sobota, 20 grudnia 2014

To je dziecko. Tego nie ogarniesz

Na początek oczywista oczywistość. Matka kocha swoje dziecko, Syna konkretnie. Matka kocha Syna takim jakim jest. Przyjęła do wiadomości fakt, że jest człowiekiem niebanalnym, niepospolitym, niezwyczajnym, a wręcz nadzwyczajnym. To prawda obiektywna, bo przecież nie tylko Matka tak sądzi. Ojciec też. I Matka Matki i Matka Ojca i Brat Ojca... właściwie to nikt nigdy Matce prosto w oczy nie powiedział, że tak nie jest, więc na pewno jest.
Matka kocha Syna z wszystkimi jego małymi dziwactwami i pomimo nich.
Nie wszystkie rozumie, ale akceptuje.

A swoje osobliwe upodobania przejawia Syn niemal w każdym aspekcie swego w świecie funkcjonowania. Dziś będzie o kulinariach.

Taki na przykład koncentrat pomidorowy. Tudzież przecier. Podobno dzieci lubią ketchup. Pierworodny też lubi. Ale przecier pomidorowy uwielbia. Jada łyżkami. Jadałby codziennie pełen słoiczek niczym jogurt, gdyby mu go nie wydzielano w ramach zdrowego rozsądku. Doszło do tego, że dostawał Syn łyżeczkę koncentratu w nagrodę za pomyślnie przyjęcie porcji lekarstw. Dziwne? Będzie dziwniej.

Przyzwyczaiła się Matka do zaskakujących połączeń smakowych, w obrębie których Pierworodny często eksperymentuje. Przyzwyczaiła się i tłumaczy sobie, że taki wiek, że wszystkie dzieci tak mają. Niekiedy z ciekawością, innym razem z obrzydzeniem obserwuje Matka to, co Syn wyprawia na talerzu... Ogórki z dżemem, dżem z pasztetem, buraczki pasujące do wszystkiego, żelki z ogórkiem, słodkie, słone i kiszone razem, a wszystko utaplane w soku jabłkowym...? Normalka. Do tego syf i pożoga. Ale wyrośnie, co?

Inna kwestia. Napoje. Pierworodny pija tylko soki i wodę. Nic innego. Nic, co jest ciepłe. Odkąd nie jest karmiony piersią, nigdy nie wypił mleka. To dziecko pluje nawet kakaem! Nie pija też herbat ani kawy zbożowej. Ale przecież wyrośnie i z tego. Chyba wyrośnie. Wyrośnie? Co?

Inaczej sprawa się ma z ogórkami. Do tej pory ani amerykańskim naukowcom, ani Matce, ani Ojcu nie udało się ustalić po jakiej ilości ogórków Pierworodny będzie miał ich wreszcie dość. Pierworodny jada ogórki odkąd wszyscy pamiętają. Świeże. Pokrojone, w słupki, talarki, w całości. Kiszone, konserwowe, w tostach, na kanapce, do obiadu, do kolacji, na deser... Zaproponuj Pierworodnemu jednego małosolnego i całą tabliczkę czekolady. Matka da sobie odciąć... yyy... internet na tydzień(?), jeżeli Syn nie wybierze ogórka.

A skoro już o czekoladzie była mowa... Otóż - UWAGA! TO MOŻE WAMI WSTRZĄSNĄĆ! - ZDANIE TYLKO DLA OSÓB O MOCNYCH NERWACH! - otóż...

Syn Pierworodny nie lubi czekolady.



To było mocne, nie? Jak w mordę strzelił, co? Ale żeby złagodzić teraz emocje, które Wami targają, Matka uściśli. Pierworodny nie lubi czekolady, nie licząc Czekolady Kinder. Tę jedną ubóstwia i kocha miłością najszczerszą. Innych nie ruszy.
Ale powiedzcie, czy znacie dziecko, które dostaje cały pasek Kinder Czekolady, odwija go z papierka, odłamuje sobie 2 (słownie: dwie) kosteczki, a resztę każe schować z powrotem do lodówki? Ha! A Pierworodnemu się zdarzyło.
Wyobrażacie to sobie? Bo nawet Matce, która widziała wszystko na własne oczy, jest ciężko. Wiecie ile to jest 2 (słownie: dwie) kosteczki Kinder Czekolady? Wiecie jakie te kosteczki są małe? Wiecie jak to jest mało, nawet kiedy jest ich 2 (słownie: dwie)? (Producencie, dlaczego te kosteczki są takie małe? Aaa, no tak, bo dla dzieci przecież). Dla dorosłego takie dwie kosteczki wystarczają akurat na tyle, by unurać w nich koniuszek języka i liczyć na to, że jak się dobrze w paszczy zamerda, to się trafi na odpowiedni kubek smakowy żeby poczuć. A Pierworodnemu czasem i jedna kostka starcza.

