poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Typy rodziców, których można spotkać na szpitalnym oddziale dziecięcym




Tuż przed Świętami Wielkanocnymi, dokładnie w Wielki Piątek, trafił Syn Pierworodny do szpitala. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. W jednej chwili urywała się Matka z pracy, by zdążyć przed zamknięciem do przychodni na wizytę kontrolną z Synem, w drugiej jechała z nim do szpitala na badania, a nie minęła godzina, jak siedziała przy łóżku na oddziale dziecięcym. Wszystko to brzmi bardzo dramatycznie, a w rzeczywistości tak naprawdę do końca Matka nie wierzy, że było potrzebne. Z drugiej strony, jeżeli już lekarze muszą od 4 lat regularnie przy każdej okazji ignorować to, co Matka do nich mówi, lepiej niech już wyolbrzymiają niż bagatelizują.

5 dni w szpitalu to zarówno dla Matki, jak i dla Syna całkowicie nowe przeżycie. Szczerze? Martwiła się Matka, że będzie gorzej. Ale że nie za bardzo nawet mieli co u Syna leczyć to i obyło się bez jakiejś poszpitalnej traumy. Przynajmniej u Syna. Bo 5 nocy w zimnej sali, na czymś, co szumnie nazywa się leżakiem nie jest czymś, co Matka chciałaby powtórzyć, a moment grozy, kiedy nad ranem obudziło ją bawienie się obcego dziecka jej włosami na zawsze pozostawi ślad w matczynej psychice.

Kilka dni w tych nowych, nieznanych warunkach wzbogaciło Matkę o doświadczenia, bez których chętnie żyłaby dalej, ale też pozwoliło wysnuć jeden ogólny wniosek.

Na oddziale dziecięcym to, co najgorszego to... rodzice.

Choć rodzice, jak to ludzie, są różni. Nie wszystkich od razu ma się ochotę poddusić na rurce od kroplówki, nie wszystkim chlusnąć w oczy płynem do dezynfekcji rąk albo przynajmniej zakleić usta plastrami z Minionkami. Są tacy, z którymi chętnie by się zakumplowało, gdyby okoliczności były ku temu bardziej sprzyjające, są tacy, którym z całego serca chce się pomóc i tacy, którzy nie budząc żadnych emocji są nam zwyczajnie obojętni i to też jest dobre.

Przy czym mowa tu o zwykłym oddziale dziecięcym, na którym nie ma naprawdę trudnych przypadków, dzieci chorych przewlekle, czy po poważnych wypadkach. Krew się nie leje, nie rozgrywają się dramaty większe niż konieczność połknięcia syropu dwa razy dziennie, a wszystko dalekie jest od scen z "Ostrego dyżuru". Życie na takim oddziale toczy się spokojnie i dość monotonnie, a to w jakiej atmosferze upłynie czas tam spędzony w dużym stopniu zależy od tego, kogo tam spotkamy...


Typy rodziców, których można spotkać na oddziale dziecięcym

wyłącznie na podstawie doświadczeń i obserwacji jednej Matki Wyluzuj!


I co ja robię tu, uuu?

To w zasadzie nie typ, ale faza. Dotyczy rodziców będących z dzieckiem w szpitalu po raz pierwszy. To faza początkowa, która może potrwać kilka godzin, aczkolwiek może też utrzymywać się nawet 2-3 dni - w zależności od umiejętności adaptacyjnych. Rodzic w tej fazie to rodzic zdezorientowany, często niewiedzący dlaczego i po co znalazł się z dzieckiem na oddziale. Nie wie co ma robić, gdzie pójść, od czego zacząć. Siedzi, czeka, chłonie wszelkie informacje, które udaje mu się wyłapać z otoczenia. Przyjeżdża nieprzygotowany, średnio co półtorej minuty wysyła SMS z informacją, co jeszcze trzeba mu dowieźć. Słysząc dobre rady pozostałych rodziców z sali dotyczące technik rozkładania leżaka na noc (głowa zaparta o szufladę szafki, nogi na taborecie, wystającą śrubą nie warto się przejmować, w nocy i tak wypadnie, blokada nie działa i tak, to coś to jest śpiwór), myśli, że to taki żart współtowarzyszy niedoli, rodzaj chrztu bojowego na przełamanie lodów. Tyle jeszcze przed nim...
Nigdy nie ma pewności, kim okaże się być rodzic po wyjściu z tej fazy.




