wtorek, 14 października 2014

Pizdziernik

czyli pizgnąć to wszystko i zwiać w pizdu

Cztery choroby dziecka w ciągu sześciu tygodni plus po drodze jedno czy dwa przeziębienia własne. Bunt dwulatka, który zamiast słabnąć, po roku trwania przybiera na wyrazistości. Ząb bolący, który nim dentystka wzięła za niego 300 zł nigdy nie bolał. Włosy nie takie, bo zapuszczane. Kryzys związany z przedszkolem. I łzy o poranku. Flek urwany w ulubionych szpilkach, chociaż dopiero wymieniony. W przychodni znieczulica, chamstwo i niezdrowa atmosfera. W biurze syf, chamstwo, niezdrowa atmosfera i komputer padł. Kolejka do okulisty, chociaż miało kolejki nie być. A w kolejce wszystkie panie w wieku 60+ łypią wilkiem, byle żadna nie śmiała się wcisnąć przed nią. I opowiadają sobie o ostatnim różańcu w kościele i o tym, jak wypadło niedawne badanie moczu.
Jeszcze ta jesień. Faktu, że trwa nie zmienia nawet dotychczasowe 25 stopni za oknem. A wiek już nie ten, by wypadało zrzucić wszystko na burzę hormonów i jesienną chandrę. Co z tego, że tam lato w październiku, skoro w domu trzeba siedzieć? Co z tego, że tam ciepło, jak tu wręcz wrze? 4 minuty samodzielnej zabawy dziecka - godzina sprzątania. Sobota. Nie ma z czego zrobić obiadu. Chcesz iść z mamą do sklepu? Jakże szybko euforia zamienia się w koszmar. Zdrowiej dla wszystkich byłoby się w weekend przegłodzić. Ale wtedy całe osiedle ominęłoby takie widowisko. Brakowało już tylko kamery i Superniani dodającej otuchy za plecami. Znalazła się za to jakaś Superżyczliwa, która w oknie jarała i nieproszona wspaniałomyślnie postanowiła wybawić z wszelkich kłopotów wychowawczych: "Jak nie będziesz grzeczny, pani Cię zabierze. Ja sobie zbieram takie niegrzeczne dzieci". Rzeczywiście, za nią w mieszkaniu pałętało się dwoje - ocean spokoju i łagodności w zestawieniu z szalejącym w matczynych ramionach tsunami. Może zapytać jak ona to robi? Albo też iść sobie zajarać.

Ponad godzina wybierania nowych okularów i brak podjęcia decyzji. A przecież z tym miało już pójść szybko i miało być łatwiej w nowej oprawie spojrzeć przychylnie na teraźniejszość.

Na następny raz zapytam czy mają różowe.

Jakoś ostatnio za dużo tego wszystkiego na jedną Matkę.

czwartek, 9 października 2014

Wspomnienie

Kłamał Tuwim z tymi mimozami.
Katarem.
I smutkiem.
Katarem jesień się zaczyna. I kapie. Kap. kap. kap.
kap. kap.
Kapie ten smutek.

Niebo smutne spada z nieba.
Nie pada. To dziwne. Powinno.
Dziecko płacze, bo przedszkole.
Matka płacze, bo dziecko płacze. Bo może błąd zrobiła? Może wypisać?

Smutek kapie. Nawet z nosa. Nawet z oczu. Nawet spod palców.
Pracy za dużo. A energii?
czego?
Światło zapalę.
Grzać zaczęli.
Kap.

Antybiotyk. Wrzesień. Nie ma wody w kranie. Awaria. Dentysta. Podwójne znieczulenie. Potrzebne nowe buty, rozmiar 26. Płacz. Zepsuty samochodzik. Wygrany przetarg. Szampan. Zapalenie ucha. Płacz, bo trzeba wyprać ulubioną pościel. Pasowanie na przedszkolaka. Październik. Kolejka w przychodni. "Ale czy Pani wie, że pediatra dopiero od 10:00?". Nie wiem, bo niby skąd, bo niby z jakiej racji? Tramwaj. Pospiesz się! Skończyła się kawa. Skończyły się papierosy. Liście popełniają zbiorowe samobójstwo, lecąc na oślep, byle nie być świadkiem nadejścia listopada. Siatka z zakupami wrzyna się w dłoń. Niepotrzebnie te parówki i piwo, za ciężko. Ciągły niedoczas. Wieczne niewyspanie. Nic nowego, co roku to samo. Cichutko, już dobrze, mama jest przy Tobie, śpij. Trzeba jeszcze pomyć okna zanim całkiem się ochłodzi.

