować kogo poślubi, a od jej intelektu wymagano by jedynie, aby umiała uciszyć dzieci, gdy płaczą, przygotować dwudaniowy obiad i znała haft krzyżykowy.

MIZOGINI SĄ WŚRÓD NAS

Wiecie co usłyszałam od pediatry mojego syna podczas pierwszej wizyty kontrolnej?

Miał szczęście, że w głowie bulgotała mi jeszcze hormonalna zupa poporodowa i aby mnie w tamtym momencie uspokoić wystarczyło, że mąż złapał mnie mocno za rękę i wyszeptał: "Ciiii".

Otóż, na widok Ojca zmieniającego Synowi pieluchę i Matki stojącej spokojnie obok, pan doktor, PEDIATRA, człowiek wykształcony, poniekąd autorytet w sprawach pielęgnacji noworodków i niemowląt rozpoczął swój wywód:
- Ja to się panu dziwię, że pan to robi.
- Ale co? - spytał naiwnie Ojciec z obawy, że może robić coś nie tak, mając jedynie niespełna dwutygodniowe ojcowskie doświadczenie.
- Żeby mężczyzna zmieniał pieluchę? Mężczyźni nie są do tego stworzeni.
- A kobiety są? - Niepotrzebnie kontynuowała dialog Matka, nie przypuszczając, co za chwilę usłyszy.
- Oczywiście. Pretensje można mieć tylko do natury, że tak to urządziła. Przecież tak już jest, że to dziewczynki bawią się lalkami, a chłopcy samochodami. Kobiety przygotowują się do tego od najmłodszych lat. Wiadomo zatem, kto powinien to robić. Jak moja żona zaczęła marudzić, że chce mieć trzecią lalkę, powiedziałem jej, że zgoda, ale ja przy niej palcem nie kiwnę. I tak też było. Dostała to, czego chciała, ale sama musiała się wszystkim zająć, ja przecież uprzedzałem, więc nawet nie mogła narzekać.

Ojciec Pierworodnego, wśród licznych zalet, ma cudowną cechę nieprzejmowania się kretynizmami. Po prostu nie tyka gówna, bo śmierdzi. Potrafi nie słuchać, nie wdawać się w dyskusje i szybko zapominać takie brednie.

Matka nie. Matce skacze ciśnienie, a emocje biorą górę, rozpala się do czerwoności i, mimo wszystko, próbuje przekonać kretyna patrzącego przez ciemne okulary, że białe jest białe, a nie szare. A na koniec zawsze samą siebie pyta: "I po co?".

NIE WSTYDŹ SIĘ BYĆ FEMINISTKĄ

Nie rozumiem, jak żyjąc w XXI w. ktokolwiek może nie być feministką bądź feministą. Nie rozumiem, jak mogło dojść do tego, że dla wielu osób (i co gorsza, w tym także dla wielu kobiet), pojęcie to nabrało pejoratywnego znaczenia.

Feminizm działa na wielu obszarach. Nie wszystkimi jestem bezpośrednio zainteresowana, ale wszystkie popieram.
By być feministką / feministą nie trzeba się zrzeszać, płacić składek czy nosić specjalnej plakietki. Wystarczy myśleć. Polecam każdemu. Myśleć z jednakowym szacunkiem o obu płciach.
Niestety, wciąż nie jest to normą. I dlatego przeraża mnie coraz bardziej powszechny pogląd, że feminizm w dzisiejszych czasach jest przeżytkiem, nie jest już nam potrzebny. Oczywiście, że jest potrzebny, i będzie potrzebny tak długo, jak długo rozpowszechnione będzie wśród społeczeństwa myślenie o którejkolwiek z płci jako tej gorszej, głupszej, wymagającej podporządkowania się. Historia pokazuje, że to właśnie kobiety miały zwykle w tych kwestiach pod górkę i to one musiały, i wciąż jeszcze muszą, walczyć o swoje prawa.

O pełnym równouprawnieniu płci możemy mówić dopiero, gdy myślenie o nim jako czymś oczywistym, będzie na porządku dziennym, a przejawy jego braku będą spotykały się z natychmiastowym społecznym ostracyzmem. Wtedy dopiero feminizm może zniknąć, zostając jedynie na kartach historii, a mówić będziemy o humanizmie.

Czego nam wszystkim życzę.



poniedziałek, 13 lipca 2015

3 minuty



Wyszła z pokoju tylko na 3 minuty. Trzy minuty. Nie więcej. Raczej mniej. 3 minuty dała sobie na to, by wypłakać w łazience całą swoją nieudolność wychowawczą z tego dnia. Wyryczeć w ścianę przy kiblu jego nieposłuszeństwo, swoje krzyki, warczenie, złość, niecierpliwość i to wszystko czego nie lubi w swoim macierzyństwie. Ten cały chaos, niespełnione obietnice każdej ze stron, to całe "mamusi jest przykro" i jego "ja chcię!".
To usłyszane z przejeżdżającego samochodu: "Dzieci się pilnuje!". Niesłuszne. Pilnowała. Rowerek nawet nie dotknął krawężnika. A dziecko wie, że nie może samo wchodzić na ulicę. Kilka minut później zapytał czy mogą przejść na drugą stronę. Ale ją już oceniono. Własnego dziecka nie potrafi upilnować. 4 kroki przed nim. Zaparkowali kawałek dalej, kogoś podwozili, chciała powiedzieć, że niesłusznie ocenili, ale nie mogła, bo on stał w miejscu z tym rowerkiem, w tym samym, w którym stanął, gdy akurat przejeżdżali. Oni ulicą, on na chodniku. Ale swoje powiedzieli. Nie mogła wytłumaczyć, że niesłusznie, bo nadal 4 kroki przed nim pilnowała, jak on stoi, nawet nie dotykając krawężnika. Odjechali. A teraz miała 3 minuty, by wyryczeć to ich "Dzieci się pilnuje!".
3 minuty by wyryczeć, ugryźć się w ramię, opanować i wrócić. By wypluć z siebie jego plucie, wykrzyczeć bezgłośnie jego wrzaski, wyrzucić z siebie jego rzucanie książkami. Tę wylaną wodę, nierozwieszone pranie, niemytą od dawna podłogę i ciągły niedoczas. Wypłakać jego płacz, swoją frustrację, plamę na bluzce i nieogolone nogi. Zalać łzami nieposprzątaną łazienkę i brudne okna.

Nie mogło minąć więcej. Raczej mniej. Gdy wracała pędem do sypialni, z której dobiegał męski głos. Spokojny, głęboki, ładny. Obcy. Skąd męski głos w sypialni? W mieszkaniu przecież tylko ona i trzyletni chłopiec. Otworzyła drzwi, wpadła, rozejrzała się zdezorientowana. Siedział na łóżku, wielce z siebie zadowolony, trzymając w ręku jej telefon. Włączył sobie audiobooka.
Jakiś kryminał.

W telefonie nie miała żadnych audiobooków. Przynajmniej tak jej się wydawało.