Rodzic weteran

Rodzic weteran jest na oddziale nie po raz pierwszy, więc niczemu się nie dziwi. Przyjeżdża przygotowany na każdą ewentualność, na salę chorych wchodzi, jak do siebie. Pobyt zaczyna od obejścia starych kątów, sprawdzenia czy wózek z herbatą stoi na korytarzu w tym samym miejscu, co ostatnio, ile kroków ma do kuchni, na którym kanale telewizor odbiera TVP2, bo wieczorem serial, udziela kilku nieproszonych rad pozostałym rodzicom z sali, z personelem szpitala wita się (z każdym z osobna), jak z dalekimi krewnymi, których ostatnio widział 2 lata temu na weselu kuzynki szwagra.
Tak jak w przypadku rodzica zdezorientowanego nową sytuacją, kim tak naprawdę jest, okaże się dopiero po chwili - w tym przypadku jednak szybciej niż później, być może nie zdąży nawet postawić torby przy łóżku. Statystyki mówią, że im później będzie wiadomo, tym lepiej dla współlokatorów, albowiem wady, męczące przywary i nieznośne zachowania zawsze w takich sytuacjach dają się zauważyć jako pierwsze.




Rodzic z misją

Rodzic z misją ma potrzebę czucia się potrzebnym. Potrzebę silną i wciąż niezaspokojoną. Rodzic z misją na każdym kroku udowadnia sobie, dziecku, a przede wszystkim światu, że bez jego obecności całe leczenie nie miałoby sensu i absolutnie żadnych szans na powodzenie. Rodzic z misją wciąż sprawdza, czy na pewno obserwujesz i dostrzegasz, jak bardzo troskliwym jest rodzicem. Rodzic z misją jest po to, żeby pomóc wyzdrowieć swojemu dziecku. Nie po to, by przeczytać przy okazji jakąś gazetę, książkę, czasopismo. Nie po to, by z dzieckiem się pobawić. Nie po to, by z kimkolwiek porozmawiać - rodzic z misją może co najwyżej opowiadać o chorobie swojego dziecka (a tego z rozmową nie należy mylić) i nie ważne czy ktokolwiek ma ochotę o tym słuchać, a jeżeli w dodatku ten, na kogo trafi jest pracownikiem szpitala, ma wręcz obowiązek o tej chorobie słuchać (i bez znaczenia, że jest to salowa, która przyszła tylko wymienić worki na śmieci).
Misją takiego rodzica w szpitalu jest ułatwić dziecku powrót do zdrowia poprzez korygowanie każdej jego aktywności. Przy czym jako "aktywność"uznaje się już sam fakt oddychania przez dziecko. Bo dziecko zawsze może bardziej się postarać i zrobić coś lepiej.

Skrajny przypadek rodzica z misją trafił się Matce tuż przy łóżku obok.
Przykłady wypowiedzi matki z misją:
- dziecko kaszle, leżąc - "Usiądź, jak kaszlesz, usiądź, nie leż, kiedy kaszlesz, usiądź..."
- dziecko kaszle, siedząc - "Połóż się na boku, nie siedź, połóż się..."
- dziecko kaszle - "Napij się, musisz pić, napij się, chcesz się napić? napij się..."
- dziecko nie kaszle - "Odkaszlnij, nie wstrzymuj, musisz odkaszlnąć"
- dziecko śpi - " Wyspałeś się już? Jak ty masz tę poduszkę? Wyspałeś się już? Ile można spać? Daj, poprawię ci kołdrę. Będziesz jeszcze spał?"
- dziecko rysuje - "Co to jest? To mają być okna? Mógłbyś się bardziej postarać. A w ogóle co ty rysujesz, coś ładnego byś narysował"
- dziecko się bawi - "Włączę ci telewizor", "Nie" - odpowiada dziecko i bawi się dalej, matka z misją włącza więc telewizor
- dziecko dostaje obiad - "Przecież on tego nie będzie jadł. On tego nie lubi. Będziesz jadł? Nie, on tego nie będzie jadł"
- dziecko zajęte sobą, nie kaszle - matka z misją wychodzi na półtorej minuty z sali, w związku z tym po powrocie pyta: - "Kaszlałeś? Kaszlałeś? Mocno? Dużo kaszlałeś?"
- dziecko śpi, nie kaszle, pozostali rodzice próbują usypiać swoje dzieci, matka z misją wychodzi na półtorej minuty z sali, w związku z tym po powrocie pyta: "Kaszlał? Kaszlał? Jak mnie nie było to kaszlał?". 10 minut później powtórka, i tak jeszcze kilka razy.
Rodzic z misją nie wyobraża sobie, że dziecko mogłoby poradzić sobie z kasłaniem bez jego cennych uwag w trakcie.
Rodzic z misją nie przyjmuje też do wiadomości, że  7,5-letnie dziecko mogłoby umyć się samo, bo jaką miałby pewność, że zrobiło to dobrze.
Rodzic z misją może tak często opowiadać o tchawicy swojego dziecka, że Matka Wyluzuj! na sam dźwięk słowa "tchawica" wyobraża sobie, jak robi krzywdę tchawicy rodzica z misją.

