niedziela, 23 listopada 2014

Seks, alkohol i piłka nożna, czyli jak to jest w starym dobrym małżeństwie

***

"Ty to lubisz czytać te książki, co?" - Ooo-hoo, Matka już wie, że szykuje się gra wstępna...

***

Ojciec szedł wieczorem do sklepu. Przy okazji dostał polecenie zakupu wina. Kupił. Otworzył. Nalał.
Wino z czarnego bzu.
- A to polskie? - zapytała Matka podejrzliwie, jednocześnie nieufnie patrząc na pełny kieliszek.
- Polskie. Siła tradycji.
- A ile kosztowało?
- Siedemnaście złotych. Tak że się delektuj!

***

Matka zmęczona. Bardzo. Ojciec jej dokucza, gdyż jej zmęczenie osiągnęło już ten etap, że siedzi na wpół przytomna tylko dlatego, że nie chce jej się iść do łazienki, myć i przebrać do spania.
- Oj, dobra - odburknęła Matka na kolejną zaczepkę
- Nie mówi się "dobla" tylko "dobra".
- Powiedziałam "dobra"! A uszy to się myje a nie trzepie o wannę!
- Wiesz co, jak ty się zachowujesz? Wyobrażasz sobie, żebym ja się tak zachowywał, gdy jestem zmęczony?
- Co??? To Ty możesz mi złośliwie zwracać uwagę, że coś źle powiedziałam? Ale ja Tobie nie mogę zwrócić uwagi, że coś źle usłyszałeś?
- Wiesz co? Ty niby taka inteligentna dziewczyna jesteś... - zaczął Ojciec teatralnym tonem. - A przez 10 lat jeszcze się nie nauczyłaś... - spauzował dla podtrzymania dramaturgii - przez 10 lat jeszcze się nie nauczyłaś, ŻE TAK WŁAŚNIE JEST?!?

***

Ojciec koło południa odwozi Matkę do pracy. W samochodzie cisza. WTEM wyrzuca z siebie:
- Jak mogłaś?
- Przepraszam.
- Ale jak Ty mogłaś... - Mimo szczerej skruchy Matki, jest wyraźnie zdruzgotany.
- No przepraszam. Naprawdę nie wiem jak mogłam wczoraj...   zasnąć w trakcie.
- W trakcie? W trakcie??? To naprawdę dużo powiedziane. Ty zasnęłaś w "TR", o "AKCIE" to jeszcze mowy nie było!!!

Ale do pracy zawiózł.

***

Kilka dni po historycznym meczu Polska - Niemcy 2:0.
- Ha! A dzisiaj mecz - poinformował wszystkich obecnych (czyli Matkę i jej Matkę) uradowany Ojciec Pierworodnego.
- Nie, dzisiaj wtorek, "Prawo Agaty". - Mniej więcej raz na trzy/cztery odcinki Matka niby ogląda serial, czyli raczej tylko jednym okiem i bez żadnych emocji, ale postanowiła się z Ojcem podroczyć.
- Ale... ze Szkocją dziś grają - powiedział z nadzieją w głosie, licząc na to, że Matka zrozumie.
- Wiesz co, dopóki nie wygrywali byłeś bardziej romantyczny... 
- Noooo... i wszyscy do teraz się ze mnie śmieją.
- Śmieją się, że zamiast oglądać mecz od początku to oglądałeś ze mną film romantyczny?
- Dokładnie.
- To po co się chwalisz?
- Bo każdy pyta. Więc odpowiadam, że nie widziałem od początku, bo oglądałem z żoną film romantyczny. A potem się śmieją.
- Ale jak się śmieją?
- No tak: "he, he".
- A jaki film? - wtrąciła się Matka Matki.
- "Debiutanci". A jak to mówię to dopiero się śmieją. "HE, HE".
- To nie mów.
- Ale to tylko faceci się śmieją. Za to kobiety jak słyszą, że nie widziałem całego meczu, bo oglądałem z żoną film romantyczny to robią tak: "Aaaaach".
- I wszystko jasne. - Matka nie potrzebowała już dalszych wyjaśnień.
- A jaki mecz? - wtrąciła się Matka Matki.

