poniedziałek, 4 maja 2015

Rysie nie zapominają



Zdążyła Matka 29 kwietnia wieczorem pomyśleć: "Uff, już tylko do jutra składanie PIT-ów. Może jak się skończy temat 'jednego procenta' to se morświny odpuszczą...". Bo, jakby to nie zabrzmiało, Matka czuje się prześladowana przez ginące gatunki.
Zaczęło się niewinnie, gdy ją ekolodzy zakręcili po całym dniu siedzenia w domu z półtorarocznym dzieckiem i wpuściła ich do mieszkania tylko dlatego, że byli dorośli i mówili więcej niż "mama" - jakoś tak wyszło, że w wyniku tego zapisała się do WWF.
Dali zniżkę do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Raz na jakiś czas przysłali broszurkę. I tyle.
Ale od kilku miesięcy Matka jednak czuje się coraz bardziej osaczona. Nie dość, że broszurki zwiększyły częstotliwość pojawiania się w skrzynce to w dodatku zbystrzał je Pierworodny. Wieczory zaczęły upływać na czytaniu na dobranoc ulotek o rysiach, morświnach, tygrysach... W pracy też coraz częściej zaczęło pojawiać się logo WWF. To akurat przypadek nie mający związku. Ale w końcu doszło do tego, że gdzie nie spojrzeć tam logo z pandą. Tu prośba o 1%, tam o przelew na foki...
Aż któregoś dnia, chyba w marcu...

dzyń! dzyń!

- Dzień dobry - powiedziała z entuzjazmem dziewczyna stojąca za drzwiami, która swym strojem nie budziła wątpliwości skąd przychodzi. Koszulka, identyfikator, teczka - wszystko z logo WWF.
- Nie, dziękuję - wystrzeliła jak z procy Matka zahartowana już w bojach, i której do dziś bywa wypominany przystojny wolontariusz sprzed ponad roku. Dodatkowo jeszcze miała "nerwa" po sytuacji sprzed kilku dni, kiedy do drzwi zadzwonił bezdomny - jak to zwykle bywa podszedł Matkę na litość, ogołociła dla niego lodówkę, oddając mu jogurt Pierworodnego, kabanosy Ojca, swoje ciastka i jeszcze świeczki, które dostała od Teściowej. A na koniec spotkała się z wyrzutem, że nie dołożyła złotóweczki na coś do posmarowania chleba.
Tym razem za progiem stała rozentuzjazmowana ekolożka, której na dźwięk matczynego "nie, dziękuję" mina zrzedła, zamieniając usta w klasyczną podkówkę i omal nie wyciskając łez z oczu. I wtedy padło to pytanie. Pytanie połączone z wyrazem twarzy zbitego szczeniaczka:

- Ale dlaczego? Nie lubi pani zwierzątek?

Na te słowa twarz Matki nabrała niekontrolowanego grymasu, którego zapewne nabrałaby twarz każdej dorosłej osoby, która od drugiego obcego, dorosłego człowieka usłyszała właśnie pytanie: "Nie lubi pan/-i ZWIERZĄTEK?".

- Powiedzmy, że już jestem do Was zapisana. I dlatego "nie" i "dziękuję". - Jak najszybciej starała się zakończyć tę rozmowę Matka.
Dziewczyna cała się rozpromieniała, a jej oblicze znów nabrało niezdrowego entuzjazmu.

- A więc jednak lubi pani zwierzątka!?!

- Yyy... to ja już dziękuję. - Wycofała się przerażona Matka, szybko zamykając za sobą drzwi. Kurczę, jakoś tego bezdomnego tak się nie bała.

W sumie to nie wina WWF, że się Matka zbytnio nie lubi zrzeszać i jednoczyć. Zapisała się to teraz ma. Bo do samej ekologii nie ma Matka uprzedzeń. Od lat segreguje śmieci, w biurze drze ryja, gdy ktoś kartki marnuje, dokarmia ptaki, ma odchyły na punkcie używania jednorazowych woreczków i zawsze ma w torebce jakąś reklamówkę na wszelki wypadek. I nawet żelazko kupiła, co to podobno jest eko i eco. A że Matka prawie nie prasuje to właściwie jest eko i eco do kwadratu.

Zdążyła więc ochłonąć po wizycie dziewczyny od zwierzątek i pomyśleć, że po PIT-ach pewnie już sobie odpuszczą, jak przyszedł SMS:

"Rysie, foki i morświny twierdzą, że dziś Twoje urodziny. Z tej okazji ślą życzenia zdrowia, szczęścia, powodzenia. Cała przyroda się raduje i z Tobą świętuje."

- Zaczynam się ich NAPRAWDĘ bać - stwierdziła Matka.
- Teraz to ja już też - złowrogo dodał Ojciec.

środa, 29 kwietnia 2015

Projekt: dziecko



Kiedy człowiek może dowiedzieć się czegoś fundamentalnego o swojej roli rodzica? Zwykle, kiedy się tego nie spodziewa. Skąd? Ni stąd, ni zowąd. Takie rewelacje spadają znienacka. Uwaga, jeśli trafią, mogą zrobić krzywdę. Temu na kogo spadły, a w skrajnych przypadkach, nawet temu, kto rewelacją zarzucił.
Matka na przykład wiedzę kluczową na temat swojego macierzyństwa (a rykoszetem także na temat ojcostwa swojego męża) posiadła na przedszkolnym korytarzu. A nie może być to rewelacja wyssana z palca, pic na wodę ani fotomontaż, gdyż uraczyła nią Matkę sama pani dyrektor przedszkola, jednocześnie ceniona i doświadczona pani psycholog.

Jak powszechnie wiadomo Syn Pierworodny jest małym freakiem. Ma swoje zajawki, dzikie pomysły, myśli nieuczesane w równym stopniu, co loki na głowie. Ma swoje najróżniejsze małe dziwactwa, które wprowadzają koloryt w ten świat w modnych od kilu sezonów odcieniach szarości. Matce zupełnie te jego cudactwa nie przeszkadzają. Pielęgnuje je wręcz. I coraz częściej czuje żal, gdy czas panowania któregoś się kończy, choć zwykle oznacza to, że nastało już nowe. Dba o nie Matka i pielęgnuje, bo wie jak nieubłaganie płyną lata i ani się obejrzy, a Syn nie będzie chciał już być uroczym oryginałem, ale wtapiać się w tłum rówieśników, buntujących się przeciw światu, systemowi i wszystkiemu, co rodzice uważają dla nich za najlepsze. Matce zaś każe nie robić siary - zapewne zwrot "robienie siary" już sam w sobie będzie wtedy siarą, archaizmem, skamieliną na miarę Matki i dinozaurów.
Ale na razie Syn ma głęboko w zakatarzony nosie, co kto o nim myśli, co powinien lubić, a czego nie, czym jako trzyletni chłopiec powinien się bawić, a czym nie, czym warto się interesować, a co jest bez znaczenia.