Na widok zamkniętego opakowania budyniu czekoladowego Syn woła BLE! (To jedyne słowo, którego nauczył się przez 3 i pół miesiąca uczęszczania do prywatnego przedszkola.). Za to budyń waniliowy zjada niemal z miseczką. Zjada porcję swoją i Ojca. I chętnie wciąłby też i  Matki, gdyby jej nie broniła siłom i godnościom osobistom.

Ze słodyczy ostatnio Syn najbardziej lubi suszone jabłka. Tak, Matka też nie rozumie. A Matka Matki nie nadąża z tych jabłek produkcją.

Żeby nie było, że dziecko jakoś nienormalnie czy hipstersko chowane. Z normalnych, niemoralnych, niezdrowych, fruktozowo-glukozowych, całkowicie konserwowanych, fest barwionych i absolutnie nie hipsterskich przysmaków Pierworodny nad wyraz ceni żelki. Matka żelki kupuje, jednocześnie po tym poznając jak bardzo się starzeje - z wiekiem czuje coraz większą do żelków niechęć i już nawet nie podbiera, gdy Syn nie widzi.
Ale też na głowę jeszcze Matka i Ojciec nie upadli, żeby narzekać na to, że Syn nie lubi czekolady. Więcej dla nich. Z czego zdecydowanie więcej dla Matki. W dodatku można bezkarnie, wręcz bezczelnie, jadać nieprzyzwoite ilości czekolady na oczach dziecka, które w tym czasie delektuje się jakimś tam domowej roboty eko-chipsem z niepryskanych jabłek od polskich sadowników. A przedszkolną paczkę od Mikołaja sam z siebie podzielił Syn na cztery części i trzy rozdał między Ojca, Matkę i Matkę Matki #wzruszającachwila

Wszystko fajnie, ale jednak Matka nie wie, jak by na tę niechęć do czekolady zareagowała, gdyby nie chodziło o jej własne potomstwo. I żywi nadzieję, że Pierworodnemu to jednak przejdzie. Że wyrośnie.
Bo jak nie... strach pomyśleć. Jak żyć?
Dotychczasowe zasady, którymi kierowała się w życiu Matka legną w gruzach.
Jedna z podstawowych prawd życiowych to:
Nie ufaj ludziom, którzy nie lubią czekolady!

Matka nigdy nie sądziła, że coś takiego może dopaść jej rodzinę. Że jej dziecko mogłoby... To przecież straszne, tak ciężkie do zrozumienia...

No, ale nic, w razie czego będzie kochała jak swoje.

Choć po tym, co wydarzyło się kilka dni temu, zastanawia się Matka, czy nie przeprowadzić badań genetycznych. Zwątpiła bowiem, czy aby na pewno dostatecznie dobrze pilnowała po porodzie, by nikt jej dziecka w szpitalu nie podmienił.
Coś jakby się w Matce załamało, jakby nadzieję straciła. Czy to na pewno krew z jej krwi, jej geny, jej potomność?

A było to tak. Kiedy Syn zjadł już na śniadanie to swoje zdrowe musli z bananem i mlekiem (kiedyś próbowała Matka dosypywać mu trochę czekoladowo-cukrowego Nesquika, ale wyciągał albo pluł), wymyśliła sobie Matka, że będzie super-hiper-ekstra-wypasionym- rodzicem i poda dziecku kanapkę z pysznym kremem czekoladowym, zyskując oczywiście +100 do rodzicielskiej zajebistości.
Gdy już zrobiła to, co wymyśliła (choć najwyraźniej nie dość przemyślała), potrzebne były jedynie ułamki sekund, by odnieść przerażające, lecz nieodparte wrażenie, że Syn Pierworodny zaraz nauczy się mówić tylko po to, żeby powiedzieć: "Nienawidzę Cię! Zniszczyłaś mi dzieciństwo!".

Po czym zamiast kremu zjadł kanapkę z domowej roboty pasztetem.

Wiadomo, matczyna nadgorliwość gorsza od faszyzmu. Ale żeby aż tak???
Przecież to z belgijskiej czekolady był krem. A czy może być coś lepszego od belgijskiej czekolady? Oczywiście, li i jedynie dwie belgijskie czekolady.


____________________________________________________________
* Wpis nie jest wynikiem współpracy Matki z firmą produkującą Kinder Czekoladę. A szkoda.