***

- Zobacz, zabrałem się za te papiery - zagaduje w biurze Ojciec, wyraźnie licząc na pochwałę.
- No i dobrze - burknęła groźne Matka, która od dłuższego czasu o zabranie się za papiery prosiła.
- Arrrr! - zawarczał, powiedzmy, zalotnie. - Jeszcze tylko taki pejczyk dać Ci do ręki...
- No i co jeszcze? Wysokie kozaczki i wiązany gorsecik?
- Nie, pejczyk i Twój charakter w zupełności wystarczą.


poniedziałek, 17 listopada 2014

Kto bogatemu zabroni?

Szła Matka do pracy. Do pracy Matka chodzi wzdłuż Wisły, trasą, którą po zmroku Ojciec Pierworodnego nie pozwala jej chodzić. Jednak i tak czasem pomyka, mając stracha, że hej. Gdyż ponieważ okolica to szemrana. Jednak do i z pracy trasa najkrótsza.

Szła więc Matka dziarsko przed siebie. Mijając panów, którzy to panowie często gęsto oblegają barierkę prowadzącą wzdłuż trasy. W sumie Matka nie wie, czy to zawsze Ci sami panowie oblegają, czy jednak jest ich więcej i ustalają między sobą dyżury. Grunt, że barierka jest oblegana niemal całą dobę.
Panowie pełniący dyżur tego przedpołudnia spożywali napoje wyskokowe i to raczej te z niższej półki. Nie da się ukryć, że spożywali je akurat w tym momencie. Jednak poczynić można daleko idące przypuszczenia, graniczące z pewnością, że spożywali je także dzień wcześniej i jeszcze dzień wcześniej i jeszcze dzień...

Gdy przyszedł moment, że trasa Matki zbiegła się w jednym punkcie z miejscem towarzyskiego spotkania panów, usłyszała Matka ich rozmowę.
Panowie, jak to panowie, o czym mogli dyskutować?
Jasne że o samochodach.

Kilkanaście metrów dalej jakiś zbłąkany kierowca zawracał swoim BMW.

- To z tych droższych jest - powiedział ze znawstwem w głosie jeden z panów. Istotnie, samochód na tani nie wyglądał. Towarzystwo przyglądało się zawracającemu powoli autu z dużym zainteresowaniem. W związku z tym pan-znawca motoryzacji wykorzystał szansę, by zabłysnąć przed kolegami.
- No to taki już droższy jest. Droższy. Bo to jest... - wyraźnie miał ochotę podać model, ale żaden nie przyszedł mu do głowy. - Bo to jest... taki droższy. To kosztuje... - ceny też nie był w stanie oszacować, dlatego po krótkiej pauzie bezpiecznie zakończył - nooo... tyle, co te droższe.
Jednak panujące rozmarzenie wśród zebranych, swoim "trzeźwym" stwierdzeniem, szybko i dobitnie przerwał jeden z nich:
- No i ch_j tam! Jak ja bym miał pieniądze to bym srał na BMW. Ja to bym Porsche jeździł.*

No ba.

Jak Matka by miała pieniądze... pewnie nadal nie miałaby nic przeciwko jeżdżeniu Fordem, ale może, zamiast tak gnać do roboty, to od rana z koleżankami popijałaby kolorowe drinki z palemką gdzieś nad wodą...

Ludzie nie doceniają tego, co mają.
A są i tacy, którzy nie doceniają nawet tego, czego mieć nie mogą.


_____________
* W chłodny i ponury listopadowy dzień wypowiedź tego pana wydała mi się tak smutna, że aż zabawna. Albo odwrotnie. Grunt, że stała się piątkową myślą przewodnią, czyli jak to mówią zrobiła mi dzień. 


piątek, 14 listopada 2014

Pokazywałam jak byłam mała, a teraz trochę się wstydzę

Październik zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Listopad gnije wraz z dywanem liści na chodnikach. Niedawna szaruga z godziny 17:00 dziś jest ciemnością o 16:00. I tak godziny przeciekają przez palce, uciekają kolejne dni i kolne posty z głowy. Ciężko powiedzieć czy to rzeczywiście permanentny niedoczas czy może jednak utrata dotychczasowej łatwości w spojrzeniu na wszystko jak na temat do rozwinięcia. Chcieć by się chciało, a jednak nie ma siły włączyć komputera, odpalić strony czy nawet sięgnąć po długopis, aby coś zanotować.