I tak na przykład 10 stycznia Pierworodny założył sobie na szyję zabawkowy stetoskop.
No co, no, założył to przecież zdejmie.
Nosił, bawił się nim. Albo i nie. Głównie tylko nosił. Zdjął. 10 kwietnia.

Jedyne, co udało się Matce i Ojcu przez te 3 miesiące, to po kilku pierwszych dniach przekonać Syna do zdejmowania słuchawek przed kąpielą. I to tyle. Do końca nie wyperswadowali dziecku pomysłu spania w tym ustrojstwie. W związku z tym Pierworodny ze stetoskopem na szyi spał, jadł, bawił się, chodził na spacery i do przedszkola (gdzie również nikomu się nie udało stetoskopu mu wyperswadować, w związku z czym spał z nim, jadł, bawił się, chodził na spacery...). Ojciec, odbierając Syna z placówki, wołał na wejściu: "Po pana doktora" i od razu każdy wiedział, które dziecko mu dostarczyć, podczas gdy Matce, posługującej się imieniem, choć niepowtarzającym się w grupie, próbowano już wcisnąć nie jej syna, "bo tacy podobni, że czasem się mylą".
I mniej więcej po jakichś 2 miesiącach trwania takiego status quo Matka dowiaduje się z ust pani psycholog a'propos słuchawek na szyi Syna: "My tu właśnie tak rozmawialiśmy, jak to rodzice projektują przyszłość swoim dzieciom...".
Mogła Matka powiedzieć prosto z mostu: "Co, kurwa?!", ale strach pomyśleć o czym wtedy kadra przedszkola by dywagowała, więc zamiast tego grzecznie zaczęła tłumaczyć. Że Pomysł ze stetoskopem jest autorstwa Pierworodnego, że zestaw małego lekarza dostał półtora roku wcześniej, kiedy panicznie bał się wszelkich badań, a czekała go wizyta u alergologa - zabawka miała go oswoić z lękową sytuacją. Nie oswoiła. Że ponad rok leżała niemal zapomniana, aż pewnego dnia Syn założył słuchawki i stwierdził, że w nich zostaje. Ot i już. Żaden przymus, żadna obowiązkowa zabawa w pogotowie, żadne kucie na blachę nazw poszczególnych mięśni po łacinie, nawet "Ostrego dyżuru" czy "Chirurgów" nie ogląda. I choć różne dziwne rzeczy zdarza się Matce czytać dziecku na dobranoc to do "Encyklopedii zdrowia" jeszcze nie doszli. Słuchawki założył, bo mu się spodobały. Dziewczynki zakładają korale, on założył stetoskop. Nie ma korali, a gdyby miał Matka też by nie protestowała, jedynie w kwestii spania w nich bardziej by walczyła.
Pani dyrektor posłuchała wyjaśnień Matki, nie kryjąc pobłażliwego uśmiechu pt.: "gadaj zdrów - ja wiem swoje", po czym zwróciła się do przechodzącej obok koleżanki: "Jak to rodzice projektują przyszłość swoim dzieciom...". Tym samym zamknęła w klamrę odbytą rozmowę. Matce nie chciało się już niczego dodawać.

Ale co teraz? Co jeżeli zostanie tym lekarzem? Wszystko wina Matki i Ojca. Bo przecież może on wcale nie chce. Nawet Matka nie wie czy chce. A jak on nie będzie szczęśliwym lekarzem? A jak on się zatnie tym skalpelem? A w tych szpitalach tyle zarazków... Zresztą, jak on by miał zostać chirurgiem, skoro Matce wciąż nie udaje się oduczyć go oblizywania noża? [#suchar]
Co więc w zamian? Tyle bawi się samochodami. Zabronić? Bo co jak zostanie kierowcą? Tyle się słyszy o tych wypadkach...
Przecież to takie mądre dziecko. Może niech lepiej nie bawi się w piaskownicy, bo jeszcze zostanie pomocnikiem murarza i nadźwiga się tych cegieł... Lepiej niech książki dźwiga.
Ale może jednak lepiej nie uczyć go czytać i pisać? Zawód pisarza taki niepewny...
Może lepiej nie uczyć go mycia naczyń? Jeszcze skończy w Anglii na zmywaku...
I niech za szybko nie biega. W tym sporcie to wiecznie jakieś kontuzje i sterydy.


Nie tak łatwo jest zaprojektować przyszłość swojemu dziecku!
Niech już Syn lepiej sam zdecyduje, czego pragnie i kim chce być. Matka ma wystarczająco dużo dylematów, rodzicielskich strapień, analiz wszelkich możliwych wychowawczych alternatyw i twardych orzechów do zgryzienia.

Z drugiej strony niech on się od orzechów trzyma z daleka! Alergię ma przecież.


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Co to jest: duże, żółte i trzy?


Szczerze? Matka też nie wie. Ale w świecie Pierworodnego tak wygląda IDEAŁ.

Syn lubi wszystko nazywać, opisywać i przypisywać do jakiejś kategorii wedle ustalonych przez siebie i często sobie tylko znanych kryteriów.
Od jakiegoś już czasu w jego świecie funkcjonują trzy kategorie.


DUDY czy AŁY?

Kilka tygodni temu do Słownika Języka Pierworodnego weszło słowo duży. Od tej pory wszystko wokół musiało być dude. Duży widelec, duży talerz, duża porcja (bezczelnie zżerał Matki obiad, a jej kazał zadowalać się bejbi-porcją na talerzyku w kaczuszki i wiewiórki). Największe jabłko. Duża szklanka. Duża słomka. Soku oczywiście dudo.
I on też na każdym kroku musiał podkreślić, że jest dudy. 
Aż pewnego dnia nauczył się mówić mały. I teraz zgaduj-zgadula. I pytaj codziennie, najlepiej po kilka razy, bo przecież mógł zmienić zdanie:
- A dzisiaj jesteś duży czy mały?
Zwykle działa to tak, że ały  jest wtedy, kiedy coś musi, a dudy, kiedy czegoś chce.
Przy czym należy podkreślić, że bycie małym i bycie dzidzią to nie to samo. Bycie dzidzią go obraża.
Ały, nie didi!!!
Bo dzidzie muszą pić mleko, a on mleka nie lubi. Dzidzie nie jedzą słodyczy i nie potrafią tylu fajnych rzeczy, które on potrafi. Bycie dzidzią jest uwłaczające, dlatego on nigdy dzidzią nie był, o!