środa, 10 grudnia 2014

Z okazji rocznicy ślubu

Ostatnio posty na blogu stoją pod znakiem dialogów, tematów małżeńskich i rocznicowych. I tym razem Matka nie odbiegnie od obranej, choć w sumie przypadkowo, tematyki. #takimaklimat

Przypomniał się bowiem Matce pewien dialog. Sprzed lat. Konkretniej: sprzed ślubu Matki i Ojca.
Dla odmiany nie jest to rozmowa z Ojcem, ale z Ojca Kuzynką (Siostrą, jak mawia się w ich rodzinnych stronach).

Zatem cofnijmy się w czasie 5 lat, 2 miesiące i jeszcze ze 3 tygodnie. 
Mamy wrzesień dwa tysiące dziewiątego roku.
(w celu sprawdzenia roku zdjęła Matka właśnie z palca obrączkę, by upewnić się co do daty - zawsze tak robi, gdy potrzebuje gdzieś tę datę podać, ale ciiii... ja Wam o tym nie mówiłam)
Do ślubu Matki i Ojca pozostały niecałe 3 miesiące. Większość rodziny jeszcze nie wie, że Matka z Ojcem planują wywinąć wszystkim numer i hajtnąć się cichaczem w piątek w grudniu po południu. Ale wspomniana Kuzynka wie. Kuzynka Ojca to równa babka. (I jest tego Matka pewna, choć widują się rzadziej niż raz do roku.)
Właśnie z Matką opróżniły butelkę wina i zabierają się za drugą, obejrzały dwa odcinki "Seksu w Wielkim Mieście" i zabierają się za trzeci i tak im jakoś na temat ślubów zeszło. Bo temat to był wtedy aktualny. A i Matka nie zna osoby, która by więcej razy świadkowała na ślubach, niż Kuzynka Ojca (idzie na rekord), więc niejako rozmowa z ekspertem to była. 

- Ja to zawsze na ślubach płaczę. - Zebrało się Matce na wyznania. - Zawsze. Obojętnie u kogo. Zwłaszcza na kościelnych, chociaż sama niewierząca jestem. Ale jak się kiedyś rozpłakałam na cywilnym u koleżanki, a to nawet nie żadna bliska koleżanka, to aż jej tata się wzruszył. A jak on zaczął płakać, to już chyba wszyscy. 
- Mam to samo. Też zawsze płaczę - przyłączyła się Kuzynka.
- Zawsze mnie rozczula, że oni tacy przejęci i szczęśliwi. On w tym garniturze, ona w tej sukni, chociaż sama przecież nigdy o takiej kiecce nie marzyłam... Bo ja to w ogóle taką idealistką raczej jestem. I zawsze wtedy myślę - ciągnęła rozmarzona Matka - jak oni muszą się kochać, jakie to musi być uczucie, jaka miłość, że decydują się przysięgać tak na wszystko i do końca życia... 
- Poważnie??? A ja zawsze patrzę na młodą i myślę: "Boże, jaka ona głupia..." i płaczę, bo tak mi jej żal.


*
Nic się nie zmieniło. I w zeszłym roku, na ślubie Kuzynki Ojca, też się Matka wzruszała, a nie zdążyła sobie zachlipać tylko dlatego, że Syn miał akurat inne plany na czas mszy. I przez to też nie wie, czy panna młoda tym razem żałowała samej siebie.

Na jednym tylko ślubie, miast płakać i zachowywać powagę chwili, śmiała się Matka jak głupi do sera. Na własnym.

środa, 3 grudnia 2014

Jak nie fochem to sposobem, czyli po 10 latach też można usłyszeć od męża komplement

Lada moment stuknie Matce i Ojcu 10 lat razem. Z tego równo połowa po ślubie. Sami w to nie wierzą, ale jakby nie przeliczali, tyle im właśnie wychodzi.
Wychodzi też na to, że jakoś podejrzanie długo o nic się nie kłócili. Nie ma co liczyć na to, że zmądrzeli, dojrzeli, czy nauczyli czegoś na własnych błędach - statystyki są nieubłagane i chociaż aktualnie nic szczególnego nie wisi w powietrzu, w końcu coś runie, tąpnie, trzaśnie, jakaś cholera strzeli, ktoś nie wytrzyma i jednak będą te ciche dni. Życie.
Ale na razie, przynajmniej do rocznicy, oboje, sami z siebie, czynią wszystko, by to małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe. Nie żeby im to zawsze dobrze wychodziło, ale się starają. Wiadomo, Matka zbyt sielskiej atmosfery nie zniesie, swoje trzy grosze musi wtrącić, a i Ojciec nie pozostanie jej nigdy dłużnym.