I gdzieś tam daleko umiera aktorka.
Nie powinna.
Płacze Polska cała. I dobrze. Powinna.

Nic mnie z nią nie łączyło.
Mój kolega chodził z nią do jednej klasy w podstawówce.
Czyli... nadal nic mnie z nią nie łączyło.
Moja koleżanka grała w tym samym serialu, co ona.
Nic mnie z nią nie łączyło.
Piłam kiedyś wodę. Tę którą reklamowała. Zawsze próbowałam złapać tak fantazyjnie szklankę, jak ona w tej reklamie trzymała. Nie da się.
Nakładałam na twarz ten sam puder, którego i ona ponoć używała. W promocji był. Ale nawet robienie za jej przykładem przykładnego dzióbka przed lustrem niewiele wskórało.
Nic mnie z nią nie łączyło. Lubiłam ją na ekranie. Bardzo. I to chyba tyle.
A jednak ta śmierć dotknęła tak, jak dotknąć może jedynie śmierć kogoś, z kim łączy wiele.

I mogą sobie pisać niewzruszeni, że zbiorowa histeria. Mogą sobie pisać histerycy, że nagle doceniają życie i że od teraz będą łapać chwile ulotne jak ulotka. Mogą twierdzić realiści, że nic się nazajutrz nie zmieni. Mogą.
A ja mogę napisać, że właśnie się dowiedziałam, że nie można mieć wszystkiego. Nawet jeżeli się na to zasługuje? Nawet.
Być piękną i inteligentną? Bogatą, sławną i niebudzącą zawiści? Utalentowaną i skromną? Młodą i zdrową? Spełnioną prywatnie i zawodowo? Doskonałą żoną i matką? Godzić kariery z życiem rodzinnym?
W końcu i tak coś musi się spierdolić.
Skoro tam się spierdoliło, jaką mam teraz gwarancję, że u nas się nie spierdoli?
I boję się jeszcze bardziej.
I nie łapię chwil ulotnych.
Trwam dalej.



I zastanawiam się na jakim, kurwa, świecie żyję. Po dwóch godzinach od pojawienia się oficjalnej informacji o tym, że zmarła Ania Przybylska, gdy weszłam na Wikipedię, widniała tam już data i miejsce jej śmierci. W dodatku, podobno, jeszcze wcześniej, podano niewłaściwe miejsce, a informację tę zdążono już przedrukować dalej i tak poszła w świat. 
Naprawdę? Tak to działa?
Tyle wiemy o sobie, ile napisali w Wikipedii? Parafrazując.

sobota, 27 września 2014

Milczenie jest złotem?

Syn chorował. W związku z tym, oczywiście, do przedszkola nie chodził. Znowu. Jednak żeby podtrzymać statystyki, z których wynika, że Matka bywa tam częściej od niego, to się wraz z Ojcem do placówki przejechała - sprawa była do załatwienia w sekretariacie. A przy okazji zamieniła Matka kilka zdań z wychowawczynią Syna.

- Nie wiem czy pani już wie, Pierworodny jest już po pierwszym spotkaniu z panią logopedą. Niestety mówiła, że nie mogła go przebadać, bo nic nie powiedział.