CIÓŁCI

Co najmniej od pół roku Pierworodny zna kolory. Nie żeby tam zaraz rozróżniał różowy od łososiowego czy indygo od kobaltu, ale jak na faceta i tak jest dobrze. Pewnie niedługo nauczy się jeszcze odróżniać metalik od zwykłego i już do końca życia będzie usatysfakcjonowany swoją wiedzą w tej dziedzinie.
Tymczasem...
nauczył się mówić żółty. I w związku z tym, jak łatwo się domyślić, wszystko powinno być żółte.
Jeżeli chcesz, żeby Pierworodny zjadł, założył, czy zrobił cokolwiek za czym nie przepada, wystarczy, że będzie to żółte. Żółty talerz, łyżka, koszulka itd.
Aktualnie w świecie Pierworodnego kolory można podzielić na trzy kategorie (bo w świecie Pierworodnego wszystko można podzielić na trzy, do czego dojdziemy za chwilę): żółte, podobne do żółtego i nie-żółte.
Żółte to żółte, wiadomo.
Podobne to np. beż albo pomarańcz - nazywane żółtymi, ale ze znakiem zapytania na końcu.
Nie-żółte to cała reszta.

- Synku, jaki to kolor?
- Ciółci.
- Brawo! A ten?
- Ciółci-nie.


TŚY

Najważniejszym liczebnikiem jest trzy. W świecie Pierworodnego trzy jest liczbą doskonałą i dlatego, co oczywiście oczywiste, wszystkiego powinno być trzy. Jeżeli chcesz Syna przekupić (a jak powszechnie wiadomo, choć nikt tego oficjalnie nie mówi, przekupstwo to podstawowy środek wychowawczy), nieważne co zaoferujesz - ważne jedynie, żeby było tego trzy. Jeżeli bawicie się w sklep, u subiekta Pierworodnego, z całą pewnością cena wynosić będzie trzy (waluta dowolna) - taki sklep "Wszystko po 3". Jeżeli pyta o godzinę, nie chce usłyszeć która jest godzina. Chce usłyszeć, że jest trzecia, albo że o trzeciej coś się wydarzy, ewentualnie, że jest "trzy po". Jeżeli macie coś razem liczyć, najlepiej żeby zacząć i skończyć to liczenie trójką. Jeżeli zaczniesz tradycyjnie, od jedynki, na trzy i tak pewnie każe skończyć, bo reszta liczb jest zwyczajnie nieciekawa i niewarta uwagi.  A jakaż to radość móc powiedzieć, że ma się trzy lata...

Z kolei Matki ulubiony z powtarzających się w domu dialogów to ten, gdy Syn grymasi przy posiłku (zazwyczaj dlatego, że myśli już o deserze) - wtedy, z góry znając odpowiedź, Matka prosi:
- Oj weź zjedz jeszcze dwie łyżki...
- Nie! TŚY!!!
- No dobra, niech będą trzy.
I zjada Syn jeszcze trzy łyżki z posmakiem zwycięstwa.


Dudy/ały, ciółci/ciółci-nie oraz tśy - to w zasadzie są trzy główne kategorie w jakich Syn Pierworodny opisuje aktualnie świat. Pomocne są w kategoryzowaniu ludzi, zwierząt, zjawisk przyrodniczych, przedmiotów codziennego użytku, jedzenia czy szeroko rozumianej sztuki (przede wszystkim własnej rzecz jasna).
Ewentualnie można by dodać jeszcze jedną, choć mniej uniwersalną, kategorię określającą kształt. Kółko. [Pięknie wymawiane.] Prosta sprawa - jeżeli coś jest okrągłe, bądź posiada kółka czy inne okrągłe elementy, po prostu warto to podkreślić i już. Jest też pu-pu. Pu-pu to puk-puk. A co robi puk-puk? Oczywiście serce. Zasada w stosowaniu ta samo, co przy kółku.
Przy pomocy tych kilku pojęć Syn opowiada sobie całą rzeczywistość. Sprawdza, liczy, dodaje i rachuje czy wszystkiego na pewno jest trzy. Określa czy coś jest żółte. I dzieli na małe i duże.

Jego świat jest teraz tak pięknie prosty i poukładany, że nie ma Matka serca wprowadzać do niego słów tak brzydkich i siejących zamęt, jak: średni albo czterdzieści siedem (przecież to nawet nie dzieli się przez trzy)... czy takich odcieni jak: jasnożółty, cytrynowy, złoty... 

A gdzie tu jeszcze musztardowybananowy, waniliowy, kanarkowy czy szafranowy? Co z innymi kolorami?
Gdzie tu jeszcze tyci, ogromny, obszerny, wysoki, niski, opasły, wąski, wątły, otyły, szczupły, rachityczny, puszysty, gruby, chudy, anorektyczny? Co z liczbami ujemnymi? Co z ułamkami?
Ukrywać istnienie? Udawać zaskoczoną, kiedy wyjdzie na jaw, że są na tym świecie takie dziwactwa jak pięć i jedna czwarta?
Tak ciężko Matce na samą myśl, że kiedyś jej synek będzie miał codziennie trudniejsze dylematy niż ustalenie, czy dziś jest mały czy duży...

środa, 1 kwietnia 2015

Zdziwienie jest nieodłącznym elementem rodzicielstwa



Kiedy człowiek nie ma jeszcze dzieci, wyobraża sobie, że gdy już je kiedyś będzie miał, to to posiadanie ich będzie wyglądało jak w kolorowych reklamach, serialach TVN-u, u sąsiadów spod piątki, tych co mają taki bajerancki wózek albo jak u tych dawnych znajomych, z którymi kiedyś do białego rana, a teraz to tylko z daleka widzi się ich, jak odprasowani idą całą rodziną w niedzielę po kościele na lody (dla najmłodszego tylko wafelek, wiadomo).

Człowiek myśli, że na początku to puszyste pluszaczki, białe bodziaki, pastelowy pokoik, potem gryzak i grzechotka. Myśli, że będzie śpiewał kołysanki i przeboje Fasolek, czytał "Kubusia Puchatka" i oglądał "Bolka i Lolka". Myśli, że dzieci to piją mleko, lubią lizaki i czekoladę. I jeszcze, że godzinami można się z nimi znakomicie bawić kolejką...

A potem zostaje się rodzicem. I można się zdziwić.
Taka Matka Wyluzuj! na przykład, od trzech lat dziwi się nieustannie.