***
W związku z powyższym, Matka, nauczona wieloletnim doświadczeniem, nie prowokuje sytuacji konfliktowych, czyli takich, w których będzie ZMUSZONA strzelić fochem. Za taką sytuację uznaje się np. niezauważenie przez męża/chłopaka/życiowego partnera, że jego żona/dziewczyna/partnerka była u fryzjera. Otóż Ojcu zdarzyło się to niejednokrotnie. I nie, nie chodzi o podcięcie końcówek czy zmianę przedziałka z prawa na lewo. Ojcu zdarzało się nie zauważyć, że Matka kolor włosów zmieniła albo, że dała sobie wystrzyc połowę tego, co miała na głowie.
W związku z tym , któregoś wieczora ogłosiła:
- Jutro idę do fryzjera.
- Ooo, to na pewno lepiej się poczujesz. - Ojciec sarkastycznie pił do tego, że chwilę wcześniej nakazał Matce iść do lekarza w sprawie przeziębienia, którym hojnie została obdarzona przez Syna, a który to nakaz, łagodnie rzecz ujmując, zbagatelizowała.
- Na pewno lepiej się poczuję. Ale Ciebie informuję tylko po to, żebyś mógł udawać, że zauważyłeś.

***
Następnego dnia.
Nie zauważył.

***
Kolejny dzień. Ojciec, jak zwykle, wypomina Matce, że nie jest romantyczna. Wypomina jej to już od 10 lat. Od 10 lat Matka niezmiennie powtarza mu na to, że widziały gały, co brały i że już na samym początku lojalnie go uprzedzała.
Prawda jest taka, że Ojciec każdy swój najdrobniejszy romantyczny gest (czyli często po prostu miły gest) wyolbrzymia i we własnych oczach wydaje się być bardziej wzniosły, czuły i melodramatyczny niż Romeo, Tristan czy Hugh Grant. Za to Matka, jak by się nie starała, jak by nie udawała szekspirowskiej Julii, zawsze wszystko schrzani swoim wrodzonym cynizmem i poprawi jeszcze ironią.

Taki przykład. Z początku znajomości. Ojciec był mistrzem w pisaniu romantycznych SMS-ów (takich, od których kolana miękną, a motyle w brzuchu śmigają niczym F16). Z naciskiem na BYŁ. Matkę SMS-y te krępowały, bo nie potrafiła tak ładnie i w podobnym tonie odpisywać. I kiedyś czyta takie ochy i achy na swój temat zakończone stwierdzeniem "Jesteś światłem mojego życia".
I tu taka dygresja: jak się nie chce zostać starą panną, a jednocześnie nie potrafi pisać romantycznego pierdu-pierdu, to lepiej albo udawać, że SMS nie doszedł, albo odpisać po prostu: "A Ty mojego".
Ale Matka w instytucję małżeństwa nigdy nie wierzyła, do teraz nie wierzy, tak jak i uwierzyć nie może, że jest czyjąś żoną, w związku z tym instynktu samozachowawczego nie miała za grosz. I co odpisała?
"A nasze dzieci będą miały na imię Włącznik i Wyłącznik".

Wtedy to okazało się, że i zakochany Ojciec nie ma instynktu samozachowawczego. Zęby zacisnął i nie uciekł. I tak zaciska do dziś.
Tylko regularnie wypomina Matce ten brak romantyzmu.

Wypominał i tego wieczora. Nie wiadomo już z jakiego tym razem powodu. Wiadomo natomiast, że najlepszą obroną jest atak.

- Taki z Ciebie romantyk, a nawet nie zauważyłeś, że byłam u fryzjera!
- Ja nie zauważyłem? Nie zauważyłem? Oczywiście, że zauważyłem!
- Taa, jasne - skwitowała jedynie Matka, nie dając temu wiary i wróciła do łazienki, gdzie chwilę wcześniej przerwała arcyważne zajęcie - mycie umywalki czy coś. Reszta rozmowy toczyła się więc już nie twarzą w twarz, ale przez ścianę i otwarte drzwi.
- Jasne, że zauważyłem!
- Ale jakoś nic nie powiedziałeś.
- To, że nie mówię, nie znaczy wcale, że nie zauważyłem.
Matka i tak swoje wie. To, że Ojciec mówi, że coś zauważył, nie znaczy wcale, że tak jest, ale że będzie tak twierdził dopóty, dopóki Matka nie przyłapie go na kłamstwie. Stała taktyka stosowana w większości podobnych wcześniejszych sytuacji.
- Słuchaj, a gdybym ja zauważała jaki jesteś przystojny, ale nigdy Ci tego nie mówiła... Jak byś się czuł?
Chwila ciszy. Po czym usłyszała Matka z pokoju słodki i łagodny głos pytający:
- Kochanie, byłaś u fryzjera?
Matka przybrała ton jeszcze słodszy:
- A wiesz, że tak. Jak miło, że zauważyłeś.
- Bo naprawdę pięknie wyglądasz.
- Ach dziękuję Ci bardzo. Jesteś kochany.