Znużyła mnie ta jesień.
Całkiem.

Tonę w pracy, książkach, stercie prania i własnych myślach.

***
Od kilkunastu dni znamienne 29 i pół. Teraz już z górki do kolejnej dziesiątki. A potem? Nie wiadomo. Chyba już nic. Grobowa deska. Ciemność, ciemność widzę. Marność nad marnościami. I wszystko marność.

Patrząc na siebie oczami Pierworodnego, Matka myśli czasami, że z tym życiem po 30. jest trochę jak z życiem na Marsie - raczej niemożliwe. Trzydzieści? Przecież nikt nie ma tylu paluszków żeby to pokazać. I kto by do tylu zliczył, jak już rachowanie do dziesięciu to w sumie nuda i nic ciekawego?

A skoro potem i tak nic nie ma, ostatnim tchnieniem młodości Matka sobie zaszalała.
No dobra. Specjaliści w tej dziedzinie zgodnie orzekają, że raczej w kategoriach pieprzyku niż tatuażu należy matczyne szaleństwo rozpatrywać. Nie zmienia to faktu, że spełniła swoje wieloletnie marzenie. W związku z tym uprasza się o niewyśmiewanie.

Bo pewnie ktoś ciekawy chciałby zobaczyć, co?
.
.
.

Nadszedł ten moment.
Po blisko dwóch latach anonimowej bytności w sieci, nieszarżowania wizerunkiem własnym, ani tym bardziej swojego dziecka, z grozą w sercu i duszą na ramieniu ujawnia Wam Matka jak wygląda...                     jej ręka. (Zaznaczając, gwoli kronikarskiej ścisłości, że na żywo jest szczuplejsza.) Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że gdy już się to stanie, jej życie na zawsze się zmieni. Matki życie, a jej ręki tylko przy okazji. Bo czy z tak charakterystycznym tatuażem, takiej wielkości i w takim miejscu, można pozostać nierozpoznanym wśród tłumów?
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Jeszcze chwila
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Już za moment
.
.
.
.
.
.
Tadaaaam...





Uprzedzając pytania.
Nie, nie wyjaśnię jakie jest jego znaczenie. To nazbyt osobiste.
Tak, bolało. Ale nie tak mocno jak się spodziewałam.


Wiem, rozmach tego wzoru robi wrażenie. Taka na przykład Jadźka, największa specjalistka od dziar w polskich parentingach, to się aż opluła z wrażenia, gdy zobaczyła powyższe zdjęcie. Po czym, by nie zrobić Matce przykrości, orzekła, że jest uroczy i odważny.
Wy też nie róbcie Matce przykrości ;-)