Jest jednak jeden moment, kiedy misja schodzi na dalszy plan. Jeden moment, kiedy dziecko może kaszleć tak, jak mu wygodnie, leżeć tak, jak mu wygodnie, spać tak, jak mu wygodnie... Gdy na Dwójce leci "M jak Miłość". Świat przestaje istnieć. Misja zawieszona.




Rodzic towarzyski

Wokół rodzica towarzyskiego masz wrażenie, że cały czas toczy się jakaś impreza. Rodzic towarzyski na okrągło coś wpiernicza, a to serniczek, a to babka, a to sałatka... Rodzic towarzyski wciąż z kimś rozmawia, a to z Tobą, a to z innymi rodzicami, a to z gośćmi, których jest wciąż pełno wokół łóżka dziecka zawsze wtedy, gdy akurat zmienia na kilka godzin drugiego rodzica, a to nadaje z kimś przez telefon, a to przez Skype'a...
Rodzic towarzyski jest bardzo sympatyczny. Jednak długie przebywanie z rodzicem towarzyskim może być męczące, a ból głowy gwarantowany. Bo każda fajna impreza powinna skończyć się w odpowiednim momencie, by pozostawić po sobie jak najlepsze wrażenia.




Żyj i daj żyć innym

Rodzic spod tego szyldu zainteresowany jest przede wszystkim przypadkiem własnego dziecka i na nim skupiony, jednak dostrzega obecność innych w sali i tę obecność szanuje pod każdym względem. Nie wypytuje o choroby cudzych dzieci, bo nie udaje, że coś go to obchodzi, ale też nie opowiada o chorobie swojej pociechy, bo nie ma złudzeń, co do tego, że sąsiadka przy łóżku obok ma to w dupie. Nieproszony nie wyrywa się z cennymi radami i nie narzuca własnego zdania. Poproszony, bez mrugnięcia okiem udziela stosownej pomocy. Co ciekawe zdecydowaną większość tych rodziców na oddziale dziecięcym stanowią mężczyźni. Matka od lat nieodmiennie stwierdza, że jakoś z facetami lepiej się dogaduje.




Żyj, ale nie daj żyć innym

Przypadek, którego starała się Matka unikać jak ognia. Trafiła na jeden i wystarczyło na cały pobyt.
Rodzic z tego gatunku ukierunkowany jest na własne nieszczęście i dobro własnego dziecka (przynajmniej tak mu się wydaje, przynajmniej tak to na pierwszy rzut oka wygląda). W rzeczywistości innych po prostu ma w głębokim poważaniu, a zachowuje się tak, jak jemu wygodnie. Rodzic taki do perfekcji ma opanowane wykonywanie zwykłych codziennych czynności przy jednoczesnym ciskaniu gromami z oczu, rzucaniu nienawistnych spojrzeń na boki i mierzeniu wzrokiem z odległości 30 metrów tych, którzy mu podpadli. Zaczyna zdanie od słów: "Proszę Pani tu wszyscy jesteśmy zmęczeni i zdenerwowani...", co tylko pozornie ma być oznaką empatii, a w rzeczywistości masz usłyszeć: "Gówno mnie obchodzi, że ty albo twoje dziecko jesteście zmęczeni, bo ja jestem bardziej, a moje jest mojsze". Prawdopodobnie, kiedy dziecko śpi i rodzic taki ma dla siebie chwilę wolnego, poświęca ten czas na przeczesywanie japońskiej części internetu, szukając wystarczająco głośnego i wkurzającego szitu, który dla niepoznaki nazywa bajeczkami. Gorszym od spotkania z takim rodzicem może być tylko mieszkanie z nim w jednej sali.