I można?

Można.

niedziela, 23 listopada 2014

Seks, alkohol i piłka nożna, czyli jak to jest w starym dobrym małżeństwie

***

"Ty to lubisz czytać te książki, co?" - Ooo-hoo, Matka już wie, że szykuje się gra wstępna...

***

Ojciec szedł wieczorem do sklepu. Przy okazji dostał polecenie zakupu wina. Kupił. Otworzył. Nalał.
Wino z czarnego bzu.
- A to polskie? - zapytała Matka podejrzliwie, jednocześnie nieufnie patrząc na pełny kieliszek.
- Polskie. Siła tradycji.
- A ile kosztowało?
- Siedemnaście złotych. Tak że się delektuj!

***

Matka zmęczona. Bardzo. Ojciec jej dokucza, gdyż jej zmęczenie osiągnęło już ten etap, że siedzi na wpół przytomna tylko dlatego, że nie chce jej się iść do łazienki, myć i przebrać do spania.
- Oj, dobra - odburknęła Matka na kolejną zaczepkę
- Nie mówi się "dobla" tylko "dobra".
- Powiedziałam "dobra"! A uszy to się myje a nie trzepie o wannę!
- Wiesz co, jak ty się zachowujesz? Wyobrażasz sobie, żebym ja się tak zachowywał, gdy jestem zmęczony?
- Co??? To Ty możesz mi złośliwie zwracać uwagę, że coś źle powiedziałam? Ale ja Tobie nie mogę zwrócić uwagi, że coś źle usłyszałeś?
- Wiesz co? Ty niby taka inteligentna dziewczyna jesteś... - zaczął Ojciec teatralnym tonem. - A przez 10 lat jeszcze się nie nauczyłaś... - spauzował dla podtrzymania dramaturgii - przez 10 lat jeszcze się nie nauczyłaś, ŻE TAK WŁAŚNIE JEST?!?

***

Ojciec koło południa odwozi Matkę do pracy. W samochodzie cisza. WTEM wyrzuca z siebie:
- Jak mogłaś?
- Przepraszam.
- Ale jak Ty mogłaś... - Mimo szczerej skruchy Matki, jest wyraźnie zdruzgotany.
- No przepraszam. Naprawdę nie wiem jak mogłam wczoraj...   zasnąć w trakcie.
- W trakcie? W trakcie??? To naprawdę dużo powiedziane. Ty zasnęłaś w "TR", o "AKCIE" to jeszcze mowy nie było!!!

Ale do pracy zawiózł.

***

Kilka dni po historycznym meczu Polska - Niemcy 2:0.
- Ha! A dzisiaj mecz - poinformował wszystkich obecnych (czyli Matkę i jej Matkę) uradowany Ojciec Pierworodnego.
- Nie, dzisiaj wtorek, "Prawo Agaty". - Mniej więcej raz na trzy/cztery odcinki Matka niby ogląda serial, czyli raczej tylko jednym okiem i bez żadnych emocji, ale postanowiła się z Ojcem podroczyć.
- Ale... ze Szkocją dziś grają - powiedział z nadzieją w głosie, licząc na to, że Matka zrozumie.
- Wiesz co, dopóki nie wygrywali byłeś bardziej romantyczny... 
- Noooo... i wszyscy do teraz się ze mnie śmieją.
- Śmieją się, że zamiast oglądać mecz od początku to oglądałeś ze mną film romantyczny?
- Dokładnie.
- To po co się chwalisz?
- Bo każdy pyta. Więc odpowiadam, że nie widziałem od początku, bo oglądałem z żoną film romantyczny. A potem się śmieją.
- Ale jak się śmieją?
- No tak: "he, he".
- A jaki film? - wtrąciła się Matka Matki.
- "Debiutanci". A jak to mówię to dopiero się śmieją. "HE, HE".
- To nie mów.
- Ale to tylko faceci się śmieją. Za to kobiety jak słyszą, że nie widziałem całego meczu, bo oglądałem z żoną film romantyczny to robią tak: "Aaaaach".
- I wszystko jasne. - Matka nie potrzebowała już dalszych wyjaśnień.
- A jaki mecz? - wtrąciła się Matka Matki.