niedziela, 2 listopada 2014

Jest takie jedno imię... Tradycja

Od początku września wszelkie zarazy nie oszczędzają Pierworodnego. Raczej okrutnie rzucają mu się do gardła, ilekroć tylko znajdzie się w ich pobliżu. W dodatku wygląda też na to, że odchorowuje on każde spotkanie z dziadkami. Odchorowuje w sensie dosłownym. Właśnie gorączkuje drugi raz z kolei.
Spryciarz - upiekło mu się tym samym pierwsze przedszkolne upokorzenie.
Bal Halloweenowy, a co się z tym równa - przygotowany dla niego przez Matkę strój. Owszem, miała Matka dylemat, gdzie kończy się kreatywność a gdzie zaczyna bycie rodzicem wyrodnym, jednak absencja Syna na pierwszym przedszkolnym balu przebierańców uwolniła ją od tych niepewności i na zawsze pozostawiła kwestię bez odpowiedzi. Nie dowie się już czy mocno za złe miałby jej po latach wysłanie go do przedszkola w piżamce-pajacyku i wmówienie, że był przebrany za Straszny Sen.
Ale żeby nie było: piżamka czarna i z kościotrupem. I do tego nawet Matka sprawiła mu za 4,90 zł maskę a'la potwór z "Frankensteina" (aktualnie chodzi z nią nawet spać). Pierworodny kreatywność Matki kupił, ale nie wiadomo na jak długo, za kilka lat pewnie i tak dostałaby opiernicz. Z drugiej strony na swoją obronę miała Matka to, że na dzień przed balem wybór zawężony był jedynie do przymałej piżamy i pięknego stroju myszki. Niestety falbanki wskazywały na to, że myszka była dziewczynką. Pierworodny kostiumem myszki był zachwycony, mimo to Matka z Ojcem uznali, że aż tak okrutni znowu nie są i tego dziecku nie zrobią. Po prostu każde skorzystało z własnych przedszkolnych doświadczeń i wybrali mniejsze zło. Ojciec po dziś dzień jako traumę wspomina swój strój pszczółki - nic to, że był oryginalny i najlepszy z całej grupy, kilkulatek wolałby być jednym z tłumu kowboi czy kolejnym Zorro. Matka z kolei pamięta jakim szokiem było dla niej, gdy po kilkunastu latach przeglądała stare, przedszkolne fotografie i zobaczyła siebie w obciachowych świecących portkach na tle paskudnej sztucznej choinki, wiecie, takiej z watą udającą śnieg, anielskimi włosami i bombkami nie grzeszącymi urodą... I to uczucie... gdy dotarło do niej jaką bzdurę wmówiła jej własna matka. Otóż 4-letnia Matka przebrana była za Balową Dziewczynkę. WTF? Najdziwniejszy w tym nawet nie był sam pomysł, liche przebranie czy mało wyszukany tytuł (Balowa Dziewczynka, rili?), ale fakt, że w Matce, która od lat najmłodszych, ku rozpaczy rodziców, nie dawała się ubrać w byle co, podejrzenia zaczęło to wszystko budzić dopiero po jakichś 15 latach. Z tym, że nie wywołało to w niej traumy, jak w Ojcu, a jedynie rozbawienie. Stąd to mniejsze zło. Niestety, tym razem gorączka u Pierworodnego pojawiła się na godzinę przed balem.

Poza tym jakoś ogólnie mało tradycyjnie w tym roku u Matki. I nie chodzi nawet tak bardzo o to, że cały 1 listopada przesiedziany w domu. Bo Syn niewyraźny. Bo Ojciec zapracowany. I że ominął ich przez to wyjazd w matczyne rodzinne strony. Ale rzecz przedziwna się stała, jakby święta w ogóle nie było. Czegoś zabrakło. Tradycji nie stało się zadość. Niedosyt, pustka i brak. Jakieś niedopełnienie pozostało. Otóż pierwszy to był od lat dzień Wszystkich Świętych bez obejrzenia ulubionego filmu Ojca Pierworodnego. Wyobrażacie sobie, żeby raz do roku Polsat nie puścił Kevina? No właśnie.
Jest taki film, który telewizja nadaje regularnie. W tym zwykle w okolicach 1 listopada. A jego tradycja jest znacznie dłuższa niż samego Kevina. I jest to jeden z dwóch najbardziej ulubionych z ulubionych filmów Ojca. A jak wiadomo, filmy najbardziej ulubione z ulubionych ogląda się zawsze ilekroć się na nie trafi, choćby każdą kwestię znało się na pamięć, a rzecz jasna w filmach najbardziej ulubionych z ulubionych oczywistym jest znajomość każdej kwestii. Dla Matki takim filmem jest "Śniadanie u Tiffany'ego". Dla Ojca zaś pierwszym jest, kultowy także i dla niej, "Ojciec Chrzestny". Drugim, tym oglądanym rokrocznie, nadającym porządek świata, dającym poczucie bezpieczeństwa przez swą stałość, powtarzalność i przewidywalność... będącym ostoją poprzez swoistą obrzędowość jego oglądania... filmem, którego już sam tytuł w matczynej rodzinie kojarzy się z jej mężem... filmem, który stał się za sprawą Ojca świątecznym obyczajem, filmem którego oglądanie jest już rytuałem... filmem, który mimo tego wszystkiego do Ojca zupełnie nie pasuje... wreszcie JEDYNYM filmem, na którym Ojciec Pierworodnego roni łzy... 

i w końcu filmem, którego w tym roku wyjątkowo żadna stacja telewizyjna nie nadawała jest




"Znachor"

Ech, współczesne media nie dość dbają o siłę tradycji. Nie dość. Za rok, dla pewności, trzeba będzie odszukać tę wersję, którą ma się na DVD.
#tojużnietosamo #smuteczek