*

P.S. Mam nadzieję, że nie macie i mieć nie będziecie własnych doświadczeń tego rodzaju. Jeśli jednak tak, gorąco zapraszam do podzielenia się nimi. Usystematyzowanej wiedzy nigdy dość.

P.P.S. Tak, Matka również chce wierzyć, że jest rodzicem z gatunku "Żyj i daj żyć innym". Czy tak jest w rzeczywistości? Pani od skaczących japońskich kreskówek w telefonie zapewne była innego zdania.



czwartek, 31 marca 2016

Bajka




Syn Pierworodny mówi. Mówi dużo, a wręcz bardzo dużo. A przy okazji im więcej mówi, tym więcej w jego mówieniu pojawia się figli, żarcików, fantazji, historii, dykteryjek, opowiastek.

I tak pewnego dnia, jakiś miesiąc temu, usiadł, znudzony spojrzał na ilustrację z którejś ze swoich dziecięcych gier i...

opowiedział Matce bajkę. Swoją pierwszą BAJKĘ.
Od tamtej pory było już wiele innych. Ale ta była pierwsza, najważniejsza.

Cóż to była za bajka... Cóż to była za bajka... Wszystko w niej było, proszę ja Was, wszystko. I klasyczne "dawno, dawno temu", i wstęp, i rozwinięcie, i zwroty akcji, i szczęśliwe zakończenie. Takie trochę połączenie "Piotrusia Królika" z "Królową Śniegu" i "Szeregowcem Ryan'em". Tylko lepsze, bo jego własne, bo pierwsze...


Wczujcie się!

*

Było tak zimno kiedyś. Kiedyś.
Kiedyś, kiedyś, kiedyś... Kiedyś. Zima była.
I były króliki. I widziały śnieg.
I BOMBY były!
I zaświeciło słońce.
Stopniał śnieg. I był koniec.


*

Prawda? C'nie? No właśnie, też tak uważam :-)



Następnego dnia nie zdążyła Matka ochłonąć jeszcze z emocji, jak usłyszała nową bajkę. Inspirowaną tym samym rysunkiem.

Ale ta bajka, moi drodzy, to już czysta poezja...


*

Nie było słońca. Była zima. 
I były króliki. I śnieg był. I ślady na śniegu.
I przyszło słońce. 
I pierwszy raz widziało króliki. I pierwszy raz widziało śnieg. 
I zima się skończyła.

*


Matka zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jest nawiedzona. Nie musicie jej uświadamiać w komentarzach pod tym wpisem.
Za to grzecznościowe peany nad wczesną twórczością przyszłego geniusza literatury mile widziane.



wtorek, 22 marca 2016

Jak wychowam miękką faję, bo nie czerpię z ludowych mądrości z osiedla




"Chłopaki nie płaczą!"

Jak to? Więc co robią, jak im źle, smutno, boli? Zęby zaciskają? Wyrywają paznokieć u palca lewej stopy żeby mniej bolało to co bolało? W mordę walą kogo popadnie, na oślep i bez pytania? Idą do lasu porąbać jakieś trzydziestometrowe drzewo albo powalczyć dla sportu z niedźwiedziem niczym Leo w "Zjawie"? A może piszą wiersze, by wyrzucić z siebie trudne emocje? Lub biegną do swojego psychoanalityka przepracować uczucia? A jak upadają na oblodzony betonowy chodnik, a w dodatku są chłopakami zaledwie trzyletnimi, to też nie mogą płakać? Bo byłam przekonana, że w takim przypadku mają jak największe prawo sobie popłakać i przytulić się do mamy. Ba, gdybym ja, zmęczona po całym dniu, wracając do domu, wyłożyła się jak długa na lodowisku przy śmierdzącym kontenerze na śmieci, lecąc twarzą w chodnik, pewnie rozpaczałabym znacznie bardziej niż trzyletni chłopiec. I zrozumiałabym także łzy dorosłego faceta w analogicznej sytuacji, bo niby czemu nie? Łzy mojego synka są chyba dostatecznym dowodem na to, że chłopcy płaczą.
Więc Droga Sąsiadko, nie mów, kurwa, mojemu dziecku, że chłopaki nie płaczą!



"Taki ładny jesteś, że powinieneś być dziewczynką."