Hmm, przypomnieć pani logopedzie, że Matka poprosiła ją o konsultację, BO SYN NIE MÓWI? Czy niech sama do tego dojdzie?

piątek, 26 września 2014

Rola Nutelli i brazylijskich sztuk walki w opiece i wychowaniu dzieci do lat trzech

Nie ma co ściemniać. Nie ma co udawać, że jest inaczej, skoro jest właśnie tak. Wrzesień w domu Matki Wyluzuj! mija pod znakiem przedszkola. I chorowania. Nie ma co wymyślać tematów do pisania na siłę, skoro jedyne o czym się myśli to:
- czy pójdzie jutro do przedszkola?
- czy pójdzie pojutrze do przedszkola?
- kiedy wreszcie pójdzie do przedszkola, bo normalnie zwariuję?!?
- uff, w końcu!
- czy wróci z gorączką?
- czy wróci z katarem?
- czy z katarem można posłać do przedszkola?
- będzie w przedszkolu płakał?
- zaśnie na drzemce?
- weźmie dziś syrop czy będą cyrki?
- wysmarkał się Matce w rękaw czy tylko w spodnie?
- wysmarkał się w kanapę?
- jakim cudem można wysmarkać się w szafę?
- po cholerę to zebranie w przedszkolu na początku września, skoro ostatnie było na koniec sierpnia?
- naprawdę tak wyglądają zebrania dla rodziców?
- i tak będą wyglądać już do końca szkoły średniej???
- omójborze!!!

Na szczęście zebrania w szkole wziął na siebie Ojciec Pierworodnego. Po zakończeniu aktualnego etapu edukacji Syna, Matka umywa ręce. Choć taki podział sprawia, że zapewne ominą Ojca, będące kwintesencją zebrań przedszkolnych, jakże pasjonujące, zażarte, pełne emocji i zwrotów akcji dyskusje i boje na temat Nutelli w jadłospisie stołówki, kończące się rozgorączkowanymi okrzykami właściciela placówki: "Nie zabierajmy dzieciom Nutelli!". Matka obawiała się, że dojdzie do tego, że w obronie słodkich kanapek ktoś będzie kładł się Rejtanem przed wejściem do kuchni, przeciwnicy zaś ostentacyjnie spalą kartkę z menu na najbliższy tydzień. Mimo że do porozumienia nie doprowadzono, obyło się bez tak ostatecznych kroków. Szkoda.
Ale trzeba przyznać, że dla tego jednego wątku warto było jechać prosto z pracy na półtoragodzinne zebranie tramwajem przez pół miasta, w dodatku z gorączką i brakiem jakichkolwiek chęci do życia.

Poza tym na zebraniu okazało się, że placówka bardzo szybko poznała się na Synu Pierworodnym. Wystarczyły 4 dni jego obecności. A pani zajmująca się dogoterapią sama, dobrowolnie zrezygnowała z prowadzenia zajęć. I słusznie, znęcanie się nad zwierzętami jest w Polsce karalne. Kot, który przebywa z Pierworodnym od jego narodzin ewidentnie potrzebuje terapii, a czy ktoś słyszał o kototerapii? A mało to psów Pierworodny już zmęczył? Niech się sam męczy. Niech się bardziej wprawia w męczeniu innych. Przedszkole wychodzi naprzeciw potrzebom swych wychowanków i w zamian zaoferowało coś znacznie bardziej praktycznego. Sztuki walki. Capoeira. Będzie się działo. Dodatkowo jest szansa, że jeżeli Pierworodny nie nauczy się kopać niczym Bruce Lee w "Tańcu z Gwiazdami", nie wyskacze nadmiaru energii albo nie zacznie tańczyć samby (czy co się tam po brazylijsku tańczy), to może choć liźnie odrobinę portugalskiego. Bo w poniedziałki, gdy ma angielski, i tak zawsze choruje. Jak pozna portugalski to przynajmniej jest szansa, że w paru miejscach na świecie się dogada, bo póki co, w Polsce potrzebuje tłumacza. Nawet sprawdziła Matka w Wikipedii - język portugalski jest używany przez ponad 210 mln ludzi, podczas gdy język polski tylko przez 44 mln. Może więc nie ma sensu upierać się przy tym polskim, tylko zająć się czymś praktyczniejszym?