A jeżeli nie jesteście w stanie wczuć się w ten brak, którego Matka z rodziną w tym roku doświadczyli, wyobraźcie sobie choćby: świąteczne zakupy w markecie bez "Last Christmas" w tle, Boże Narodzenie bez mandarynek, Nowy Rok bez kaca, wigilię długiego majowego weekendu bez oblężenia sklepów jakby szykowała się wojna nuklearna, maturę bez czerwonych gaci, wesele bez obciachu podczas oczepin, pierwszy dzień wiosny bez narzekania, że zimno, Tłusty Czwartek bez nadzienia w pączku, zmianę czasu bez grupowej narady, w którą stronę przestawić zegarki i zastanawiania się czy w telefonie zmieniało się samo nie czy.     
Tradycja to tradycja. Nie ma na nią rady.


wtorek, 14 października 2014

Pizdziernik

czyli pizgnąć to wszystko i zwiać w pizdu

Cztery choroby dziecka w ciągu sześciu tygodni plus po drodze jedno czy dwa przeziębienia własne. Bunt dwulatka, który zamiast słabnąć, po roku trwania przybiera na wyrazistości. Ząb bolący, który nim dentystka wzięła za niego 300 zł nigdy nie bolał. Włosy nie takie, bo zapuszczane. Kryzys związany z przedszkolem. I łzy o poranku. Flek urwany w ulubionych szpilkach, chociaż dopiero wymieniony. W przychodni znieczulica, chamstwo i niezdrowa atmosfera. W biurze syf, chamstwo, niezdrowa atmosfera i komputer padł. Kolejka do okulisty, chociaż miało kolejki nie być. A w kolejce wszystkie panie w wieku 60+ łypią wilkiem, byle żadna nie śmiała się wcisnąć przed nią. I opowiadają sobie o ostatnim różańcu w kościele i o tym, jak wypadło niedawne badanie moczu.
Jeszcze ta jesień. Faktu, że trwa nie zmienia nawet dotychczasowe 25 stopni za oknem. A wiek już nie ten, by wypadało zrzucić wszystko na burzę hormonów i jesienną chandrę. Co z tego, że tam lato w październiku, skoro w domu trzeba siedzieć? Co z tego, że tam ciepło, jak tu wręcz wrze? 4 minuty samodzielnej zabawy dziecka - godzina sprzątania. Sobota. Nie ma z czego zrobić obiadu. Chcesz iść z mamą do sklepu? Jakże szybko euforia zamienia się w koszmar. Zdrowiej dla wszystkich byłoby się w weekend przegłodzić. Ale wtedy całe osiedle ominęłoby takie widowisko. Brakowało już tylko kamery i Superniani dodającej otuchy za plecami. Znalazła się za to jakaś Superżyczliwa, która w oknie jarała i nieproszona wspaniałomyślnie postanowiła wybawić z wszelkich kłopotów wychowawczych: "Jak nie będziesz grzeczny, pani Cię zabierze. Ja sobie zbieram takie niegrzeczne dzieci". Rzeczywiście, za nią w mieszkaniu pałętało się dwoje - ocean spokoju i łagodności w zestawieniu z szalejącym w matczynych ramionach tsunami. Może zapytać jak ona to robi? Albo też iść sobie zajarać.

Ponad godzina wybierania nowych okularów i brak podjęcia decyzji. A przecież z tym miało już pójść szybko i miało być łatwiej w nowej oprawie spojrzeć przychylnie na teraźniejszość.

Na następny raz zapytam czy mają różowe.

Jakoś ostatnio za dużo tego wszystkiego na jedną Matkę.

czwartek, 9 października 2014

Wspomnienie

Kłamał Tuwim z tymi mimozami.
Katarem.
I smutkiem.
Katarem jesień się zaczyna. I kapie. Kap. kap. kap.
kap. kap.
Kapie ten smutek.

Niebo smutne spada z nieba.
Nie pada. To dziwne. Powinno.
Dziecko płacze, bo przedszkole.
Matka płacze, bo dziecko płacze. Bo może błąd zrobiła? Może wypisać?

Smutek kapie. Nawet z nosa. Nawet z oczu. Nawet spod palców.
Pracy za dużo. A energii?
czego?
Światło zapalę.
Grzać zaczęli.
Kap.