Zdziwiło ją choćby to, że dzieci wcale nie lubią puszystych pluszaczków. Owszem, Syn Pierworodny lubi jednego pluszaka, pieska, ale od dłuższego czasu zdecydowanie nie można nazwać go puszystym. Pierworodny tacha go ze sobą wszędzie, zwłaszcza do przedszkola, śpi z nim, na nim, pod nim, a najczęściej ściska go pod pachą, żeby mieć wolne ręce. Przez to piesek swoje wnętrze (w miejscu ściskanym pod pachą), jak i zewnętrze (w całości) ma mocno wyeksploatowane. I zasadnicza kwestia - nie pozwala go prać. No chyba że Matka właśnie kończy wieszać wyjęte z pralki mokre pranie - wtedy stwierdza, że jeszcze pieska trzeba uprać. Chociaż dwie godziny wcześniej, gdy przed nastawieniem programu, Matka błagała by to zrobić, Syn twierdził z całą mocą, że nie ma takiej potrzeby.
W każdym razie, poza pieskiem, pluszaki mogą nie istnieć.

W temacie zabawek można się jeszcze zdziwić nie raz i nie dwa. Takie gryzaki dajmy na to. Człowiek myśli, że to produkt obowiązkowy. Że bez tego, butelki i konika na biegunach to się nie da wychować normalnego dziecka. Myśli tak, bo najpierw dostaje gryzaki w gratisie kupując wózek, wanienkę i śpioszki, potem dostaje kolejne, gdy przychodzą goście oglądać noworodka. A jeszcze w międzyczasie drugie tyle dostaje od każdej z koleżanek po ich dzieciach - błędne koło, bo powstaje myśl, że skoro każda z koleżanek miała 15 gryzaków na stanie to widocznie tyle trzeba mieć (to tak jak z pieluchami tetrowymi i flanelowymi w listach wyprawkowych - zawsze jest napisane, że TRZEBA mieć 15 takich i 5 śmakich, ale nigdy nikt nie napisał po co. Kupuje się je mimo wszystko, tak na wszelki wypadek, bo skoro wszędzie piszą, że TRZEBA 15 takich i 5 śmakich to widocznie trzeba, bo może bez tego dziecka nie wydadzą ze szpitala, czy coś). Tymczasem z gryzakami jest tak, że koleżanki oddają je sobie, bo też tyle tego w gratisie do wózka dostały, a potem jeszcze od ciotek, które kupiły, bo za ich czasów takich nie było a to ładne, potrzebne i w ogóle. A tak w ogóle to dziecko zazwyczaj w głębokim poważaniu ma te gryzaki. Rodzice trzymają je dlatego, że w każdej publikacji na temat ząbkowania napisane jest, że pomagają na bolące dziąsełka (czyt. na darcie paszczy 30h/dobę), a ta myśl i świadomość, że te gryzaki są i to są w każdym kącie mieszkania, daje jako takie poczucie bezpieczeństwa. Złudne, bo złudne, ale jednak poczucie bezpieczeństwa. Rodzicowi rzecz jasna. Który i tak te gryzaki, prawie nieużywane odda kolejnej koleżance.

Tyle o gryzakach. Ale są jeszcze grzechotki i cała reszta kolorowego i hałaśliwego dziecięcego stuffu. I to jest dobre, a im bardziej hałaśliwe tym lepsze. Ale nie oszukujmy się, tylko na chwilę. Matka nie zna dziecka, które na pewnym etapie życia nie zamieniłoby KAŻDEJ zabawki w zamian za zgniecioną plastikową butelkę po wodzie mineralnej. Nie ma takich dzieci i już. A i tak każdy rodzic zdziwiony.

Przez kilka tygodni ulubioną zabawką Pierworodnego był karton po Jack'u Daniel'sie. I nawet temu przestała się Matka dziwić, jak okazało się, że inne dziecko w rodzinie, mieszkające po drugiej stronie Europy, w tym samym czasie bawi się kartonem po Johnnie Walkerze. Co w rodzinie to nie zginie.

I w ogóle nie wiadomo po co wydaje się kasę na te wszystkie fiszer prajsy, kiedy wystarcza durszlak i łopatka do przewracania kotletów albo koszyk z klamerkami.
A ta wyidealizowana zabawa z dzieckiem kolejką? Najpierw jest ryk, bo to nie tak miało stać. Obojętnie jak się ustawi, nie tak miało być. A jak? Tak jak się nie da, oczywiście. Starasz się o jakiś kompromis. Coś tam ustalacie. Kombinujesz i ustawiasz tak, jak chciało. Potem bawicie się tak, jak ono chce. Tyle, że po 5 minutach traci zainteresowanie i idzie bawić się czymś innym albo wspina się tam, gdzie absolutnie nie wolno się wspinać. Potem jeszcze 20 minut namawiasz żeby się tą kolejką jednak pobawić. A na koniec masz w cholerę sprzątania. Eee, do kitu.

Z tym śpiewaniem to też przereklamowana sprawa. Matka, jak na matkę wybitnie niewyluzowaną przystało, przez pierwsze tygodnie matkowania edukowała się z prof. Jutubem w kwestii kołysanek. Bo jakoś kołysanek w swym repertuarze akurat nie miała, a wydawało się jej, że bez znajomości kołysanek to będzie tylko marną namiastką matki, a dzieciństwo Syna będzie nieszczęśliwe i toksycznie rzutujące na całe jego dorosłe życie. Tymczasem szybko okazało się, że Syn, tak jak reszta świata, woli kiedy Matka nie śpiewa. A im dłużej z Matką się znają, tym woli bardziej.
Pierwszą ulubioną płytą Pierworodnego były przeboje Kabaretu Starszych Panów. Ze szczególnym uwzględnieniem piosenki "Małe dranie". Bardzo szczególnym. Potem było już gorzej. Przez długi czas trwała bezgraniczna miłość do piosenki "Ona tańczy dla mnie". Fakt, ratowała Matkę i Ojca w paru podbramkowych sytuacjach (nic tak nie łagodziło nagłych histerii i tylko przy tej piosence można było obcinać dziecku paznokcie), ale jakim kosztem... Dla własnego dobra Matka z Ojcem ograniczali Pierworodnemu dostęp do takich przebojów jak np. "Gangnam Style".

W czytaniu też Matka pokładała nadzieje... Jakże poważnie podchodziła do sprawy... No bo jak to, dziecko Matki miałoby nie lubić czytania? Każde inne, ale nie dziecko Matki! Dlatego Matka czytała na głos już będąc w ciąży. Akurat była na etapie pisarzy rosyjskich, dlatego Dostojewskiego i Czechowa Pierworodny ma odhaczonych. Tylko potem, jak czytała opowiadania Himilsbacha to jednak na wyrywki, bo nieodpowiednie jeszcze...
Aż Pierworodny się urodził. I miał chyba 3 tygodnie, jak uznała Matka, że już czas zacząć. Sięgnęła po klasykę. Najukochańszą książkę dzieciństwa, ten sam egzemplarz, który czytał Matce jej Ojciec. "Kubuś Puchatek". Mniej więcej przy drugim zdaniu Syn się rozpłakał. A trzeba wiedzieć, że Pierworodny nie płakał jak inne dzieci, on PŁAKAŁ!!! Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Trzeciego dnia już przy pierwszym zdaniu Pierworodny ulał na książkę. Matka wymiękła.