Cumprimentos, Mãe Relaxar!
czy jakoś tak
(*Pozdrawiam, Matka Wyluzuj!)

wtorek, 23 września 2014

Monitoring

***
PRZED

- Jak myślisz, będziemy widzieć tylko grupę Pierworodnego czy  wszystkie dzieci? Bo z tej strony wychodzi na to, że chyba wszystkie - zastanawiała się Matka po pierwszym zalogowaniu się do przedszkolnego systemu.
- To co, że wszystkie? - Dla Ojca temat był oczywiście bez znaczenia.
- Po co mi widok innych dzieci? Poza tym nie chcę, żeby wszyscy mogli oglądać naszego Syna. - Matka jak zwykle zbyt poważnie podchodziła do spraw błahych.
- Będzie gwiazdą internetu!
- O jaaa... Po mamusi - rzekła niby wzruszona, ocierając wyimaginowaną łezkę z oka.

***
NA POCZĄTKU

Przez trzy dni chodził ubrany na niebiesko - bluzka z dinozaurem, jeansowa koszula z lokomotywą i inne ulubione outfity. Jednak system monitoringu ma swoje wady. Jedną z nich jest to, że dziecko ubrane na niebiesko można pomylić z innym dzieckiem ubranym na niebiesko. Poza tym dziecko ubrane na szaro-niebiesko zlewa się z wykładziną.
Czwartego dnia Matka postanowiła być sprytna i przechytrzyć system. Ubrała Syna w czerwoną koszulkę.
Pięcioro innych rodziców też postanowiło być sprytnymi.
Do wad monitoringu należy dopisać, że dziecko ubrane na czerwono można pomylić z innym dzieckiem ubranym na czerwono.

***
TERAZ

Generalnie Matka nadal podtrzymuje swoje zdanie, że monitoring w przedszkolu to ZŁŁOOO. Bajer, gadżet, atrakcja, wabik na rodziców, który tylko pozornie uspokaja oraz daje poczucie bezpieczeństwa i komfortu psychicznego, a w rzeczywistości sieje zamęt, ferment i niepokój. Tzn. pozornie daje to poczucie rodzicowi  rzecz jasna. Bo wszyscy inni, razem z dziećmi i przedszkolankami na czele, mają kamery w nosie.
Miało być przecież tak, że Pierworodny wyrusza rano w świat, a Matka, która w pracy musi być dopiero na 12:00, ma czas na ogarnięcie siebie, ogarnięcie mieszkania, ogarnięcie zakupów i spraw zaległych - co oczywiście wszystko i tak by się skończyło na ogarnianiu internetu.
Tymczasem w przedszkolu jest monitoring, przy którym czas Matka marnotrawi nie tylko przed pracą, ale i w pracy. A bywa, że i w drodze do pracy. I przeżywa. A czemu inne dzieci w fartuszkach do posiłku a on nie? A dlaczego z nikim się nie bawi? A czemu nie śpi na leżaczku, tylko na podłodze i czemu nie w piżamce? Jezzzzuuu, czy on je nutellę? - przecież pani miała pamiętać, że jest uczulony na orzechy! A gdzie on zniknął? Gdzie jest mój Syn??? Gdzie... Ach, rączki mył...

Niby już udaje się Matce nie włączać strony z nagraniem z kamery jeszcze na przedszkolnym korytarzu tylko na przykład dopiero po dwóch godzinach. Ale żeby tak nic a nic nie zerknąć? Co to to nie, na to nie jest jeszcze gotowa.

Ale gdy tak popatrzeć na wszystko z innej strony, zawsze to jednak mniej nerwów, niż gdy Pierworodny siedzi chory w domu i ma się stały i bezpośredni wgląd w to, co wyprawia.

piątek, 19 września 2014

Zdradzę Wam jeden patent na to, jak pogodzić się z mężem ;-)