***

- Zobacz, zabrałem się za te papiery - zagaduje w biurze Ojciec, wyraźnie licząc na pochwałę.
- No i dobrze - burknęła groźne Matka, która od dłuższego czasu o zabranie się za papiery prosiła.
- Arrrr! - zawarczał, powiedzmy, zalotnie. - Jeszcze tylko taki pejczyk dać Ci do ręki...
- No i co jeszcze? Wysokie kozaczki i wiązany gorsecik?
- Nie, pejczyk i Twój charakter w zupełności wystarczą.


poniedziałek, 17 listopada 2014

Kto bogatemu zabroni?

Szła Matka do pracy. Do pracy Matka chodzi wzdłuż Wisły, trasą, którą po zmroku Ojciec Pierworodnego nie pozwala jej chodzić. Jednak i tak czasem pomyka, mając stracha, że hej. Gdyż ponieważ okolica to szemrana. Jednak do i z pracy trasa najkrótsza.

Szła więc Matka dziarsko przed siebie. Mijając panów, którzy to panowie często gęsto oblegają barierkę prowadzącą wzdłuż trasy. W sumie Matka nie wie, czy to zawsze Ci sami panowie oblegają, czy jednak jest ich więcej i ustalają między sobą dyżury. Grunt, że barierka jest oblegana niemal całą dobę.
Panowie pełniący dyżur tego przedpołudnia spożywali napoje wyskokowe i to raczej te z niższej półki. Nie da się ukryć, że spożywali je akurat w tym momencie. Jednak poczynić można daleko idące przypuszczenia, graniczące z pewnością, że spożywali je także dzień wcześniej i jeszcze dzień wcześniej i jeszcze dzień...

Gdy przyszedł moment, że trasa Matki zbiegła się w jednym punkcie z miejscem towarzyskiego spotkania panów, usłyszała Matka ich rozmowę.
Panowie, jak to panowie, o czym mogli dyskutować?
Jasne że o samochodach.

Kilkanaście metrów dalej jakiś zbłąkany kierowca zawracał swoim BMW.

- To z tych droższych jest - powiedział ze znawstwem w głosie jeden z panów. Istotnie, samochód na tani nie wyglądał. Towarzystwo przyglądało się zawracającemu powoli autu z dużym zainteresowaniem. W związku z tym pan-znawca motoryzacji wykorzystał szansę, by zabłysnąć przed kolegami.
- No to taki już droższy jest. Droższy. Bo to jest... - wyraźnie miał ochotę podać model, ale żaden nie przyszedł mu do głowy. - Bo to jest... taki droższy. To kosztuje... - ceny też nie był w stanie oszacować, dlatego po krótkiej pauzie bezpiecznie zakończył - nooo... tyle, co te droższe.
Jednak panujące rozmarzenie wśród zebranych, swoim "trzeźwym" stwierdzeniem, szybko i dobitnie przerwał jeden z nich:
- No i ch_j tam! Jak ja bym miał pieniądze to bym srał na BMW. Ja to bym Porsche jeździł.*

No ba.

Jak Matka by miała pieniądze... pewnie nadal nie miałaby nic przeciwko jeżdżeniu Fordem, ale może, zamiast tak gnać do roboty, to od rana z koleżankami popijałaby kolorowe drinki z palemką gdzieś nad wodą...

Ludzie nie doceniają tego, co mają.
A są i tacy, którzy nie doceniają nawet tego, czego mieć nie mogą.


_____________
* W chłodny i ponury listopadowy dzień wypowiedź tego pana wydała mi się tak smutna, że aż zabawna. Albo odwrotnie. Grunt, że stała się piątkową myślą przewodnią, czyli jak to mówią zrobiła mi dzień. 


piątek, 14 listopada 2014

Pokazywałam jak byłam mała, a teraz trochę się wstydzę

Październik zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Listopad gnije wraz z dywanem liści na chodnikach. Niedawna szaruga z godziny 17:00 dziś jest ciemnością o 16:00. I tak godziny przeciekają przez palce, uciekają kolejne dni i kolne posty z głowy. Ciężko powiedzieć czy to rzeczywiście permanentny niedoczas czy może jednak utrata dotychczasowej łatwości w spojrzeniu na wszystko jak na temat do rozwinięcia. Chcieć by się chciało, a jednak nie ma siły włączyć komputera, odpalić strony czy nawet sięgnąć po długopis, aby coś zanotować.

Znużyła mnie ta jesień.
Całkiem.