Też nie możemy pogodzić się z tym, że mamy takie ładne dziecko. To chyba nienormalne żeby chłopiec był tak ładny. Próbowaliśmy wszystkiego. Tłukliśmy aż do puchnięcia, bo podobno siniki i blizny dodają męskości, tarliśmy papierem ściernym, by pozbyć się tej gładkiej cery, zapisaliśmy na MMA dla trzylatków i crossfit dla przedszkolaków, coby jakiegoś męskiego sznytu nabrał... A wciąż słyszymy od obcych ludzi, że taki ładny, najładniejszy w przedszkolu, taki ładny, że chyba dziewczynka, i te włoski, te oczy, ten uśmiech... Taki ładny, że powinien był urodzić się dziewczynką. No jego wina. Bo według "Sztuki kochania" Michaliny Wisłockiej wychodziło, że z płodzenia w taki dzień cyklu, jak nic - dziewucha, jak nic.
Spać nie możemy, tylko palce z nerwów po nocach zagryzamy, bo co to dopiero będzie, jeśli mu tak zostanie? Co jeżeli z tego nie wyrośnie? Przecież powinien być tylko trochę ładniejszy od diabła, wystarczyłoby. A w tym wypadku? Co robić? Zacząć ubierać w sukienki, zapleść warkoczyki, do łapy dać lalkę Barbie i ukrywać przed światem, że jest chłopcem?



"No co ty, chłopakowi kuchnię do zabawy byś kupiła?"

Nie, pewnie że nie. Tak tylko żartowałam głupio. Przecież mężczyźni nie powinni nawet wiedzieć, jak podgrzewa się zupę albo obiera marchew. Od czegoś w końcu są baby na świecie. I budki z kebabem. Po co taka wiedza miałaby zaprzątać męskie umysły - jeszcze by zabrakło miejsca na informacje typu: co to jest spalony albo jak się hamuje silnikiem. Lepiej nie ryzykować.
Kanapki? Sami mieliby sobie robić kanapki? A od czego mają mamusie i żony?
To przecież wiadome, że od kuchni, w której właśnie lepi się pierogi, powinni trzymać się jak najdalej, tak jak od łazienki, gdy kobieta depiluje strefę bikini. A o gotowaniu wiedzieć jak najmniej, bo od tego mogą wypaść włosy na klacie, urosnąć piersi i zacząć się regularne miesiączki.
Oczywiście, że nie kupię mojemu dziecku zabawkowej kuchni. Chyba, że byłoby dziewczynką, wtedy to inna sprawa, obowiązek wręcz. Zaraz po różowej miotełce i szufelce. Od najmłodszych lat powinna wiedzieć, gdzie jej miejsce. Ale w tej sytuacji... choćby gówniarz błagał, niech się do garów nie tyka. Jeszcze wyrośnie na jakiegoś dżender-popaprańca.

Albo normalnego człowieka.


piątek, 18 marca 2016

Syn na luzie ćwiczy buzię




Oficjalnie odwołuje Matka stwierdzenie, jakoby Syn Pierworodny nie mówił.

Wiem, wiem, wszyscy uprzedzali, że tak będzie i że Matka zatęskni jeszcze do tych czasów, gdy trzymał język za zębami. Na razie nie tęskni, tylko z fascynacją obserwuje, a przede wszystkim słucha, co to się dzieje. A dzieje się.

Bo Pierworodny, proszę Państwa, rozgadał się tak, że hej. W ciągu ostatnich kilku tygodni nadrobił wszelkie niepokojące zaległości. Zapamiętuje słowa piosenek i wierszyków, snuje opowieści, wypowiada się całymi zdaniami, opisuje fabułę bajek, które ogląda, bez skrępowania rozmawia z obcymi.

Ale Pierworodny, jak to Pierworodny, sam z siebie nie zabrał się do tego mówienia. Ooo, nie! Musiał dostać jakiś motywator, deadline, coś, co przerwie tę prokrastynację i zmobilizuje go do działania na polu komunikacji międzyludzkiej.

Punktem zapalnym okazał się telefon do logopedy. Wystarczyło zadzwonić.
Zadzwonić. Po prostu. Tylko.
Żeby Matka wiedziała, że to takie proste... zadzwoniłaby już w okresie pierwszych kolek czy ząbkowania - iluż niedomówień by wtedy uniknęli...

Na wizytę trzeba było czekać blisko dwa miesiące. Przez ten czas, od wspomnianego telefonu w styczniu do "godziny zero", wypadającej 4 marca o 9:00, Pierworodny zrobił jakiś komunikacyjny krok milowy. Matka i Ojciec szybko przestali nadążać i z niedowierzaniem słuchają codziennie przynajmniej kilkunastu (kilkudziesięciu?) nowych słów pojawiających się w słowotoku Syna. Słowotok zaś zaczyna się mniej więcej po otwarciu przez niego rano prawego oka, a kończy po pierwszym rozdziale czytanej na dobranoc książki.