Od czasu do czasu w każdym małżeństwie następują gorsze dni. Bywa, że robi się na tyle poważnie, że nazywa się to już kryzysem, bywa, że kończy się jedynie na kilku tzw. cichych dniach, bywa, że wystarczy jeden szybki a porządny wybuch a potem takiż sam seks na zgodę i już po sprawie. Bywa różnie, bo różne są małżeństwa, jak też różne są powody nieporozumień.
Gorsze dni dopadły też Matkę i Ojca. Niby nic poważnego, ale ciągnęło się to niemiłosiernie długo. Na początku ciche dni, a potem to już tak siłą rozpędu poszło, że niby rozmawiają, ale tak naprawdę to normalnie nie jest. Bo honor nie pozwala pierwszemu zacząć rozmowy innej niż na temat bieżących spraw domowych lub służbowych i to tylko tych pilnych.
Po czym poznać, że w małżeństwie Matki i Ojca normalnie nie jest? Po tym, że jest grzecznie.
Gdy jest normalnie, drobne złośliwości i uszczypliwości latają w powietrzu w ilościach hurtowych. Na zmianę z wyrazami uwielbienia i miłości. A w zasadzie to nawet częściej. Kiedy robi się poprawnie, uprzejmie i taktownie, wiedz, że coś się dzieje... Gdy między Matką i Ojcem zanikają wyrazy miłości automatycznie znikają także docinki, figlarne kąśliwości i żartobliwe przytyki.

W każdym razie trwały tak sobie te gorsze dni, ciążąc obojgu. Bo ileż można żyć bez tych uszczypliwości, ileż można gryźć się w język...

Doszło do tego, że Matka samej sobie musiała dogryzać. Jak na przykład wtedy, gdy Ojciec zabrał się za robienie kolacji. Już sam fakt, że się zabrał świadczy o tym, że coś między nimi było na rzeczy. O ile zrobienie kolacji polegające na wystawieniu z lodówki na stół wszystkiego, co potrzebne będzie do kanapek nie jest niczym niezwykłym w wykonaniu Ojca, o tyle zabranie się za prawdziwe gotowanie jest rzadkością. Tego dnia zaplanowane było jedno z popisowych dań Matki, tyle że leń ją ogarnął w ostatniej chwili, po tym, jak całe popołudnie spędziła przygotowując wypasiony obiad, a Syn obudził się po drzemce i nie raczył nawet posmakować. Zabrał się więc Ojciec uprzejmie za to gotowanie, a że nie robi tego często, działał zgodnie ze wskazówkami Matki.
- Podsmaż boczek. A w międzyczasie umyj i pokrój pieczarki.
Spojrzał Ojciec bezradnie w stronę zlewu. Zrezygnowany zaczął zakasywać rękawy.
- No to trzeba będzie najpierw pomyć te miski...
Zlew jednokomorowy. Stąd ten wniosek.
- Ale co Ty robisz? Weź sitko z szafki, przełóż w nie pieczarki. Jedną ręką trzymasz sitko w powietrzu, a drugą płuczesz.
Ojciec spojrzał z podziwem i doznając olśnienia stwierdził:
- I w ten sposób nie trzeba będzie myć żadnej miski!
- Widzisz jaką ja mam wprawę w niemyciu garów?
Cóż, mycie naczyń - tych nienadających się do zmywarki, jest czymś, co w oczach Matki, zawsze może jeszcze z godzinkę poczekać. Nie zając. Ale żeby sobie Matka sama musiała to wypominać...

I tak trwali w impasie. Co rusz któreś chciało wyciągnąć rękę na zgodę, ale zawsze coś lub ktoś stawał w tym momencie na przeszkodzie. A niełatwo wytrzymać ze sobą czy to w domu czy w pracy, gdy wciąż trzyma się język za zębami. A jak Matka musi trzymać język za zębami, to staje się nerwowa. I przyszedł dzień, kiedy już wolała siedzieć w biurze sama, zamiast z Ojcem, który ją wkurzał i nawet nie miała jak mu tego powiedzieć.
- To ja pojadę po te papiery do magazynu - rzekł w końcu, co w aktualnym stanie rzeczy i przy zagęszczającej się atmosferze, było jak powiew świeżego powietrza.
- Jedź, jedź - ochoczo zakrzyknęła Matka. - I bez kwiatów nie wracaj - dodała pod nosem.
- Co? - Ojciec, który usłyszał ostatnie zdanie za swoimi plecami, najwyraźniej przekonany był, że jednak się przesłyszał.
- Ojej, powiedziałam to głośno...? - Zdziwienie w głosie zabrzmiało wyjątkowo sztucznie, choć naprawdę powiedziała szybciej niż pomyślała.