Właściwy czas na czytanie nadszedł dopiero później. Gdy Syn dostał książkę o "Ciekawskim George'u". Pół roku czytania w kółko tej samej historii. Pół roku, dzień w dzień. Wieczór w wieczór. Dla podkreślenia dramaturgii powtórzę: Pół roku. Dzień w dzień. Wieczór w wieczór.
W końcu i to jakoś przeszło. Ale czy zdziwienie minęło? Ani trochę. Ono narasta.
Niby "Kubuś Puchatek", "Paddington", "Elmer", "Pomelo", "Poczytaj mi, mamo" i wszystko, co trzeba na półce jest. A i tak Syn woli, żeby mu poczytać katalog z ofertą Fiata Ducato. Na przykład. Albo ulotkę WWF o ratowaniu morświnów w Bałtyku. Przeczytała też już Matka (dwa razy od deski do deski) leksykon samochodów z PRL-u, zna więc szczegółowe dane techniczne Stara, Jelcza, Fiata 125p, Warszawy, Syreny, Junaka... a nawet pojazdów, których produkcja zakończyła się na etapie prototypów.
I tak czyta Matka o tych Jelczach, morświnach i samochodach dostawczych, jakby czytała baśnie Andersena. I z rozrzewnieniem wspomina, jak co wieczór sięgała po żółtą książeczkę o George'u...

Ale skoro tak mogą zaskoczyć śpiewanie czy czytanie, to co dopiero oglądanie? Bo choćby się człowiek zarzekał, że jego dziecko będzie się wychowywać bez telewizji, gdyż ponieważ telewizja, jak powszechnie wiadomo to ZŁOOO, Sodomia, Gomoria, upadek kultury i obyczajów, a tak ogólnie tylko głupoty i pierdoły (choć fanie co wieczór ogląda się kolejne odcinki "Warsaw Shore"), to ta telewizja w życiu dziecka pojawi się zawsze znacznie szybciej, niż to rodzic planował. Pojawi się mianowicie zaraz po tym, jak przypadkiem zaspany/zmęczony/wkurwiony/niepamiętający kiedy ostatni raz jadł ciepły posiłek rodzic odkryje jak zbawienny wpływ może mieć telewizja. Oczywiście na rodzica zbawienny. Jeden odcinek "Świnki Peppy" i nawet można skorzystać z toalety. I myśli sobie taki rodzic, że w sumie ta telewizja to nie aż takie ZŁOOO, że przecież dzieci to i tak tylko bajki, więc te bajki będzie się wybierało, kontrolowało czy wystarczająco edukacyjne, bez przemocy i czy wpajają odpowiednie wartości. Przez chwilę to nawet tak działa. Potem okazuje się, że od edukacyjnych kreskówek wpajających odpowiednie wartości bardziej interesujące są reklamy zupy w proszku i mrożonej pizzy. A potem to już dzieciak ma opanowaną obsługę pilota, a rodzic ma opanowane przymykanie na to oka. I choć przymyka to i tak drugim okiem kontrolując sytuację, niejednokrotnie się zdziwi.
Taki Pierworodny na przykład, nie dalej jak kilka dni temu, totalnie zafascynowany wciągnął się w program Marthy Stewart. Oglądał, odpowiadał na zadawane na ekranie pytania, słuchał pełen zaangażowania. Tak Matkę tym zaskoczył, że nie wyłączyła nawet, gdy trwała nauka dobierania win do posiłków - tylko zastanawiała się czy to jeszcze nauka zasad savoir-vivre, czy już bardziej patologia? I czy Syn jej teraz nie powie, że straszne faux pas popełniła podając mu kompocik jabłkowy do kotleta? I czy te jabłka to chociaż z odpowiedniego sadu były? A ten kotlecik to drobiowy, czy nie daj boże wieprzowy?

Bo jednak kwestie związane z jedzeniem w życiu Syna Pierworodnego Matkę już nie raz zaskakiwały. Właściwie to zaskakują ją nieustannie.
Dopóki nie ma się dzieci to wydaje się, że one to do końca podstawówki głównie mleko, lizaki, chipsy i czekoladę. Tymczasem aktualnie Pierworodnemu mleko można przemycić jedynie z płatkami. Byle nie dodawać do niego żadnych neskłików, ciniminis i innych pysznych miodowych kółeczek. Tylko te zdrowe musli, płatki kukurydziane i owoce. Poza tym NIGDY nie wypił mleka modyfikowanego. A na każdą próbę podania takowego reagował, jak na próbę otrucia. Tyle w temacie.
Człowiek, gdy zostaje rodzicem dość szybko orientuje się, że z tym mlekiem to nie tak hop siup i że w końcu przestaje być ono jedynym składnikiem diety poza paprochami z dywanu. Mija kilka miesięcy i nagle trzeba się martwić o wprowadzanie stałych pokarmów. Z Pierworodnym na przykład nie istniał problem z tym, co je, ale problematyczne stawało się to w jakiej jada formie. Raz wszystko musiało być zmielone, innym razem w kawałkach. Ale i tak najdziwniejszy był etap jadania obiadów wyłącznie ze słoików. Domowych obiadów, gotowanych przez Matkę i przekładanych do słoików po dżemie.
Zdziwiła się też Matka, gdy dotarło do niej, że Syn nie lubi czekolady. Zdziwiła, że nie przejdzie żaden krem czekoladowy na kanapce.
Trochę mniej, gdy okazało się, że nie lubi chipsów.
Zdziwiła się, gdy starała się odpowiedzieć na pytanie ile ogórków kiszonych (czy jakichkolwiek innych) jest w stanie zjeść Pierworodny.
Zdziwiła się, gdy pierwszy raz zaczął wyjadać koncentrat pomidorowy prosto ze słoiczka. I gdy okazało się, że koncentratem można przekupić go, by wypił syrop.
Zdziwiła się, gdy dotarło do niej, że mimo licznych prób, Syn nigdy nie wypił żadnego ciepłego napoju (herbaty, kawy zbożowej, kakao... nic).
Dziwiła się, że Pierworodny jest w stanie pokonać dosłownie każdy śliniaczek. I każde z takich starć zakończyć zwycięskimi plamami z jedzenia na sobie od stóp do głów.
Zdziwi się zapewne jeszcze nie raz.