Skoro już tę wizytę u logopedy Matka umówiła, nie warto było z niej rezygnować, ale gdy tylko wyszli z domu upewniła się w przekonaniu, że jest im zbędna.
Pierwsze kroki skierowali do sklepu, w którym Pierworodny od progu, z uśmiechem tańcząc, podskakując i gibając się, śpiewnie zawołał: "Poprosimy dwa bilety", a wychodząc wyartykułował (bez upominania) najpiękniejsze w swoim życiu "Do widzenia". Pani ekspedientka chyba nie poznała, że to to samo dziecko, które jeszcze niedawno stawało nieśmiało przy ladzie i przestraszone cichutko ryczało "łaaa", co oznaczało: "Poproszę soczek Leon w kartoniku. To ten z lwem na przedzie".

Pani Logopeda również nie miała wątpliwości, że wizyta nie była konieczna i wszystko z mową Pierworodnego jest w porządku, jak na jego niespełna 4 lata.

Z każdym dniem coraz bardziej przekonuje się Matka, że może jednak aż za w porządku. Bo to już nie chodzi o to, ile on mówi, ale co.

Jedna sprawa, że potrafi pyskować tak, że w pięty idzie. Druga, że potrafi zgasić rozmówcę jednym słowem. W obu przypadkach efekt jest taki, że stoi Matka z rozdziawioną buzią i potrzebuje chwili, aby dojść do siebie i jakoś wychowawczo ustosunkować się do jego wypowiedzi. No zwyczajnie nie przywykła jeszcze.

A taki przykład...

Dobiera się Syn do Matki komputera.
Komputer przezornie zostawiła Matka wysoko na regale, aby Syn się do niego nie dobierał.
Syn z kolei przezornie i po cichu przyniósł sobie swój podest z łazienki.
Po wejściu na niego i wyciągnięciu rąk w górę dosięgał do otwartego laptopa jedynie palcami. Matka dobiegła w momencie, gdy komputer chwiał mu się już nad głową - jeden fałszywy ruch (przy waleniu na oślep w klawiaturę więcej niż prawdopodobny), a zarówno laptop jak i Pierworodny zlecieliby z hukiem.
Tłumaczy więc Matka, że w najlepszym wypadku nabiłby sobie guza, ale mogło się też skończyć rozcięciem głowy. Tłumaczy, że przecież nie wolno mu ruszać komputera mamy. Tłumaczy, że gdyby komputer spadł z takiej wysokości, byłby już do wyrzucenia. Tłumaczy, że komputer kosztuje bardzo dużo pieniędzy.
Co na to Syn?
Patrzy Matce w oczy, po czym upada na podłogę, zatrzymując głowę na przykucniętych kolanach Matki i, zamykając oczy, informuje:
"Umarłem.".


Ale Pierworodny jest w tym coraz lepszy i potrafi zgasić nawet wychowawczo - tzn. tak, że po jego słowach już nic bardziej wychowawczego nie jest się w stanie dodać.

W swoim gabinecie Pani Logopeda pokazywała Matce, jakie ćwiczenia warto wykonywać, aby ćwiczyć u Pierworodnego język (tak profilaktycznie). Opowiadała i pokazywała, a w tym czasie Syn bawił się jakąś grą, którą od niej dostał, nie wyglądał na zainteresowanego rozmową. Pani Logopeda wymieniła też kilka sposobów na zastosowanie ćwiczeń w trakcie codziennych czynności (przy czym Matka w myślach przekształcała je na rzeczywistość z Synem). Na przykład wysmarowanie talerzyka Nutellą i wylizywanie (w przypadku Syna ketchupem), posmarowanie miejsca nad górną wargą miodem (lepszy byłby koncentrat), rozsmarowanie wokół ust lodów i oblizywanie się (lody dla wszystkich!), no itd. w ten deseń.

Tego samego dnia, po południu, siedzą Matka z Synem na podłodze, budując samochody i garaże z klocków. W pewnym momencie dostrzega Matka, że zakatarzony Syn zlizuje gluty spod nosa. Fakt faktem, że nie słyszała jeszcze o dziecku, które by podobnych praktyk nie uskuteczniało, ale przecież wychowawczy fason trzeba trzymać, więc upomina:

- Ej, no co Ty?! Weź chusteczkę.