Antybiotyk. Wrzesień. Nie ma wody w kranie. Awaria. Dentysta. Podwójne znieczulenie. Potrzebne nowe buty, rozmiar 26. Płacz. Zepsuty samochodzik. Wygrany przetarg. Szampan. Zapalenie ucha. Płacz, bo trzeba wyprać ulubioną pościel. Pasowanie na przedszkolaka. Październik. Kolejka w przychodni. "Ale czy Pani wie, że pediatra dopiero od 10:00?". Nie wiem, bo niby skąd, bo niby z jakiej racji? Tramwaj. Pospiesz się! Skończyła się kawa. Skończyły się papierosy. Liście popełniają zbiorowe samobójstwo, lecąc na oślep, byle nie być świadkiem nadejścia listopada. Siatka z zakupami wrzyna się w dłoń. Niepotrzebnie te parówki i piwo, za ciężko. Ciągły niedoczas. Wieczne niewyspanie. Nic nowego, co roku to samo. Cichutko, już dobrze, mama jest przy Tobie, śpij. Trzeba jeszcze pomyć okna zanim całkiem się ochłodzi.

I gdzieś tam daleko umiera aktorka.
Nie powinna.
Płacze Polska cała. I dobrze. Powinna.

Nic mnie z nią nie łączyło.
Mój kolega chodził z nią do jednej klasy w podstawówce.
Czyli... nadal nic mnie z nią nie łączyło.
Moja koleżanka grała w tym samym serialu, co ona.
Nic mnie z nią nie łączyło.
Piłam kiedyś wodę. Tę którą reklamowała. Zawsze próbowałam złapać tak fantazyjnie szklankę, jak ona w tej reklamie trzymała. Nie da się.
Nakładałam na twarz ten sam puder, którego i ona ponoć używała. W promocji był. Ale nawet robienie za jej przykładem przykładnego dzióbka przed lustrem niewiele wskórało.
Nic mnie z nią nie łączyło. Lubiłam ją na ekranie. Bardzo. I to chyba tyle.
A jednak ta śmierć dotknęła tak, jak dotknąć może jedynie śmierć kogoś, z kim łączy wiele.

I mogą sobie pisać niewzruszeni, że zbiorowa histeria. Mogą sobie pisać histerycy, że nagle doceniają życie i że od teraz będą łapać chwile ulotne jak ulotka. Mogą twierdzić realiści, że nic się nazajutrz nie zmieni. Mogą.
A ja mogę napisać, że właśnie się dowiedziałam, że nie można mieć wszystkiego. Nawet jeżeli się na to zasługuje? Nawet.
Być piękną i inteligentną? Bogatą, sławną i niebudzącą zawiści? Utalentowaną i skromną? Młodą i zdrową? Spełnioną prywatnie i zawodowo? Doskonałą żoną i matką? Godzić kariery z życiem rodzinnym?
W końcu i tak coś musi się spierdolić.
Skoro tam się spierdoliło, jaką mam teraz gwarancję, że u nas się nie spierdoli?
I boję się jeszcze bardziej.
I nie łapię chwil ulotnych.
Trwam dalej.



I zastanawiam się na jakim, kurwa, świecie żyję. Po dwóch godzinach od pojawienia się oficjalnej informacji o tym, że zmarła Ania Przybylska, gdy weszłam na Wikipedię, widniała tam już data i miejsce jej śmierci. W dodatku, podobno, jeszcze wcześniej, podano niewłaściwe miejsce, a informację tę zdążono już przedrukować dalej i tak poszła w świat. 
Naprawdę? Tak to działa?
Tyle wiemy o sobie, ile napisali w Wikipedii? Parafrazując.

sobota, 27 września 2014

Milczenie jest złotem?

Syn chorował. W związku z tym, oczywiście, do przedszkola nie chodził. Znowu. Jednak żeby podtrzymać statystyki, z których wynika, że Matka bywa tam częściej od niego, to się wraz z Ojcem do placówki przejechała - sprawa była do załatwienia w sekretariacie. A przy okazji zamieniła Matka kilka zdań z wychowawczynią Syna.

- Nie wiem czy pani już wie, Pierworodny jest już po pierwszym spotkaniu z panią logopedą. Niestety mówiła, że nie mogła go przebadać, bo nic nie powiedział.

Hmm, przypomnieć pani logopedzie, że Matka poprosiła ją o konsultację, BO SYN NIE MÓWI? Czy niech sama do tego dojdzie?