Dla wielkich myślicieli zdziwienie jest podstawą filozofii, według naukowców od niego bierze się dążenie do poszukiwania wiedzy, dla artystów jest podwaliną sztuki, sposobem patrzenia na świat, dla podróżników pretekstem do ruszenia w nieznane... Dla Matki codziennością. Zdziwienie występuje na każdym etapie bycia rodzicem. Już sam pozytywny wynik testu ciążowego może dziwić. W okresie prenatalnym dziwi, ile razy w ciągu godziny można pójść do łazienki. Na porodówce największe zdziwienie - no bo jak się nie dziwić, jak wyjdzie z kogoś drugi człowiek, jak się nie dziwić, jak nie było człowieka, a nagle jest, jak się nie dziwić, gdy podają w ramiona sine i obślizgłe coś, co w ogóle nie przypomina tych rumianych noworodków z sitcomów i komedii romantycznych? Potem dziwi, ile można przeżyć bez snu czy bez regularnych posiłków. Dziwi ile dziennie (i nocnie) może iść pieluch. Dziwią zabawki, etapy rozwoju, bunty, umiejętności. Pewnego dnia doznaje się największego zdziwienia - gdy nieoczekiwanie odkrywa się w sobie podobieństwo do własnego rodzica. Tu iskrą zapalną może być choćby jedno zdanie, ale wypowiedziane dokładnie w taki drażniący sposób, jakby słyszało się własną matkę. Zdumienie jest nieodłącznym elementem rodzicielstwa. Raz na jakiś czas rodzic zaskoczony pyta sam siebie: "Jak to możliwe, że jestem mamą/tatą 3-latka/gimnazjalisty/tego faceta większego ode mnie?".

Chodzi generalnie o to, że dzieci to potrafią zaskoczyć. I to w każdej możliwej dziedzinie życia. Tak już ten świat jest urządzony. Nie przeskoczysz. Dlatego lepiej nie nastawiać się na konkretny plan i nie trzymać zbyt mocno swojej wizji, czy to własnego rodzicielstwa, czy w ogóle wyobrażeń na temat dziecka, bo będzie jeszcze bardziej bolało, gdy ono rozpłacze się na widok zabawki kosztującej pół pensji tatusia, za to przez dwa tygodnie będzie się bawić kartonem, w który była zapakowana.

niedziela, 22 marca 2015

Deadline


Na miesiąc przed trzecimi urodzinami Pierworodny zrobił comming out.
Matka odnosi wrażenie, że tym samym mentalnie dostała, i właściwie od tej pory każdego dnia nadal dostaje, prztyczka w nos, a całe zachowanie Syna mówi jej: "Matka, luuuzik! I czego było się martwić? W mądrych książkach ci pisali, że mam się wyrobić do trzecich urodzin? No to masz, niech stracę, jeszcze miesiąc przed czasem.".
Właściwie to Matka powoli przestaje się już nawet dziwić i za fakt uznaje, że jednak coś to dziecko po niej odziedziczyło poza kolorem oczu. Szkoda tylko, że jest to skłonność do odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę, tendencja do prokrastynacji i talent do mobilizacji działań pod presją czasu.

Wszystko ze sobą się zbiegło i NAGLE...

Pierworodny mówi! Poza tym sam się ubiera i rozbiera. Odpowiada i pokazuje ile ma lat. Samodzielnie zakłada kapcie. Mówi jak ma na imię! Bawi się z dziećmi w przedszkolu, a nawet oprowadza po sali nowych kolegów z grupy i opiekuje się nimi jako ten, który swoje trudne początki ma za sobą i swoim życiowym doświadczeniem dzieli się z innymi. Samodzielnie wspina się w miejsca, które wydawały się dla niego nieosiągalne, a w sali zabaw nie pozostaje daleko w tyle nawet za siedmiolatkami. Jak najęty gada przez telefon, a nie tylko słucha... Chętniej opowiada co mu się przytrafiło, a w zabawie odtwarza treść ulubionej bajki... Zaczyna kumać bazę w kwestii nocnika. I dosłownie z dnia na dzień wyrósł z ubrań, które nosił od ponad roku.

Przy okazji nauczył się obsługi Play Station, nauczył Matkę obsługi Play Station, ogarnął dekoder od telewizora i, co wyszło na jaw przypadkiem, Matki smartfona.

A każdą z tych czynności wykonuje w tak naturalny sposób, jakby nie była dla niego problemem od co najmniej zeszłej wiosny, jednak z premedytacją nie ujawniał się przed starymi. Bo i po co? Skoro coś dobrze funkcjonuje, nie ma sensu się wychylać. Skoro ubiorą, rozbiorą, podsadzą i powiedzą za ciebie, po co zdradzać się z tym, że potrafi się samemu? Po co się wychylać? Wiadomo, lepsze jest wrogiem dobrego. Ale widocznie jednak coś w tym systemie zaczęło zawodzić, Matka z Ojcem być może nie dorównywali wysokim standardom i nie dosięgali ustawionej im poprzeczki. W sumie, to się nawet kupy trzyma, po obojgu z rodziców mógł Syn w genach przejąć przekonanie, że jak chcesz żeby coś było zrobione dobrze to zrób to sam.

Krótko mówiąc, w ciągu 3 tygodni Syn Pierworodny dorósł o rok!

Nawet włosy zaczęły mu rosnąć, na tyle, że po raz pierwszy pomyślano, że może by je trochę przyciąć. Ale szybko Matka tę myśl odrzuciła - tyle czekała, musi się nacieszyć tą anielską blond czuprynką, w którą tak cudownie jest zatopić twarz całując główkę. Tylko, cholera, żeby jeszcze wiecznie nie była posklejana dżemem czy inną Mambą... No i ten wypadek sprzed paru dni... Chciał tylko posłuchać jak kręcą się kółka w zdalnie sterowanym aucie, a skończyło się na wyplątywaniu loków zza ucha z koła samochodu.

No dobra, z tym mówieniem to nie jest tak, że deklamuje teraz przed publicznością poezje Leśmiana na zmianę z bajkami Kraszewskiego. Nadal nie lubi rozmawiać z obcymi, a nawet z przedszkolankami, które widuje codziennie. Ale podwoił ilość używanych przez siebie słów, z których coraz częściej powstaje coś na kształt zdań, a także chętnie powtarza wyrazy, których próbuje się go nauczyć (z różnym skutkiem). I to jara Matkę i Ojca nieopisywalnie! A po tym jak się Matka aktualnie dogaduje z Synem (z technicznego, a nie emocjonalnego punktu widzenia) wnosi, że część jej mózgu odpowiedzialna za naukę języków obcych jest teraz tak wyćwiczona, że bez problemu w 2 tygodnie opanowałaby w stopniu komunikatywnym język chiński, w dialekcie, powiedzmy na przykład, mandaryńskim - nie zrobi tego tylko dlatego, że obcowanie z trzylatkiem wysysa z niej tyle energii, że gdy już owego trzylatka położy się spać, brakuje siły na sensowne wypowiedzenie się nawet w języku ojczystym.