- Mama, ale ja ćwiczę - rzekł poważnie. I z rozmachem oblizał się ponownie.

Ćwiczy... psia kostka...


środa, 16 marca 2016

Telefony, telefony... czyli jak to się robi




Nie zazdrości Matka telemarketerom, ankieterom, pracownikom banków, operatorów komórkowych i innym osobom odpowiedzialnym za telefoniczną reklamę, obsługę klienta czy zbieranie opinii, którzy nieopatrznie wybiorą akurat numer Ojca Pierworodnego.
Ci rezolutni, z dobrym refleksem i przyzwyczajeni do rozmów wybiegających poza utarte schematy wyuczone podczas weekendowego szkolenia jeszcze jakoś sobie z nim radzą. Biada natomiast tym, którzy tych cech nie posiadają, a trafią w nieodpowiedni moment w ciągu zapracowanego dnia Ojca, który telefonów odbiera średnio kilkadziesiąt dziennie (a sam wykonuje drugie tyle).


I tak kilka dni temu, odważnie i niczego nieświadom, zadzwonił Pan z Banku.

Powiedział to, co zwykle mówi na początku, po czym przeszedł do sedna:

- Widzę, że aktywnie korzysta Pan z naszej karty kredytowej. W związku z tym mam do Pana takie pytanie: jak używa się tej karty?

- No wie Pan... - zaczął poważnie Ojciec - najlepiej to podać ją sprzedawcy, a następnie wpisać swój PIN.

[cisza]
[cisza]
.
.
[śmiech]

- Ale chodziło mi o to...

- Ależ ja wiem o co Panu chodziło - wyrwał się Ojciec z nadmiernym entuzjazmem. -  BARDZO DOBRZE MI SIĘ KORZYSTA Z TEJ KARTY. Korzystam z Waszych środków a nie własnych, więc PRZYJEMNOŚĆ Z ZAKUPÓW JEST PODWÓJNA!!


Bingo! Pan z Banku został na tyle zbity z tropu, że rozmowę udało się błyskawicznie zakończyć.


*

Ale nie zawsze Ojciec ma tyle czasu. Bywa, że kończy tego typu rozmowy znacznie szybciej.

W związku z powyższym dialogiem przypomniał się Matce jeszcze jeden, który opublikowała już kiedyś na FANPAGE'u.

- Dzień dobry, bla bla bla bla bla... - Dzwoniąca tym razem Pani zaczęła wypowiadać swoją zwyczajową formułkę.

- Muszę Pani przerwać. - Zgodnie z tym, co powiedział przerwał jej Ojciec Pierworodnego. - Przepraszam, ale Pani głos bardzo przypomina mi głos mojej byłej dziewczyny. Niestety nie mam dobrych wspomnień, dlatego muszę się rozłączyć. Do widzenia.


Krótko, grzecznie, skutecznie.
Można? Można!

A Matce po 20. pytaniu z ankiety na temat znajomości marek piwa zarówno polskiego jak i światowego rynku albo po 6. tłumaczeniu dlaczego nie chce kredytu, który jest tak wspaniale nisko oprocentowany siadają nerwy i wybucha.


piątek, 11 marca 2016

Gadka trzylatka #6


Gadka trzylatka  #1  #2  #3  #4  #5



Co na to Freud?

- Mama, a wiesz co mi się dzisiaj śniło?

- Co, kochanie?

- Bułka z masłem.


hmm.



Wyścig, czyli kto pierwszy ten lepszy

Syn bardzo lubi wyręczać się innymi w sprawach, które niekoniecznie są dla niego "bułką z masłem". Do takich spraw zalicza się m.in. ubieranie i rozbieranie. Poranne i wieczorne, przed spacerem i po. Niemal po każdym powrocie do domu trwają negocjacje, kto ma ściągnąć czapkę, a kto zdejmie buty (może jednego ty, a drugiego ja), kto rozepnie guziki, a kto zamek. Matka i Ojciec imają się wszelkich możliwych sposobów, byle zachęcać Syna do samodzielności. Dobrym sposobem są wyścigi. Na przykład kto pierwszy zdejmie kurtkę. Pierworodnemu to pasuje. Lubi się ścigać. Doszło do tego, że ścigają się nawet jego nogi bądź ręce, która pierwsza zdejmie nogawkę spodni, skarpetkę, rękaw bluzy, kurtki...