Tonę w pracy, książkach, stercie prania i własnych myślach.

***
Od kilkunastu dni znamienne 29 i pół. Teraz już z górki do kolejnej dziesiątki. A potem? Nie wiadomo. Chyba już nic. Grobowa deska. Ciemność, ciemność widzę. Marność nad marnościami. I wszystko marność.

Patrząc na siebie oczami Pierworodnego, Matka myśli czasami, że z tym życiem po 30. jest trochę jak z życiem na Marsie - raczej niemożliwe. Trzydzieści? Przecież nikt nie ma tylu paluszków żeby to pokazać. I kto by do tylu zliczył, jak już rachowanie do dziesięciu to w sumie nuda i nic ciekawego?

A skoro potem i tak nic nie ma, ostatnim tchnieniem młodości Matka sobie zaszalała.
No dobra. Specjaliści w tej dziedzinie zgodnie orzekają, że raczej w kategoriach pieprzyku niż tatuażu należy matczyne szaleństwo rozpatrywać. Nie zmienia to faktu, że spełniła swoje wieloletnie marzenie. W związku z tym uprasza się o niewyśmiewanie.

Bo pewnie ktoś ciekawy chciałby zobaczyć, co?
.
.
.

Nadszedł ten moment.
Po blisko dwóch latach anonimowej bytności w sieci, nieszarżowania wizerunkiem własnym, ani tym bardziej swojego dziecka, z grozą w sercu i duszą na ramieniu ujawnia Wam Matka jak wygląda...                     jej ręka. (Zaznaczając, gwoli kronikarskiej ścisłości, że na żywo jest szczuplejsza.) Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że gdy już się to stanie, jej życie na zawsze się zmieni. Matki życie, a jej ręki tylko przy okazji. Bo czy z tak charakterystycznym tatuażem, takiej wielkości i w takim miejscu, można pozostać nierozpoznanym wśród tłumów?
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Jeszcze chwila
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Już za moment
.
.
.
.
.
.
Tadaaaam...





Uprzedzając pytania.
Nie, nie wyjaśnię jakie jest jego znaczenie. To nazbyt osobiste.
Tak, bolało. Ale nie tak mocno jak się spodziewałam.


Wiem, rozmach tego wzoru robi wrażenie. Taka na przykład Jadźka, największa specjalistka od dziar w polskich parentingach, to się aż opluła z wrażenia, gdy zobaczyła powyższe zdjęcie. Po czym, by nie zrobić Matce przykrości, orzekła, że jest uroczy i odważny.
Wy też nie róbcie Matce przykrości ;-)


niedziela, 2 listopada 2014

Jest takie jedno imię... Tradycja

Od początku września wszelkie zarazy nie oszczędzają Pierworodnego. Raczej okrutnie rzucają mu się do gardła, ilekroć tylko znajdzie się w ich pobliżu. W dodatku wygląda też na to, że odchorowuje on każde spotkanie z dziadkami. Odchorowuje w sensie dosłownym. Właśnie gorączkuje drugi raz z kolei.
Spryciarz - upiekło mu się tym samym pierwsze przedszkolne upokorzenie.
Bal Halloweenowy, a co się z tym równa - przygotowany dla niego przez Matkę strój. Owszem, miała Matka dylemat, gdzie kończy się kreatywność a gdzie zaczyna bycie rodzicem wyrodnym, jednak absencja Syna na pierwszym przedszkolnym balu przebierańców uwolniła ją od tych niepewności i na zawsze pozostawiła kwestię bez odpowiedzi. Nie dowie się już czy mocno za złe miałby jej po latach wysłanie go do przedszkola w piżamce-pajacyku i wmówienie, że był przebrany za Straszny Sen.
Ale żeby nie było: piżamka czarna i z kościotrupem. I do tego nawet Matka sprawiła mu za 4,90 zł maskę a'la potwór z "Frankensteina" (aktualnie chodzi z nią nawet spać). Pierworodny kreatywność Matki kupił, ale nie wiadomo na jak długo, za kilka lat pewnie i tak dostałaby opiernicz. Z drugiej strony na swoją obronę miała Matka to, że na dzień przed balem wybór zawężony był jedynie do przymałej piżamy i pięknego stroju myszki. Niestety falbanki wskazywały na to, że myszka była dziewczynką. Pierworodny kostiumem myszki był zachwycony, mimo to Matka z Ojcem uznali, że aż tak okrutni znowu nie są i tego dziecku nie zrobią. Po prostu każde skorzystało z własnych przedszkolnych doświadczeń i wybrali mniejsze zło. Ojciec po dziś dzień jako traumę wspomina swój strój pszczółki - nic to, że był oryginalny i najlepszy z całej grupy, kilkulatek wolałby być jednym z tłumu kowboi czy kolejnym Zorro. Matka z kolei pamięta jakim szokiem było dla niej, gdy po kilkunastu latach przeglądała stare, przedszkolne fotografie i zobaczyła siebie w obciachowych świecących portkach na tle paskudnej sztucznej choinki, wiecie, takiej z watą udającą śnieg, anielskimi włosami i bombkami nie grzeszącymi urodą... I to uczucie... gdy dotarło do niej jaką bzdurę wmówiła jej własna matka. Otóż 4-letnia Matka przebrana była za Balową Dziewczynkę. WTF? Najdziwniejszy w tym nawet nie był sam pomysł, liche przebranie czy mało wyszukany tytuł (Balowa Dziewczynka, rili?), ale fakt, że w Matce, która od lat najmłodszych, ku rozpaczy rodziców, nie dawała się ubrać w byle co, podejrzenia zaczęło to wszystko budzić dopiero po jakichś 15 latach. Z tym, że nie wywołało to w niej traumy, jak w Ojcu, a jedynie rozbawienie. Stąd to mniejsze zło. Niestety, tym razem gorączka u Pierworodnego pojawiła się na godzinę przed balem.