Pojechał. Wrócił. Z bukietem.
Taka głupota? Wystarczyła? Znów mogło być normalnie. Niby jeszcze nieśmiało, ale na powrót zaczęli być sobą.

Już po chwili można było się o tym przekonać. Do biura wleciało kilka much. Wyjątkowo natrętnych.
- Nie chcę być złośliwy, ale one wyraźnie latają przy Tobie...
- Nie chcę być złośliwa, ale nie było ich, póki nie pojawiły się tutaj te kwiaty...

Uff, jak dobrze. Jak normalnie.

czwartek, 11 września 2014

Zaraza, czyli nie stać nas na przedszkole

Teoretycznie Matka z Ojcem na domowe finanse nie narzekają. W sumie nie wiadomo czy dlatego, że powodzi im się nie aż tak znowu najgorzej, czy dlatego, że są w tej kwestii nietypowi jak na kraj, w którym przyszło im żyć. W praktyce w luksusy nie opływają, wiele wydatków spada znienacka czy nie wiadomo skąd jeszcze, w ojcowską firmę wciąż muszą inwestować a kredyt na 32-metrowe mieszkanie będą spłacać jeszcze 19 lat.

W związku z tym nie wiadomo co im do głów strzeliło i po co wymyślili sobie całe to przedszkole dla Syna Pierworodnego. Jakby za mało mieli problemów. Jakby im się za dobrze powodziło. Edukowanie się Syna, doświadczanie kontaktów z rówieśnikami, nauka samodzielności i całe to dobro, które miało na Pierworodnego spłynąć w przedszkolu trwało 4 dni. Potem płynęły już tylko gile z nosa.
(Przy których pomocy nie omieszkał hojnie rozprzestrzenić zarazy na Matkę.)
Mniej więcej gdy temperatura dobiła do 40.5 stopni, ktoś, chyba Ojciec, rzucił hasłem: "To co, już go wypisujemy z tego przedszkola?".

Hmm, policzmy najpierw, jak na tym wyjdziemy...

Wpisowe. Płatne raz do roku, przy podpisywaniu umowy.
Czesne za miesiąc. Jednak, gdyby teraz wypisać Pierworodnego, należałoby opłacić jeszcze miesiąc następny. Ot, taka sprytna ta umowa.
Bilety tramwajowe. Do tej pory 12 x 2,60 zł = 31,20 zł (w dzień, w którym Syn się rozchorował Matka miała kupić bilet miesięczny) + benzyna, kiedy dwa razy odwoził lub przywoził Ojciec.
2 ohydne kawy w barze przy Realu 2 x 3,90 zł.
Internet - czyli monitoring jako bajerancka usługa niby w cenie czesnego, ale nikt nie przewidział, że z jego powodu Matce po raz pierwszy skończy się pakiet internetu w telefonie, który ma w abonamencie. 5 zł kosztował pakiet 50MB, który starczył na niecałe 2 dni. Potem okazało się, że pooooowooooollllneee łączenie się poza abonamentem jest cholernie drogie, wiedzieliście? Bo Matka nie wiedziała. To Ojciec jest tym, który zajmuje się domowymi rachunkami i to on Matkę oświecił. Zimny pot oblał go, gdy z jego obliczeń wyszło, że wydała Matka przez 2 dni 300 zł. Na szczęście znalazł jakiś lepszy, w sensie bardziej korzystny cennik i wyszło, że jednak 72 zł. Do czasu nadejścia rachunku do końca nie wiadomo więc, czy poszło (optymistycznie) 72 zł czy (pesymistycznie) ponad 300.
Apteka. Ok. 95 zł (lekarstwa Pierworodnego), ok. 30 zł (lekarstwa Matki) + te które były w domu.
3 dni nieobecności Matki w pracy, czyli koszty zastępstwa.