Ale, ale. Pierworodny nie jest pierwszy naiwny. Też potrafi wymyślić Matce wyścig.
I tak któregoś dnia, po powrocie z przedszkola przedstawił swój pomysł:

- A może kto pierwszy??? Ja będę jeść lizaka, a ty mnie rozbierzesz? Kto pierwszy, ten może leżeć.

- A ten co przegra, co ma robić?

- Nic.

W sumie pasuje mi taki układ - pomyślała Matka. Niedługo potem poczuła się oszukana, gdy obierając ziemniaki zobaczyła, jak Pierworodny zagarnął obie nagrody i, nic nie robiąc, leżał wyciągnięty na kanapie i głośno cmokał tego swojego lizaka.

 - Przegrałam. Znowu. Kiedy ja się nauczę?



Co się mówi?

Siedzi Pierworodny na kolanach u Matki. Oglądają zdjęcia na laptopie. W pewnym momencie wyczuła Matka, że atmosfera wyraźnie się zepsuła.

- Ej! A co to za puszczanie bąków, siedząc u mnie na kolanach? Co się mówi, jak się puści bączka?

- To mama!

- Co? Na pewno to właśnie się mówi? A nie co innego?

- To mój tatuś! - poprawił się Pierworodny wielce zadowolony z własnego sprytu.



Metryki nie oszukasz

Przez jakiś czas trwał u Pierworodnego etap ciągłego ustalania, co kiedy się wydarzyło. Tzn. czy miał wtedy już 3 lata, czy jeszcze 2. Jeżeli miał 2 to znaczy, że było to dawno, jeżeli 3, znaczy że właściwie to jakby to było wczoraj, choć mogło minąć już kilka miesięcy. Skala to o tyle mało miarodajna, że poczucie czasu u 3-latka jest specyficzne i czasem upiera się, że coś, co wydarzyło się tydzień wcześniej, było rok temu, gdy był 2-latkiem. A 2-latki to przecież takie prawie dzidziusie, maluchy, którym niemal niczego nie wolno i nic nie potrafią.
Dlatego też, oglądając bajkę Syn upewnia się, czy jest ona odpowiednia dla jego wieku. Zaczęło się od rozgoryczenia, gdy Matka kilka razy stwierdziła, że kreskówka jest dla starszych dzieci i wyłączyła. Jednak później naszła go refleksja, że skoro jemu nie wolno pewnych rzeczy oglądać, zapewne dwulatkom nie wolno oglądać czegoś, co on już może.

I tak któregoś dnia, w trakcie chorowania, odkrył z Matką nową bajkę o autach. Nieszkodliwą. Ale brzydką, niedopracowaną, z męczącym dubbingiem - strata czasu.
Pierworodny zachwycony - bo o autach. Ogląda. Matka się męczy, więc zabrała się za czytanie książki.
W pewnym momencie, po obejrzeniu już sporego fragmentu, Pierworodny uświadomił sobie, że zapomniał spytać:

- YYYYhhhh!!! - Aż się zapowietrzył. - A to jest na 3 lata?

- Tak, myślę że taaak, aleee...

- A na 2 też?

- Chyba tak. Aleee wydaje mi się, że to taka nieciekawa bajka, cooo? Możeee... - Matka starała się dyplomatycznie zaproponować jakąś zmianę repertuaru.

- To ty już jesteś za stara, mamuś.


I tyle w temacie.


czwartek, 10 marca 2016

A u nas powoli już wielkanocnie




7 rano. Stoją Matka z Synem na klatce schodowej. Wychodzą do przedszkola. Czekają na windę.

Stoją i czekają aż winda zjedzie z dziewiątego. Stoją, czekają. Matka wgapia się w windę. Syn z

uniesioną głową i poważną miną wparuje się w Matkę, nic nie mówi. Stoją tak, czekają. Matka gapi

się na nieruchomą windę. Syn wpatruje się w Matkę. Winda ruszyła. Jedzie. Syn się wpatruje.

Matka patrzy przed siebie, ale ma tę cholerną świadomość jego wpatrywania się. Winda jedzie. Nic

nie mówią. Ósme. Siódme. Wpatruje się. Czekają. Stoją. Nic nie mówią. Szóste. Piąte. Gapi się.

Czekają. A on się gapi. Czwarte...



Nie wytrzymała:



- Co?!

- Jajco.