Poza tym jakoś ogólnie mało tradycyjnie w tym roku u Matki. I nie chodzi nawet tak bardzo o to, że cały 1 listopada przesiedziany w domu. Bo Syn niewyraźny. Bo Ojciec zapracowany. I że ominął ich przez to wyjazd w matczyne rodzinne strony. Ale rzecz przedziwna się stała, jakby święta w ogóle nie było. Czegoś zabrakło. Tradycji nie stało się zadość. Niedosyt, pustka i brak. Jakieś niedopełnienie pozostało. Otóż pierwszy to był od lat dzień Wszystkich Świętych bez obejrzenia ulubionego filmu Ojca Pierworodnego. Wyobrażacie sobie, żeby raz do roku Polsat nie puścił Kevina? No właśnie.
Jest taki film, który telewizja nadaje regularnie. W tym zwykle w okolicach 1 listopada. A jego tradycja jest znacznie dłuższa niż samego Kevina. I jest to jeden z dwóch najbardziej ulubionych z ulubionych filmów Ojca. A jak wiadomo, filmy najbardziej ulubione z ulubionych ogląda się zawsze ilekroć się na nie trafi, choćby każdą kwestię znało się na pamięć, a rzecz jasna w filmach najbardziej ulubionych z ulubionych oczywistym jest znajomość każdej kwestii. Dla Matki takim filmem jest "Śniadanie u Tiffany'ego". Dla Ojca zaś pierwszym jest, kultowy także i dla niej, "Ojciec Chrzestny". Drugim, tym oglądanym rokrocznie, nadającym porządek świata, dającym poczucie bezpieczeństwa przez swą stałość, powtarzalność i przewidywalność... będącym ostoją poprzez swoistą obrzędowość jego oglądania... filmem, którego już sam tytuł w matczynej rodzinie kojarzy się z jej mężem... filmem, który stał się za sprawą Ojca świątecznym obyczajem, filmem którego oglądanie jest już rytuałem... filmem, który mimo tego wszystkiego do Ojca zupełnie nie pasuje... wreszcie JEDYNYM filmem, na którym Ojciec Pierworodnego roni łzy... 

i w końcu filmem, którego w tym roku wyjątkowo żadna stacja telewizyjna nie nadawała jest




"Znachor"

Ech, współczesne media nie dość dbają o siłę tradycji. Nie dość. Za rok, dla pewności, trzeba będzie odszukać tę wersję, którą ma się na DVD.
#tojużnietosamo #smuteczek

A jeżeli nie jesteście w stanie wczuć się w ten brak, którego Matka z rodziną w tym roku doświadczyli, wyobraźcie sobie choćby: świąteczne zakupy w markecie bez "Last Christmas" w tle, Boże Narodzenie bez mandarynek, Nowy Rok bez kaca, wigilię długiego majowego weekendu bez oblężenia sklepów jakby szykowała się wojna nuklearna, maturę bez czerwonych gaci, wesele bez obciachu podczas oczepin, pierwszy dzień wiosny bez narzekania, że zimno, Tłusty Czwartek bez nadzienia w pączku, zmianę czasu bez grupowej narady, w którą stronę przestawić zegarki i zastanawiania się czy w telefonie zmieniało się samo nie czy.     
Tradycja to tradycja. Nie ma na nią rady.