Kartka, długopis... To do tego, to w pamięci, jeszcze to. Ile? Nie może być!!! Kalkulator! Gdzie jest kalkulator? No przecież, w laptopie. To plus to i jeszcze to. Aha, jeszcze tamto. No jak byk wychodzi:

1600 zł (przy wersji bardzo optymistycznej, mimo wszystko Matka jest optymistką). I nie wliczając kosztów nowych kapci i 2 nowych piżamek, których zapewne by się nie nabywało, gdyby nie pójście do przedszkola oraz zapasu melisy, który za chwilę będzie Matka zmuszona wykupić we wszystkich pobliskich sklepach, jeżeli chce uniknąć nagłówków w tabloidach "Nie wytrzymała z chorującym przedszkolakiem w domu. Próbowała zabić się połykając na raz 70 elementów puzzli ze świnką Peppą, a gdy to nie dało rady, zadźgała się czerwoną kredką Bambino." /wiem, tytuł trzeba dopracować, przydługi/

1600 zł. No jak nic wychodzi 400 zł za dzień. A przecież ani razu nie został do podwieczorku. Nawet na drzemce nie był. I dwa razy spóźnił się na pierwsze śniadanie. I sama Matka widziała, że nie tknął herbaty, czy co mu tam dali w kubeczku.
Jeszcze żeby to było 400 zł za cały dzień. Z rachunków wychodzi Matce, że on tam łącznie był coś koło 12 godzin dopiero. Czyli średnio 3 godziny dziennie. A to znaczy, że godzina w tym przybytku wychowania, zabawy i edukacji kosztowała ok. 133 zł.
A za 133 zł za godzinę to Matka se może wynająć nianię/guwernantkę/piastunkę co to do snu lulała choćby samego syna księżnej Kate i księcia Williama.

Oszczędności?
Teoretycznie, jeżeli nieobecność dziecka w przedszkolu jest zgłoszona do godziny 15:00 dnia poprzedniego to od czesnego można sobie odliczyć 5 zł (czyli dzienną stawkę żywieniową). W praktyce Pierworodny opuścił 5 dni, ale zgłoszonych zostało tylko 3. Gdyż ponieważ dziecko nie było aż tak przewidujące, roztropne i dbałe o domowy budżet, by zagorączkować przed godziną 15:00. A gdy już się rozchorowało na dobre to zaraziło też Matkę (wycierając smarki w jej twarz - przy czym udawało z uśmiechem na ustach, że chce zrobić z nią noski-miłoski), w związku z tym kolejny dzień, w którym należało zgłosić nieobecność niemal w całości przespali i gdy o 16-tej otworzyli oczy, znów było po piątaku.
Teoretycznie w domu także zaoszczędzono na posiłkach. Ani chory Syn, ani chora Matka nie cierpią na nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. W praktyce to co zaoszczędzono na braku apetytu Pierworodnego, wydano na jego ulubione soczki - byleby coś pił.

W dodatku dziś kolejne zebranie dla rodziców w przedszkolu. Z kolejnych obliczeń wychodzi Matce, że bywa w przedszkolu częściej niż Syn. I że znów wyda 5,20 na tramwaj. Akurat jedna dzienna stawka żywieniowa. Plus 20 groszy - a nuż się znajdzie gdzieś na ulicy.

Tak że tego... jeżeli całe to przedszkole ma się jakoś zwrócić, wychodzi na to, że trzeba będzie przyprowadzać Pierworodnego w poniedziałki rano i odbierać w piątki tuż przed zamknięciem. Może jeszcze się wyjdzie na prostą. I niech lepiej nauczą go tego angielskiego, co to się ma zacząć od 15 września. Niech i pożytek jaki z tego wszystkiego będzie, bo co Matce po tym jednym wymiętym  rysunku na lodówce, co go przytachał Syn trzeciego dnia. Od dogoterapii za wiele Matka nie wymaga, ich wymysł to niech się sami teraz martwią o te psy.