Ciułci, ciukci, ciu-ciu, ciuk-ciuk, ciuci am, ciukcikouo 

Dla przypadkowego rozmówcy mogą to być słowa nie do rozróżnienia między sobą. Matka czy Ojciec usłyszą w tym:

żółty, ciuchcia, ciuch-ciuch, ciastko, czekolada, ciach-ciach (czyli pokroić albo po prostu nożyczki), banan czy "Ciuchcikowo", czyli "Stacyjkowo" - tytuł jednej z bajek będących na topie bajek uwielbianych przez Pierworodnego.
A z kontekstu wypowiedzi mogą wyłapać tych znaczeń jeszcze o wiele więcej.

Poza tym na podstawie formy wypowiedzi Syna, można wróżyć mu świetlaną karierę szyfranta. Czasem ma się wrażenie, że "Enigma" to przy nim Pikuś. Nie jest to akurat żadna nowość w jego komunikacji, bo od dawna sprytnie unikał zbyt trudnych do wypowiedzenia dla siebie słów i na każdym kroku urządzał kalambury  - od dawna zamiast powiedzieć jaki coś ma kolor, przynosi przedmiot tej samej barwy, wykorzystuje też swoją cholernie dobrą pamięć wzrokową i kiedy chce nazwać przedmiot, bezbłędnie wybiera książkę z półki i wyszukuje w niej obrazek, na którym jest to, o czym chciał powiedzieć, kiedy wspomina o jakiejś osobie, pokazuje na rzecz, którą od niej dostał... Takich przykładów można mnożyć i mnożyć... Ale teraz, wraz z mówieniem, w grze w skojarzenia i kamuflowaniu informacji powoli osiągany zostaje poziom hard. Najtrudniej jest rano, gdy wszyscy są zaspani.
Pierwszy lepszy przykład z dzisiejszego poranka:

- Mami, kua bu?

I co? Robimy konkurs z nagrodami? Za prawidłową odpowiedź daję miliony monet. Kto rozszyfruje?

Dobra, wiadomo, że nikt. Dlatego Matka wyjaśnia. I przy okazji zapisuje sobie +10 pkt. do mówienia językami ludzi i aniołów, bo od razu wiedziała o co kaman.
Mami to oczywiście mama. Kua to według Pierworodnego dźwięk, który wydaje żaba. Bu to gu, którego Syn nie potrafi wypowiedzieć. A gu to guma.

A więc po prostu:

- Mamusiu, dasz mi zieloną gumę?


Do niektórych skojarzeń Pierworodnego Matka tak przywykła, że stały się dla niej samej już czymś naturalnym. Skonfundowana poczuła się dopiero kilka dni temu, kiedy w zatłoczonym tramwaju kilka razy głośno, tak żeby na pewno usłyszała, powiedział coś, co w zasadzie mówi kilka razy dziennie i co na początku wywoływało entuzjazm (bo mówi!), potem uśmiech (bo zabawne i urocze), a potem już stało się codziennością i przestało się na to zwracać szczególną uwagę:

- Mami, pupci? Ja mami pupci. Mami, pupci!

czyli
taka sytuacja... Pierworodny ulokowany na siedzeniu, Matka poszła skasować bilet. A ten się drze:

- Mamusiu, usiądziesz? Ja usiądę Ci na kolanach. Mamusiu, siadaj!

Taaa, ciekawe ilu z pasażerów spojrzało na mamusi tyłek...


niedziela, 8 marca 2015

O pokrzepieniu



Kilka tygodni temu Matka przeorganizowała trochę funkcjonowanie biura, co skutkuje tym, że pracuje teraz głównie przedpołudniami, a nie jak do tej pory popołudniami. Za tym z kolei idzie to, że jest teraz w stanie ogarniać takie prozaiczne kwestie jak choćby codzienne kursowanie po Pierworodnego do przedszkola o przyzwoitej porze, czyli takiej żeby dziecko nie zdążyło zapomnieć, że ma matkę, gotowanie obiadów, od czego w tygodniu mogła się wymigiwać, oporządzanie mieszkania na tyle, by nie wyglądało, jakby ktoś się do niego włamał i bardzo wnikliwie szukał głęboko ukrytych kosztowności, co zwykle odkładała do weekendu, by następnie stwierdzić, że w dwa dni się nie da i odkładać do następnego... W każdym razie dzięki temu, że nie wychodzi już z pracy o 18:00 albo i później oraz, że w miarę ogarnia rzeczywistość, nie musi już 5 dni w tygodniu korzystać z pomocy Matki Matki, która zajmowała się Pierworodnym w godzinach "poprzedszkolnych".

Drugi tydzień bez Babci na posterunku i przyszedł czas na zmierzenie się z levelem master w kwestii logistyki. Na poziomie dla średniozaawansowanych, czyli "praca-dom-przedszkole" szło nieźle. Jednak, gdy odpadło przedszkole, a w to miejsce wskoczył katar Pierworodnego (wraz z pochodnymi w fazie rozwoju), okazało się, że sprawy się komplikują i wymagają omówienia większego niż wieczorne rzucenie: "Kto jutro zawozi Młodego?".
Ostatecznie, i wbrew pozorom nieoczekiwanie, bo dopiero rano tuż przed wyjściem, stanęło na tym, że to Matka zostaje z Synem na cały dzień w domu.
I, pomijając ten katar (wraz z pochodnymi w fazie rozwoju), okazał się to bardzo relaksujący dzień. 
Pierworodny to potrafi człowieka zaskoczyć. Kładzie się taki na drzemkę. Wydzierając się chwilę wcześniej, że się nie położy, nie jest zmęczony i spać nie będzie (co brzmi mniej więcej "NIEEE, JAAA NIEEE!!! - tylko długo i głośno), po czym budzi się po ponad trzech godzinach.

Kiedy dziecko śpi, umęczone katarem (a przede wszystkim jego pochodnymi) to głupio tak hałasować jakimiś wielkimi porządkami. A nuż coś spadnie jak się będzie wycierało kurze... Po co ryzykować? I nigdy nie wiadomo czy drzemka nie skończy się zbyt szybko a do okiełznania złego nastroju nie będą potrzebne nadprzyrodzone moce - lepiej nie tracić energii, rozsądniej poświęcić się jej magazynowaniu!

Mając dla siebie 3 i pół godziny ciszy, spokoju i niezmąconej chaosem przestrzeni życiowej (nie licząc rozłożonych na każdym kroku resoraków - ale to akurat krajobraz, do którego wszyscy już przywykli), Ojciec Pierworodnego zapewne pomyłby naczynia, ogarnął tonę firmowych papierów, przejął kontrolę nad światem i jeszcze na koniec umył podłogi.
Tymczasem Matka, fakt - obiad zrobiła i powiesiła pranie, nawet wzięła do ręki ze dwa dokumenty, ale jakoś nie wiedziała co do czego i co z tym zrobić... więc poczytała książkę. Tak po prostu. Przez ponad 2 godziny! Nieprzerwanie. Taką bez obrazków. Z trudnymi wyrazami, małymi literkami i jednolitą czcionką a nie każdym słowem innego koloru, rozmiaru i fontu. W ciszy, spokoju i za dnia. Jak cudownie. Jak błogo. (Gdyby jeszcze nie ten katar itd...) Kto by pomyślał, że wciąż tak można? Może kiedyś znów to powtórzy? Może nadarzy się kolejna okazja? Za 2-3 lata.
Minęło już półtora tygodnia a Matka wciąż wspomina te chwile z rozrzewnieniem... Z takim wzruszeniem wręcz oraz niedającym się opisać uczuciem otuchy w sercu, ukojenia zbolałych nerwów i pokrzepienia duszy. Szczególnie przydatne ta otucha, ukojenie i pokrzepienie okazały się w piątek po południu, kiedy to po godzinie przestała już Matka liczyć jak długo Pierworodny drze się i ryczy na przemian z wołaniem "NIE!" i rzucaniem czym popadnie i gdzie popadnie. Musiało minąć mniej więcej półtorej godziny, gdy pierwszy raz zatęskniła Matka za czasami kolek - bo choć naukowcy wciąż nie wiedzą, co tak naprawdę powoduje je u niemowląt, płacz niespełna 3-miesięcznego Pierworodnego wydawał się jakoś bardziej zasadny niż ten niespełna 3-letniego. I nie miało się wtedy ochoty wystawić go przez okno na balkon (...a Matka nie ma balkonu...).
Na szczęście sytuację ratowała jedna myśl, ratowała na tyle, że Matka do końca zachowała spokój, utrzymała nerwy na wodzy, ani razu się nie wydarła, nie zastosowała przemocy ani samookaleczenia, by zakończyć te męki:
"Owszem, teraz drze japę, gryzie z nerwów suszarkę na pranie, jest czerwony jak pomidor, ma mord w oczach, włosy sklejone od potu i gluty z nosa rozsmarowane na twarzy... ale przecież w końcu zaśnie, wrócą mu normalne kolory, znów będzie biło od niego to dziecięce ciepełko, puszyste blond loczki rozsypią się na poduszce w ciuchcie, maleńkie rączki z pulchnymi paluszkami zarzuci nad główkę, spokojny, cichy oddech opanuje sypialnię... a ty... zamiast na to patrzeć z czułością, jebniesz za sobą drzwi pokoju i wrócisz do tej czytanej książki!".

Za mniej więcej 22 dni 20 godzin i 17 minut Pierworodny skończy 3 latka. I jeżeli nie skończy wtedy ostatecznie z buntem dwulatka to skończy się to źle. Jeszcze nie ustalono dla kogo.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Instamatka




Wchodzi Matka do łazienki w celu dokonania wieczornych czynności higienicznych. W sensie, że prysznic i takie tam.
Zdążyła zamknąć za sobą drzwi i zdjąć bluzkę... gdy WTEM!... z impetem do łazienki wpada Ojciec Pierworodnego.

- Ty masz kochanka?
- CO? - Tyle jedynie dała radę wykrzesać z siebie Matka, która tak naprawdę, gdyby nie zszokowanie pytaniem, odpowiedziałaby, że odwaliło mu po 10 latach i że jakby miała mieć kochanka to raczej 6 lat cellulitu temu.
- To po co z telefonem do łazienki idziesz?
- Bo lubię sobie internety poczytać jak siedzę na toalecie.
- CO? - Tyle jedynie dał radę wykrzesać z siebie Ojciec, jakby po 10 latach wciąż Matki nie znał i nie wiedział, że jak nie z książką to z telefonem.
- No tak - potwierdziła spokojnie. Po czym równie spokojnie dodała: - I wiesz... przez to, że tego Instagrama nic a nic jeszcze nie ogarniam, wczoraj przez przypadek zrobiłam sobie tu zdjęcie...
- CO?
- Bo spadł mi telefon i go łapałam. Chyba jakiś filtr też kliknęłam. I tak się bałam, że to może jakoś w dodatku opublikowałam...
- To teraz już jestem pewien, że nie masz kochanka.
I poszedł.

Ale że co?


***

I tym "uroczym" dialogiem Matka daje do zrozumienia, że choć technicznie, elektronicznie i technologicznie jest kobietą zacofaną, to jednak rokującą i robiącą postępy. I z pewną taką nieśmiałością założyła konto na Instagramie.

Można zobaczyć ------> O TUU!!!


Uspokajam, nie znajdziecie tam zdjęć Matki siedzącej na kibelku. Będzie klasycznie. 
Czyli jedzenie i koty ;-)


_____________
P.S. Powszechnie wiadomo, że Ojciec nie ma konta na Facebooku. I w ogóle na żadnych portalach społecznościowych. Nie to żeby nimi gardził, ale stosunek ma jednak bardzo ironiczny. Znajomi nie raz odgrażali się, że założą mu konto bez jego wiedzy. A jeden kolega upierał się nawet, że na pewno ma go "w znajomych" na Naszej Klasie - jak się okazało zaprosił kogoś zupełnie obcego, nawet z innego miasta, a tamten zaproszenie przyjął i przez rok nie wzbudziło to wątpliwości u żadnego z nich. W każdym razie obecność Matki w tzw. social media jest w domu częstym obiektem żartów. A teraz Matka dołożyła sobie do tej puli pretekstów do drwin kolejny punkcik.

- Idę spać - zakomunikowała wieczorem.
- Ja jeszcze posiedzę - odpowiedział Ojciec, czym wywołał niemałe zdziwienie, gdyż do nocnych marków na pewno nie należy.
- I co będziesz robić? - spytała podejrzliwie.
- A popiszę sobie trochę Instagrama.

Tak że tego...
Teraz można poczytać Matkę nie tylko na blogu i Facebooku ;-)

#serdecznie @wszystkich #zapraszam


A jak się Matka rozkręci to kto wie, może skuma wreszcie o co chodzi z tym Twitterem i tam jakiś film nagra. Albo jakiegoś Vine'a napisze... Potem już tylko krok do dodawania zdjęć na You Tube'a...